poniedziałek, 26 października 2026

35/2026. Opowieść o Kordobie pełna kolorów, historii, zachwytów i odrobiny humoru cz.1

 

   Kordoba przypomina nam starą, kunsztownie wykonaną szkatułkę, w której przez stulecia gromadzone były skarby - bogactwo kultur, sztuki, wierzeń i ludzkich historii. Jej wieko podnosi się z lekkim oporem. Pokrywają je przecież grube warstwy dziejów: rzymskie, arabskie, żydowskie i chrześcijańskie. Zaglądamy do środka i nie wiemy, na czym zatrzymać wzrok. Każdy skarb jest inny, każdy opowiada własną historię, a jednak wszystkie tworzą jedną całość. Ale nie był to świat harmonijnego współistnienia, a obok fascynującej wymiany wiedzy i kultury istniały również konflikty, nierówności i prześladowania.

   Kiedy wreszcie ją otworzyliśmy, zobaczyliśmy największe klejnoty - Mezquitę, Puente Romano i Alkazar de los Reyes Cristianos. 



   To one najczęściej pojawiają się na fotografiach. To od nich wielu zaczyna i na nich kończy poznawanie miasta. Ta trójka dostanie swoją opowieść we właściwym czasie. My zajrzeliśmy głębiej i odkryliśmy kolejne, może nie tak spektakularne, ale również warte uwagi.

   Spędziliśmy w Kordobie dziewięć absolutnie fascynujących dni. Niby sporo, a jednak wróciliśmy z poczuciem, że wiele skarbów wciąż jeszcze czeka na odkrycie. Codziennie poznawaliśmy Kordobę kawałek po kawałku. Wędrowaliśmy o różnych porach dnia i nocy, nieraz z planem, ale równie często bez celu. Wąskie uliczki, białe domy, patia tonące w kwiatach, dziedzińce skryte za ciężkimi bramami... Od czasu do czasu odpoczywaliśmy. Nie zawsze na ławce czy przy kawiarnianym stoliku. Częściej na jakimś murku lub schodach. 

   Bardzo często na przykład przy Mezquicie. Zamykaliśmy oczy, wsłuchiwaliśmy się w miasto i chłonęliśmy je wszystkimi zmysłami. 


   Pomagała nam w tym pogoda, chociaż niekoniecznie w taki sposób, jakiego byśmy sobie życzyli. Andaluzyjskie słońce dzień po dniu podnosiło słupek rtęci ponad czterdzieści stopni. Moje ulubione sandałki nie wytrzymały tych temperatur i ostatecznie wylądowały w koszu. A odkrywanie miasta pochłonęło mnie tak bardzo, że przez kilka dni nie wypiłam ani jednej kawy, co mój Mąż nazwał 'cudem w Kordobie'. Zaiste, to osiągnięcie godne jest własnego pomnika!

   Uchylmy więc wieko i sprawdźmy jakie skarby kryją się w tej niezwykłej szkatułce...

   San Basilio - dzielnica, w której mieliśmy naszą bazę. 

   Stąd wyruszaliśmy na spotkania z miastem i tutaj wracaliśmy, często zmęczeni andaluzyjskim słońcem, które potrafiło być naprawdę bezlitosne.

   Tutaj w ciasnych zaułkach, pośród bielonych ścian, za drzwiami domów odkryliśmy kwiatowe patia, z których słynie Kordoba.

   Kolorowe donice, rośliny pnące się po ścianach, soczysta zieleń i kwiaty kontrastujące z bielą murów, szmer wody, cień i przyjemny chłód... 








   To część andaluzyjskiej tradycji, niezwykła umiejętność tworzenia piękna na niewielkiej przestrzeni i sposób radzenia sobie z upałem, która w San Basilio jest szczególnie żywa.

   We wrześniu dostępne dla zwiedzających były nieliczne patia, ale podczas słynnego święta Patios de Córdoba otwierają się wszystkie prywatne dziedzińce.

   Tradycja, troska i opieka nad patiami jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, a rzeźba 'El abuelo y el niño', gdzie dziadek podaje doniczkę z kwiatami, stojącemu na drabinie wnukowi bardzo fajnie ją obrazuje.

   Wśród wąskich uliczek Juderii - dawnej dzielnicy żydowskiej - 





ukrywa się malutka synagoga i pomnik Majmonidesa - wielkiego człowieka, którego myśli przetrwały znacznie dłużej niż świat, w którym żył.

   Kordobańska synagoga należy do nielicznych, które zachowały się w Hiszpanii i pozwala zajrzeć w świat, który był ważną częścią średniowiecznej Kordoby. 

   To prawdziwy klejnot! Jest niewielka, ale przecież nie potrzeba monumentalnych rozmiarów, żeby poczuć wielkość sztuki i wyjątkowość miejsca. Jej wnętrze zachwyciło nas misternymi dekoracjami w stylu mudéjar, wykorzystującym islamskie wzory i techniki.




To spotkanie tak różnych tradycji na tak małej przestrzeni czynią ją po prostu niezwykłą.

   Z synagogi ruszyliśmy na spotkanie z filozofem, lekarzem i wybitnym żydowskim myślicielem średniowiecza urodzonym w Kordobie - Majmonidesem. Nie mieliśmy daleko. Zadumaliśmy się nad jego dorobkiem i wpływem na rozwój myśli żydowskiej. Pomyśleliśmy o sile ludzkiego umysłu i o tym, że jego rozważania inspirowały również myślicieli innych tradycji. Doceniliśmy jego wielkość oraz zasługi. Jakże aktualne w świecie pełnym politycznych sloganów, medialnych wyroków i internetowych ekspertów od wszystkiego są dzisiaj jego słowa: 'nie mów o rzeczach, których nie rozumiesz, i nie wydawaj wyroków o sprawach, których nie zbadałeś'. Ale gdy stanęliśmy przy pomniku, powaga ustąpiła miejsca rozbawieniu. W Kordobie znany jest zwyczaj pocierania butów Majmonidesa. Ponoć przynosi to szczęście i mądrość oraz gwarantuje powrót do miasta. A skoro można załatwić sobie wszystkie te dobra za jednym zamachem, to czemu nie? Rach - ciach i... wyczyszczone!

   Nie wiem, czy zyskaliśmy dzięki temu choć odrobinę mądrości..? Szczęścia nigdy za wiele, a do Kordoby chętnie wrócimy więc Majmonides musiał nam wybaczyć tę poufałość.

   Kręte uliczki zaprowadziły nas na Plaza de las Tendillas. Przestrzeń, fontanna, pomnik Gonzalo Fernándeza de Córdoba - znanego jako El Gran Capitán - eleganckie hotele, sklepy i kawiarnie. Okazałe fasady, wielkomiejska atmosfera, 'wielki świat', a nawet blichtr - szczerze mówiąc, nie spodziewaliśmy się takiego rozmachu po mieście kojarzonym przede wszystkim z historią i zabytkami.



I Reloj de las Tendillas - zegar, który zamiast tradycyjnym 'bim bam' oznajmia pełne godziny... rytmami flamenco wygrywanymi na gitarze.

Odmierzanie czasu również ma tutaj andaluzyjski charakter. Lubimy takie niespodzianki! Kordoba pokazała inną twarz i zrobiła to bez skrępowania, a my pomyśleliśmy 'no proszę! a więc i tak potrafisz!', bo trudno było nam uwierzyć, że nadal jesteśmy w tym samym mieście.

   Również w centrum, niedaleko od Plaza de las Tendillas, przy ruchliwej ulicy i tuż obok ratusza wznoszą się pozostałości rzymskiej świątyni z czasów, gdy miasto było ważnym ośrodkiem rzymskiej Hispanii Baetici. 



   Świątynia była poświęcona kultowi cesarskiemu. Jej budowę rozpoczął cesarz Klaudiusz, a zakończył Domicjan. Natomiast w 2015 roku umieszczono na jej terenie współczesną rzeźbę przedstawiającą Marka Klaudiusza Marcellusa - rzymskiego generała i założyciela Kordoby.

Zakręciło nam się w głowach od tych Klaudiuszów tak, że pogubiliśmy się, który rządził, a który założył miasto.

   Patrzyliśmy na kolumny i wyobrażaliśmy sobie jak monumentalna musiała być ta budowla i jak wyglądał świat, który dawno przeminął. Lubimy snuć fantazje o takich miejscach, o ludziach, którzy przychodzili tu przed tysiącami lat, o ich sprawach, ambicjach i codziennym życiu. Co najciekawsze - współczesne miasto nie zatrzymało się, żeby chronić wspomnienie dawnego imperium. Żyje własnym rytmem, samochody przejeżdżają obok, ludzie mieszkają i załatwiają swoje sprawy, a przeszłość trwa pośród tej codzienności na wyciągnięcie ręki.

   Myślę, że na dzisiaj wystarczy. Zróbmy sobie przerwę, ale zostawmy szkatułkę otwartą, bo Kordoba ma w sobie coś takiego, że im głębiej zaglądasz, tym więcej chcesz zobaczyć. A teraz... idziemy na churros con chocolate i na tę wyczekaną i zasłużoną kawę.



Czasem skarby leżą pośród miejskiego zamieszania.

Trzeba tylko je dostrzec.

/Puszek 🐾/



Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Napisz słowo, zdanie, myśl... Miło będzie Cię tu "usłyszeć".