piątek, 6 lutego 2026

8. Z Puszkiem o podróżach: Amasya

 

   Tamtego lipcowego popołudnia dotarłyśmy do Amasyi. Miasta leżącego w północnej Turcji w dolinie Yeşilırmak, schowanego w Górach Pontyjskich i zazdrośnie strzegącego swoich tajemnic.

   Amasya była niegdyś miastem książąt osmańskich. Kształcono tu przyszłych sułtanów. Dorastała razem z imperium, ucząc się cierpliwości, polityki i sztuki czekania.

   Wykute wysoko w skalnej ścianie grobowce królów Pontu spoglądają na miasto jak kamienne oczy pamięci. Patrząc na nie miałyśmy wrażenie, że stoimy na granicy między ciężarem czasu, a lekkością chwili, którą możemy zabrać ze sobą.

   Spacerowałyśmy wzdłuż Zielonej Rzeki. Białe osmańskie domy z ciemnymi belkami przeglądały się w wodzie jak w lustrze. Nostalgiczne i melancholijne. Dokładnie takie, jakie chciałyśmy opisać przy kawie i künefe.



   Usiadłyśmy na ławce. Z lodami w dłoniach patrzyłyśmy na rzekę płynącą swoim rytmem i nieprzejmującą się historią królów i imperiów. Byłyśmy w miejscu, w którym czas układa się warstwami. Starożytność, Seldżucy, Osmanowie, współczesność... Wszystkie epoki obok siebie bez walki o pierwszeństwo, krajobraz mówiący więcej niż daty i przestrzeń opowiadająca historię lepiej niż podręczniki. Tak właśnie czułyśmy Amasyę.


   Późnym wieczorem, już z okna pokoju hotelowego, spoglądałyśmy na Amasyę i na podświetlone grobowce królów Pontu. Wyglądały jak scenografia z baśni. I jednocześnie jak stały punkt odniesienia. Trwają, gdy wszystko inne się zmienia. 



   Córka króla Mitrydatesa VI wciąż spaceruje ulicami miasta, czuwając by czas płynął spokojnie, a jej śmiech miesza się z szumem Yeşilırmak.

   A ten, kto usiadł nad Zieloną Rzeką mógł poczuć jej obecność w powiewie wiatru, cieple słońca, odbiciu w wodzie, smaku lodów...


Wystarczy usiąść i posłuchać.

Rzeki też potrafią opowiadać historie.

/Puszek🐾 /

Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

poniedziałek, 2 lutego 2026

6/2026. Opowieść o płomieniu w słowach

 

   W piątek, w Święto Rogalika miałam kolejny (piąty z dwunastu) wlew rytuksymabu w ramach dwuletniego leczenia podtrzymującego. Udałam się na DOLCHe* zaopatrzona w torbę rogalików z czekoladą, termos z kawą, śniadanie, obiad i książkę Leonarda Cohena 'Płomień'.

   Znam Cohena od lat. Lubię jego głos i jego piosenki. I ten charakterystyczny mrok, w którym jest miejsce na miłość, ironię i prawdę. Właśnie dlatego kupiłam tę książkę wiele lat temu. Przeczytałam ją wtedy szybko, z przyjemnością i zachwytem. Potem książka trafiła na półkę, a gdzieś po drodze zgubiła obwolutę, odkrywając nagą okładkę.

   A wczoraj poczułam potrzebę powrotu do niej, bo każda jej strona pulsuje melancholią, mądrością i wyrafinowanym humorem. Jest jak mapa duszy Cohena. Są tu wiersze krótkie i cięte jak ostrze, pełne pytań o miłość, o przemijanie i wiarę. Są fragmenty jego piosenek niczym muzyka na papierze. Cohen nie boi się pokazywać swojej słabości ani zmęczenia światem, a jednocześnie zostawia przestrzeń dla nadziei i refleksji. Teksty mają intymny charakter, czasem ironiczny, czasem liryczny, ale razem tworzą melodyczny rytm.

   Słowa płynęły tak, jak krople rytuksymabu. Wiersze i fragmenty piosenek zaskakująco współgrały z tym, co czułam, stając się lustrem moich własnych przeżyć.

   Między kolejnymi westchnieniami pompy infuzyjnej, niektóre wersy brzmiały szczególnie mocno.

'Próbowałem płakać, łez nie było.

Próbowałem się śmiać, pogardy nie było.

Próbowałem uciec, drogi nie było.

Próbowałem umrzeć, nie urodziłem się'. Czytane kiedyś poruszały. Czytane teraz, poruszają głębiej.

   Słowa jak szum skrzydeł nad spokojnym jeziorem.

'Kiedy jestem sam, wracasz do mnie. Już się zdarzyło. To się nazywa pamięć'.

'Musiałem oszaleć, żeby Cię kochać... Teraz jestem zbyt zmęczony, by przestać'. W tym balansie między siłą, a wyczerpaniem... Między chęcią życia, a świadomością jego granic, odnajdywałam siebie.

   Życie, które staram się zrozumieć, czasem mnie przerasta, a czasem koi. Ale płomień słów rozgrzewa serce nawet w samotności i bólu.

  Bo 'Płomień' nie jest książką o odchodzeniu. Jest książką o trwaniu.


Nie bój się ciszy.

W niej też można odnaleźć światło.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*DOLCHe- Dzienny Oddział Leczenia Chorób Hematologicznych;

*zdjęcia własne;

środa, 28 stycznia 2026

7. Z Puszkiem o podróżach: Lednice

 

  Pewnego słonecznego, wrześniowego dnia wyruszyłyśmy z Siostrą na Morawy. Do Lednic. Miejsca, w którym historia i natura prowadzą w świat minionych wieków.

  Pałac prezentował się majestatycznie. Jego elewacja w kolorze piasku błyszczała w promieniach słońca, a wieżyczki i neogotyckie detale nadawały mu disnejowskiego charakteru. Okna odbijały światło, a cienie drzew rysowały na murach fantazyjne wzory.



   Zwiedzałyśmy sale pełne elegancji. Kryształowe żyrandole mieniły się w słońcu wpadającym przez wysokie okna, meble i obrazy opowiadały dawne historie, a my czułyśmy się jak bohaterki tych opowieści, które na chwilę cofnęły się w czasie.







  Po zwiedzaniu wnętrz wyszłyśmy do rozległego parku, otaczającego zamek. Spacerując alejkami podziwiałyśmy symetryczne rabaty i starannie przystrzyżone żywopłoty. Ciepłe powietrze pachniało trawą i kwitnącymi wczesną jesienią kwiatami.





  Kroki prowadziły nas ku rzece Dyji, gdzie czekała łódka gotowa zabrać nas w pełen uroku rejs do Minaretu

  Woda odbijała błękit nieba i rosnące nad brzegiem zarośla. Zbliżałyśmy się do wieży tak niezwykłej w morawskim krajobrazie, jakbyśmy nagle znalazły się w baśni z 1001 nocy.

  Spod Minaretu wróciłyśmy pieszo przez park. Była pierwsza połowa września, a kwitły już zimowity. Ich fioletowe kwiaty uprzyjemniły nam powrotną drogę. 



  Na zakończenie wstąpiłyśmy do pałacowej kawiarni. Z filiżanką aromatycznej kawy w dłoni i pysznym ciastem na talerzu patrzyłyśmy na park i cieszyłyśmy się tą chwilą siostrzanej bliskości.

   Wtedy wiatr przywiał do naszego stolika legendę o Białej Pani zakochanej w ogrodniku i ich zakazanej miłości. On zginął, a ona z rozpaczy utopiła się w stawie. Podobno czasem o świcie spaceruje po ogrodzie i pochyla się nad różami, szukając ukochanego.

     Piękny pałac, ogromny park, historia, natura i legenda. Takie właśnie są Lednice.


Koty  lubią miejsca,

w których historia spotyka się z ciszą i naturą.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;