środa, 3 czerwca 2026

23/2026. Opowieść o miłości, która jest najlepszym lekarstwem na gorszy dzień

 

   Czasem Mame zdarzają się dni, w których brak jej energii i na nic nie ma siły, a w jej myślach panuje taki rozgardiasz, jak w ogrodzie pełnym motyli, których nie można złapać. Wtedy chowa się pod kocem, pije kawę i czyta książki. Na szczęście moje wąsy mają wbudowany specjalny radar więc od razu wykrywam jej gorszy nastrój i wyczuwam, że w jej sercu dzieje się coś niedobrego. Natychmiast wkraczam do akcji i uruchamiam moją kocią terapię.

   Wskakuję na kolana, włączam mruczenie na całą głośność i owijam Mame ogonem, tworząc puchaty krąg bezpieczeństwa. Jeśli to nie działa, zmieniam strategię. Przynoszę mojego ulubionego, sfatygowanego pluszowego myszorka i proponuję ulubioną zabawę 'w aportowanie'. Tak, jestem w tym mistrzem! Mame wiele razy usiłowała to nagrać dla Was, ale mam swoją dumę i gdy dostrzegam telefon, natychmiast kończę zabawę. Wiem, wiem... pewnie nie wierzycie mi na słowo! Ale obiecuję, że kiedyś będę miał łaskawszy dzień i pozwolę zdobyć Mame dowód. A dzisiaj zamiast aportowania zobaczcie, jak profesjonalnie bębnię łapami w drzwi szafy! To też niezły talent, prawda?

   Kiedy Mame położy się na kanapie, podkręcam intensywność opieki. Skaczę po niej, podgryzam w brodę i uszy, strzelam baranki i dotykam policzków zimnym noskiem. Układam jej fryzurę moim szorstkim językiem, cały czas głośno mrucząc. Wszystko po to, żeby Mame poczuła się lepiej i miała siłę napełnić moją miskę. Czasem wystarczy, że spojrzę na nią cytrynowymi oczami, a ona uśmiecha się mimo zmęczenia.

   Najtrudniejsze były noce po chemiach, gdy Mame czuła się wyjątkowo słabo. Układałem się wtedy na jej piersiach jak sfinks, czuwałem i nasłuchiwałem czy oddycha, a mruczeniem odpędzałem złe sny. No dobrze, ważę dziewięć kilogramów więc to była naprawdę solidna, całonocna terapia! Jej serce było zachwycone, ale kręgosłup pewnie trochę mniej. Ale jako wytrwały i uparty pielęgniarz nie pozwalałem na zmianę pozycji bez negocjacji. Przeprowadzałem przecież niezwykle odpowiedzialną misję ratunkową.

   Wiadomo przecież, że mruczenie, aportowanie i sfinksowanie na klatce piersiowej przez całą noc potrafią uleczyć największe troski. Mame wie, że zawsze może na mnie liczyć, bo ją kocham, a moja obecność przywraca jej spokój. A ja wiem, że gdyby sytuacja się odwróciła i to ja potrzebowałbym ratunku, ona zrobiłaby dla mnie wszystko.



Jestem jak koc termiczny i personel medyczny w jednym,

a moje mruczenie to najlepsze lekarstwo.

/Puszek 🐾/



Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia i filmik własne;

sobota, 30 maja 2026

22/2026. Opowieść o dniach na działce

 

   W minionym tygodniu maj urządzał pokaz swoich możliwości. Nie grzał, lecz prażył udowadniając, że lato stoi tuż za progiem i tylko czeka na oficjalne zaproszenie, żeby rozgościć się na dobre.

   Uciekaliśmy więc na działkę schować się w zieleni przed hałasem, pośpiechem i światem, który zbyt nachalnie domagał się uwagi. By odetchnąć ciszą i przypomnieć sobie, że życie potrafi smakować jak truskawki i uderzać do głowy jak słodka mimoza. Wokół było kolorowo i zielono. Kwiaty kwitły z entuzjazmem, ptaki koncertowały z wirtuozerią, słońce wisiało wysoko nad drzewami, a w powietrzu unosił się zapach nagrzanej trawy i spokoju.

   Pierwszego dnia rozstawiłam wśród krzewów poidełka z wodą dla ptaków. Wieść o darmowym all inclusive szybko rozniosła się po okolicy. Przylatywały nie tylko ptaki, ale także pszczoły, trzmiele i motyle, a ogródek tętnił życiem jeszcze bardziej.

   Leżeliśmy w hamaku. Muzyka płynęła w tle i splatała się z szumem drzew i śpiewem ptaków. A my przytuleni, bujając się powoli zachwycaliśmy się naszym małym rajem. Kieliszki z drinkiem chłodziły dłonie, a truskawki smakowały południem Europy

   Gdy upał zbyt mocno dawał nam się we znaki, przenosiliśmy się na zadaszony taras działkowego domku. Tam czas płynął jeszcze wolniej. Siedzieliśmy w cieniu, sącząc musującą i zimną mimozę, śmialiśmy się i jedliśmy lody, topiące się szybciej niż nasze postanowienia o ostrożnym opalaniu. 

   Mąż co jakiś czas odstawiał kieliszek i powtarzał hiszpańskie słówka. A ja czytałam książkę o Stambule- mieście, które od wieków stoi pomiędzy dwoma światami. O uliczkach pachnących kawą i przyprawami, o promach sunących po Bosforze... Co chwilę przerywałam lekturę, mówiąc: musimy tam pójść, wydłużając nasz plan podróży o kolejne piętnaście punktów. 

   A potem wracaliśmy na słońce łapać mahoń, słuchać ptaków i snuć plany, niczym mapy otwierane między deserem, a mimozą. O domu wśród zieleni pełnym kociego mruczenia. O tarasie zatopionym w kwiatach. O porankach mających aromat espresso, lata i świeżo skoszonej trawy. O podróżach... 

   I tak pomiędzy truskawkami, a lodami rzutem na taśmę zarezerwowaliśmy półtoramiesięczny pobyt w Barcelonie na przyszły rok. Nagle ten gorący majowy dzień stał się jeszcze bardziej słoneczny, bo kawałek katalońskiego lata usiadł obok nas.

   Sama zaś dopięłam nasz lipcowy, pięciodniowy, siostrzany trip po Czechach, kupując bilety na pociąg powrotny do Krakowa. A świat przytakiwał nam szelestem liści.

   Za nami takie... proste i zarazem bezcenne dni. Ze śmiechem, spojrzeniami mówiącymi więcej niż słowa i ciszą, która nie krępuje. Hamak, majowe niebo, ktoś bliski obok i złote światło na skórze wystarczyły, by szczęście wypełniało nas jak ciepło słońca, które grzeje jeszcze długo po zachodzie. 


Słońce, hamak i ucieczka przed pośpiechem?

Amatorzy. Ja tak żyję cały czas.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*ilustracje AI;

środa, 27 maja 2026

8. Bajka o Mirabelce i poranku w kuchni

 

  Poranek w kuchni Mirabelki nigdy nie był zwyczajny. Ale dzisiejszy był nieprzyzwoicie wyjątkowy.

  Promień słońca wpadający przez okno  lizał blat, na którym nie tak dawno działy się rzeczy, które zostawiły po sobie ślady na kafelkach, na skórze i gdzieś głęboko pod mostkiem. Ale Mirabelka nie miała teraz czasu na ścieranie wspomnień. Bo On został.

   Leon, który przyniósł miód, a potem dotykał jej z szacunkiem i drapieżnością jednocześnie jeszcze spał. A może tylko udawał? Mirabelka, z rozwichrzonym włosem i w jednej skarpetce, wzięła do ręki patelnię.

  -Cóż... Skoro został, niech dostanie coś więcej niż tylko mnie- mruknęła do siebie, sięgając po jajka. Do miski wpadło jedno, drugie, trzecie gdy... Za jej plecami rozległo się głośne ziewnięcie.



  -Jakie lubisz?- zapytała półgłosem.

  -Jajka czy kobiety? Spojrzała przez ramię. Opierał się o framugę, a jego spojrzenie mówiło 'wiem, co zrobiłem. i zrobiłbym to znowu'.

  -Pachniesz kawą- zauważyła.

  -Ty też. I czymś jeszcze.

  -Pożądaniem?

  -Wczorajszym grzechem. Zaśmiała się, a on podszedł i ujął jej biodro tak lekko, że poczuła to całą sobą. Wpatrywała się w patelnię, ale mówiła do niego.

  -Jeśli dotkniesz mnie jeszcze raz, jajka się przypalą.

  -Trudno. Coś musi się przypalić, kiedy jest naprawdę dobrze.

  A potem było śniadanie bez sztućców. Grzanka z jego ust. Kawa wypita z jednego kubka... I Mirabelka, która pozwoliła sobie nie sprzątać kuchni.


Śniadania najlepiej smakują tam, 

gdzie chcą.

/Puszek 🐾/


Puszkiem zapisane, pikantnie podane...

*ilustracja AI;