Każdy podróżuje inaczej. Jedni wracają do domów z głową pełną dat, nazwisk i fascynujących opowieści o historii i architekturze odwiedzonych miejsc. Ja z podróży przywożę przede wszystkim emocje, wrażenia wywołane krajobrazami, widokami, zapachami, smakami i spotkaniami z ludźmi.
Oczywiście czytam o miejscach, które planuję odwiedzić. Poznaję ich historię i staram się ją zrozumieć, chcę wiedzieć, dlaczego są ważne. Historia nadaje sens kamieniom, ulicom i starym murom, ale jest dostępna dla każdego. Każdy może sprawdzić, kiedy zbudowano świątynię, kto założył miasto albo z którego wieku pochodzą ruiny... A ja nie chcę pisać o tym, że Mezquita - czy inna budowla - została przebudowana w tym, czy tamtym wieku. Jeśli będę potrzebowała, znajdę tę informację- podobnie jak Wy- w kilka sekund.
To nie znaczy, że historia czy geografia są dla mnie nieważne. Przeciwnie, one są fundamentem. Ale jest różnica między wykorzystywaniem wiedzy a wykładaniem jej na stół. Nie robię tego, lecz pozwalam jej dyskretnie prowadzić opowieść. Wiecie, to trochę tak, jak z przyprawami. Chyba nie chcielibyście jeść samego pieprzu czy rozmarynu. Ale dobrze doprawione danie smakuje lepiej, nawet jeśli nie wiemy, co dokładnie zostało do niego dodane.
Dlatego, gdy wracam do domu i siadam do pisania, pierwsze do głosu dochodzą nie daty, lecz emocje. Piszę więc o tym, czego nie znalazłam na tablicach informacyjnych ani w encyklopediach. O wzruszeniu, które pojawia się nagle. O zachwycie, który odbiera słowa. O chwilach, które zostają w pamięci długo po powrocie, a nawet na zawsze.
Dla mnie podróże nie składają się z kilometrów ani z listy odwiedzonych miejsc. Składają się z chwil, które poruszają serce. To właśnie one wracają we wspomnieniach. Czasem wystarczy jakiś zapach, promień popołudniowego słońca albo melodia usłyszana przypadkiem, bym znowu znalazła się w wąskiej uliczce Frigiliany, wśród ruin starożytnej Troi, czy na szczycie Nemrut Dağı, skąd świat wydawał się większy i piękniejszy. Żebym przypomniała sobie, jak pachniał poranek w Cortonie, jak smakowała kawa w Mardin czy horchata de chufa w Walencji i dlaczego zatopienie Hasankeyf zabolało mnie bardziej, niż się spodziewałam.
Chcę pamiętać zapach rozgrzanych murów w Chichén Itzá, ciepły wiatr niosący wilgoć znad morza w Hawanie, ciszę w Mdinie, która mówi najwięcej, spojrzenia ludzi w Knossos, dźwięk dzwonów w Asyżu, przestrzeń w Selinuncie, śmiech dobiegający z bocznych uliczek we Florencji i uczucie, że przez krótką chwilę byłam częścią czyjegoś świata.
Dlatego moje wspomnienia z podróży są przede wszystkim opowieściami o tym, co czułam. Bo miejsca zapamiętuję sercem, a ono ma własną mapę świata, na której najważniejsze nie są granice ani daty, lecz emocje.
Za tydzień wyruszam do Andaluzji po słońce, zapach pomarańczy i nowe historie. Nie wiem, które uliczki staną się moimi ulubionymi, przy której kawie zatrzymam czas, ani który zachód słońca zapisze się w pamięci najmocniej... Wiem jedno. Nie będę szukała idealnych ujęć ani najpiękniejszych zdań. Będę powoli doświadczać miejsc i szukać chwil, które poruszą serce.
A zanim ktoś zapyta... Puszek też wyjeżdża na wakacje. Będzie wygrzewał futerko w słońcu, pilnował ogrodu i spędzał czas z kocimi przyjaciółmi. Przed nim miesiąc pełen przygód i zapewne wróci ze swoich wiejskich wakacji z łapkami pełnymi nowych, mruczących opowieści.
Gdy wrócę, usiądziemy tu razem. Wy z filiżanką kawy, ja z walizką wypakowaną wrażeniami. Opowiem Wam o Andaluzji... właśnie tak i pokażę, co czułam.
Daty lubią mieszkać w książkach.
Wspomnienia wolą zwijać się w kłębek w sercu.
/Puszek🐾/
Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...
*zdjęcia własne luźno związane z notką;





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Napisz słowo, zdanie, myśl... Miło będzie Cię tu "usłyszeć".