poniedziałek, 2 listopada 2026

36/2026. Opowieść o bolesnych słowach

 

   Na przyjęciu było sporo ludzi. Rozmawiali, ktoś się śmiał, ktoś inny unosił kieliszek w toaście. Nie pamiętam, z jakiej okazji się spotkaliśmy ani kto nas zaprosił. Zresztą nie miało to dla mnie większego znaczenia. Ważne było tylko to, że wśród gości zauważyłam Tatę. Szedł w moją stronę. Miał na sobie garnitur i wyglądał elegancko. Na jego twarzy, którą znałam od zawsze malował się spokój. Przez chwilę patrzyłam na niego z niedowierzaniem, a potem poczułam radość tak wielką, że trudno ją opisać. Był tutaj. Mogłam do niego podejść, przytulić się, spojrzeć mu w oczy, usłyszeć jego głos. Powiedział, że przyszedł, bo musi mi przekazać coś ważnego. Ucieszyłam się. Oto stał przede mną, a ja mogłam z nim porozmawiać. Nie musiałam już przywoływać go we wspomnieniach.

- Jestem teraz pasterzem. Mieszkam sam i mam ciszę i spokój - powiedział.

   Chciałam, żeby tam, gdzie teraz jest, odnalazł swoje miejsce, żeby dobrze mu się żyło i niczego mu nie brakowało. Ale dlaczego jego słowa zabrzmiały tak, jakby dopiero z dala od nas mógł żyć tak, jak naprawdę chce? Więc teraz jest szczęśliwy? Teraz, kiedy mieszka sam? Teraz, kiedy nie ma nas obok? To znaczy, że życie z nami nie dawało mu tego, czego potrzebował? Poczułam się urażona. Radość zmieniła się w złość. A potem ogarnął mnie gniew. Wielki gniew na mojego ukochanego Tatę, którego tak bardzo mi brakuje. Zaczęłam na niego krzyczeć. Miałam pretensje, że odszedł bez uprzedzenia i zostawił nas tutaj, a teraz mówi mi, że ma ciszę i spokój!? Nie potrafiłam pogodzić się z tym, co usłyszałam. Nie chciałam, żeby był szczęśliwy teraz gdy jest sam. Chciałam, żeby był szczęśliwy z nami. Wyrzucałam z siebie żal, jakby wszystkie słowa, których nie zdążyłam mu powiedzieć, nagle znalazły ujście. Nie próbowałam być rozsądna ani wyrozumiała. Nie zastanawiałam się, czy mam prawo tak do niego mówić. Byłam wściekła. Czułam się porzucona i nie zamierzałam udawać, że jest inaczej. Nie zdążyłam się z nim pożegnać, nie miałam szansy na ostatnią rozmowę ani chwili, w której mogłabym przygotować się na jego odejście. Odszedł nagle, a ja wciąż uczę się żyć z pustką, na którą nigdy nie wyraziłam zgody. A teraz stał przede mną i mówił o swoim spokoju podczas, gdy ja wciąż oswajam świat, w którym go nie ma.

   W końcu zabrakło mi słów. Gniew ustąpił miejsca łzom. Rozpłakałam się i nie mogłam przestać. Wtedy się obudziłam. Otworzyłam oczy i przez chwilę nie rozumiałam, co się stało. Leżałam w swoim łóżku. Nie było przyjęcia. Nie było Taty. To był sen. Ale łzy były prawdziwe. Płakałam naprawdę, tak mocno przeżyłam to spotkanie.

   Tato przyśnił mi się w noc poprzedzającą jego urodziny. Nie wiem, dlaczego właśnie wtedy. Nie wiem też, co znaczyły jego słowa. Nie chcę dopisywać im znaczenia, którego nie znam. Wiem tylko, co poczułam, gdy w jego słowach usłyszałam coś, czego nie chciałam usłyszeć: że musiał nas zostawić, żeby móc żyć tak, jak pragnął. Najtrudniejsze w stracie kogoś bliskiego jest to, że miłość nie znika razem z nim. Zostaje tęsknota, a wraz z nią pretensje, bunt i gniew. Kocham Tatę całym sercem, ale jednocześnie mam do niego żal, że odszedł chociaż rozum wie, że nie można było tego zmienić. Ale serce nie słucha rozumu.

   Tej nocy nie przytuliłam Taty ani nie powiedziałam mu, jak bardzo go kocham. To nie było piękne spotkanie. Nie było spokojne ani wzruszające w sposób, w jaki chciałabym je zapamiętać. A teraz boję się, że Tato obraził się i już mi się nie przyśni. Wiem, że nie mam na to żadnego wpływu, a jednak ta myśl nie daje mi spokoju, bo sen to jedyny stan, w którym mogę się z nim spotkać.


Miłość nie obraża się za łzy ani za gniew.

Nawet gdy serce miauczy z żalu,

wciąż kocha najmocniej na świecie.

/Puszek🐾 /

Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*ilustracja AI;