Jak wiecie Mame i Tate cały wrzesień spędzili w Andaluzji. Podobno było tam pięknie, gorąco i mieli mnóstwo rzeczy do oglądania. Nie wątpię. Ludzie mają swoje sposoby na spędzanie wolnego czasu. A skoro wyjechali tak daleko i na tak długo, wcześniej musieli zadbać o swojego kota czyli o mnie i zafundowali mi miesięczne wakacje na wsi pod troskliwą opieką Babci i Cioci.
Nie miałem żadnych zastrzeżeń i szybko zrozumiałem, że świetnie trafiłem. Babcia od razu przypadła mi do serca. Karmiła mnie, pielęgnowała, miziała, zawsze była na miejscu, miała dla mnie czas, dbała żeby niczego mi nie brakowało i zapewniała odpowiednią ilość pieszczot. Babcia została moją ulubienicą i to z nią spałem każdej nocy. Ciocia też była w porządku, ale miała jedną wadę. Pracowała. Wychodziła rano i wracała wieczorem. Nie rozumiałem dlaczego dobrowolnie opuszcza dom, w którym mieszka taki kot jak ja, ale widocznie ludzie miewają dziwne przyzwyczajenia.
Szybko poczułem się tam jak u siebie. A przecież nie każdy kot potrafi tak błyskawicznie zadomowić się w nowym miejscu. Trzeba umieć się odnaleźć, ocenić warunki i zdecydować, które miejsca zasługują na szczególną uwagę.
Zacząłem od ogrodu. Ogród! Ileż tam było zapachów! Kwiaty pachniały inaczej o każdej porze dnia. Trawa, ziemia, liście i powietrze nagrzane słońcem tworzyły mieszankę, którą trudno opisać komuś, kto nie ma tak doskonałego węchu jak ja. W ogrodzie ciągle coś się działo.
Liście szeleściły, gałązki poruszały się na wietrze, a ptaki przelatywały z drzewa na drzewo, od czasu do czasu urządzając sobie głośne pogawędki. Obserwowałem je z zainteresowaniem, ale oczywiście wyłącznie naukowo. Nie każdy wie, jak wiele można się dowiedzieć o świecie leżąc na trawie, patrząc i słuchając.
Na początku wychodziłem na spacery. Miałem uprząż więc Babcia i Ciocia uważały, że wszystko jest pod kontrolą. Cóż, były nadmiernie ufne. Szybko odkryłem, że z tego ubranka można się uwolnić. Wystarczyło trochę pomyśleć, pokombinować i odpowiednio się powiercić, by się z niego wyślizgnąć. Byłem zachwycony tym odkryciem, ale Babcia i Ciocia powiedziały, że skoro taki ze mnie Houdini to... dostaję szlaban na spacery po ogrodzie. Nie robiłem z tego tragedii. W domu były przecież okna i parapety. I to ile! Okupowałem wszystkie! Duże, małe i takie, na których rozsądny kot o moich gabarytach absolutnie nie powinien próbować się zmieścić. I pewnie już się domyślacie, że najbardziej upodobałem sobie ten najmniejszy. Ledwo się na nim mieściłem, ale właśnie dlatego był najlepszy. Na dużym parapecie może leżeć każdy. Na małym, który nie został zaprojektowany z myślą o dziewięciokilogramowym maine coonie, trzeba umieć się ułożyć. A ja umiem.
Zyskałem tam czterech kocich kumpli: Gracka, Rudka, Cudka i Miłka. Z Grackiem połączyła mnie szorstka, męska przyjaźń. Nie potrzebowaliśmy wielu czułości ani nieustannego okazywania sobie sympatii. Każdy z nas miał swoje życie i swoje sprawy, ale potrafiliśmy spędzać razem czas, a nawet zdarzało nam się wspólnie spać.
Oczywiście nie widzę powodu, żeby robić z tego wielkie halo. Prawdziwi przyjaciele nie muszą przecież co chwilę zapewniać się o przyjaźni. Z Rudkiem zbliżyła nas pasja do tańca. Tańczyliśmy tango albo menueta, zależnie od nastroju. Tango, gdy mieliśmy więcej energii, a menueta kiedy nastrój wymagał elegancji. Nie pytajcie kto prowadził. To sprawa między dżentelmenami. Najwięcej kłopotów sprawiali mi Cudek i Miłek. Na Bastet! Oni są do siebie tak podobni, że czasem nie wiedziałem, z którym właśnie mam do czynienia. Jeden z nich się mnie bał, drugi zaś bezczelnie zajmował moje posłanie i zaglądał do mojej miski więc od czasu do czasu musiałem przypominać mu, gdzie przebiegają granice przyzwoitości. Problem w tym, że nigdy nie miałem całkowitej pewności czy przeganiam właściwego osobnika. A po gonitwach przychodził czas na odpoczynek. Bo taka jest kocia przyjaźń. Czasem trzeba się porządnie pogonić, żeby potem móc zgodnie poleżeć obok siebie.
Poznałem również pawia. Przylatywał od sąsiada i zachowywał się tak, jakby nasz ogród należał do niego. Skoro pojawiał się bez zaproszenia i czuł jak u siebie podejrzewam, że miał o sobie równie wysokie mniemanie jak niejeden kot. Nie będę go jednak oceniał. Ma prawo do odrobiny próżności. Zwłaszcza, że nosi taki ogon, a na ogonach to ja się znam.
Pozwólcie, że wspomnę także o sprawach sanitarnych, bo wykazałem się w nich doskonałą organizacją. Miałem dwie kuwety. Do jednej robiłem siusiu, a do drugiej dwójkę. Proste, prawda? Babcia i Ciocia mogły podziwiać nie tylko moją urodę, inteligencję i umiejętności towarzyskie, ale również nienaganną organizację spraw toaletowych. Nie wiem dlaczego ludzie tak rzadko doceniają te drobne przejawy kociej doskonałości. Żadnej pomyłki, żadnego bałaganu. Uważam, że ludzie mogliby się ode mnie nauczyć, jak należy organizować przestrzeń. Przecież porządek musi być. Nawet na wakacjach.
Niestety, nie wszystkie moje działania kończyły się równie dobrze. Nauczyłem się otwierać drzwi do łazienki i... to był błąd. Byłem z siebie bardzo zadowolony. Wreszcie mogłem sam decydować, kiedy chcę tam wejść, a kiedy wyjść. Spędzałem w łazience sporo czasu, bo najwidoczniej uznałem ją za interesujące miejsce. Poza tym czasem potrzebowałem odrobiny prywatności, ciszy i spokoju. Nie przewidziałem tylko, że coś może mi tam zaszkodzić. Dostałem reakcji alergicznej i nagle wszyscy spanikowali! Nawet Mame w Kadyksie, do której zadzwoniła Ciocia. Zamiast kolejnego spokojnego dnia były nerwy i wizyta u weterynarza. Na szczęście skończyło się wielkim strachu i jednym zastrzyku. Wróciłem do zdrowia i wszyscy odetchnęli z ulgą. Podejrzewam, że Babcia przeżyła to równie mocno jak ja, choć oczywiście nie mam zamiaru przyznawać, że ktokolwiek martwił się bardziej niż ja sam. Taki już jestem.
Podsumowując... Wszystko układało się całkiem dobrze. Miałem Babcię, która mnie rozpieszczała, Ciocię, która wracała wieczorami z pracy, ogród pełen kwiatów i ptaków, parapety, czterech kumpli i własny system kuwetowy.
Czas jednak biegł nieubłaganie, nastał koniec moich wakacji i nadszedł dzień, w którym Mame i Tate przyjechali po mnie. I wtedy zrobiłem coś, czego chyba się nie spodziewali. Uciekłem pod łóżko! Nie dlatego, że ich nie poznałem. Oczywiście, że poznałem. Po prostu nie chciałem wracać do Krakowa i porzucać życia na wsi. Domu, ogrodu, najlepszych miejsc do obserwacji ptaków, parapetów do drzemek, Babci, Cioci, Gracka, Rudka oraz dwóch podobnych do siebie kocich gagatków. Bo w imię czego miałbym z tego wszystkiego rezygnować? Ale Mame i Tate uznali, że czas wracać, a mojego zdania w ogóle nie wzięli pod uwagę. Wróciłem więc do Krakowa.
I muszę przyznać, że lubię moje krakowskie mieszkanie. Znam każdy kąt, mam swoje ulubione miejsca, miski, parapety... Tutaj jestem u siebie, ale... Dom to dom. Na wsi zrozumiałem coś, czego wcześniej chyba nie pojmowałem. Dom z ogrodem to nie tylko ściany, dach i miejsce do spania. To przestrzeń, w której można poczuć zapach kwiatów, obserwować ptaki, słuchać szelestu liści i patrzeć, jak świat zmienia się wraz z porami dnia, a życie toczy się bliżej natury.
I teraz lepiej rozumiem Mame, która od dawna marzy o domu z ogrodem. O własnym kawałku świata, w którym będzie mogła sadzić kwiaty, patrzeć na drzewa i cieszyć się bliskością przyrody. Wcześniej myślałem, że to po prostu kolejne ludzkie marzenie. Ludzie mają ich przecież całkiem sporo. Ale teraz już wiem, że Mame nie chodzi tylko o dom. Chodzi jej o zmianę stylu życia. A ja chętnie sprawdzę, czy w tym domu będzie wystarczająco dużo parapetów. Najlepiej dużych, chociaż po wiejskich doświadczeniach nie wykluczam, że znowu wybiorę ten najmniejszy.
W końcu jestem Puszkiem.
Człowiek wraca z wakacji i myśli, że kot za nim tęsknił.
Niech myśli. Kot ma przecież swoje sekrety.
/Puszek🐾 /
Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...
*zdjęcia własne;








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Napisz słowo, zdanie, myśl... Miło będzie Cię tu "usłyszeć".