środa, 29 lipca 2026

28/2026. Opowieść o śnie, w którym nie było Taty

   Miałam sen, który w odróżnieniu od wielu innych nie rozpłynął się po przebudzeniu między nocą, a porankiem. Przysiadł na łóżku tak, jak Puszek przysiada o świcie na parapecie.

   Śniłam o przyjęciu. Dziwnym przyjęciu. W sali balowej zobaczyłam ludzi, których znałam. Każda twarz miała imię, swoją historię i miejsce w mojej pamięci. Dziadkowie, ciotki, wujowie, kuzyni...

   W miarę przebywania tam, docierało do mnie, że... oni wszyscy już nie żyją. Miejsce, które kojarzy się się z radością i zabawą, stało się miejscem spotkania z nieobecnością. Byli tam ci, którzy odeszli niedawno, ale też ci, których pożegnałam wiele lat temu. Krewni z różnych rozdziałów mojego życia, z różnych zakątków rodzinnej opowieści. A jednak tej nocy wszyscy spotkali się w tym jednym miejscu. Nie wiem, czy mnie witali... Czy może dziwili się dlaczego przyszłam na ich bal? Nikt mnie nie wołał, nie zatrzymywał i nie powiedział ani słowa, ale sama świadomość ich obecności wystarczyła, żebym czuła ogromny niepokój.

   Zdziwiłam się, że nie było wśród nich mojego Taty. Tym razem nie pozwolił się umieścić w tej sali ze snu. Pewnie nie miał ochoty na zabawę. A może jest zbyt blisko? Przecież jest nie tylko wspomnieniem, ale częścią mnie samej.

   Pamiętam kolory. Wszyscy byli szarzy. Przykryci mgłą wspomnień, które zostały po drugiej stronie czasu. A ja miałam na sobie niebieską suknię. Stałam pośród nich w kolorze nieba i wody, w kolorze przestrzeni, która jeszcze przede mną.

   Obudziłam się przestraszona, ale i pełna zadumy. W ostatnich latach przeżyłam stratę Taty i ciężką chorobę Męża. Wciąż zmagam się z własną chorobą i skutkami ubocznymi leczenia. Wciąż gdzieś pod skórą towarzyszy mi nieustanna niepewność i lęk o jutro... Może dlatego mój mózg sięga nocą po obrazy tych, którzy kiedyś byli częścią mojego świata. Może ten sen nie miał na celu mnie wystraszyć. Może po prostu przypomniał o tych, którzy byli ważni. O śladach jakie zostawili. O tym, że chociaż odeszli, to miłość i pamięć wciąż trwają. O tym, że nadal należę do świata, w którym wschodzi słońce.

   Puszek rano długo wpatrywał się we mnie swoimi cytrynowymi oczami. Sprawdzał, czy na pewno wróciłam z tej nocnej imprezy i jestem w stanie napełnić jego miseczkę ulubionymi smaczkami. Po tej wędrówce przez krainę cieni naprawdę potrzebowałam jego obecności. Tego miękkiego futerka, ciepłego mruczenia i łap mocno trzymających mnie po tej stronie świata.

   A może on wie więcej, niż mi się wydaje?


Nie jest ważne kto był w tej sali.

Najważniejsze, kto znalazł z niej drogę powrotną.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*ilustracja AI;


czwartek, 23 lipca 2026

27/2026. Opowieść o powrocie do siebie

 

   Sterydy. Kojarzą się z siłownią, masą, wielkimi mięśniami i małym... A ja dostałam je w pakiecie jako część schematu R-CVP, według którego byłam leczona. Hematolog uprzedził mnie o możliwych skutkach ubocznych. Wiedziałam więc, że mogą pojawić się zmiany w wyglądzie i wzrost wagi. Wiedza jednak jest teoretyczna. Odbicie w lustrze już nie.

   Najpierw zmieniła się twarz. Policzki zrobiły się pełniejsze, rysy rozmyły się gdzieś po drodze, powieki stały się cięższe, a oczy mniejsze i schowane głębiej. Stopniowo zmieniało się całe ciało. Zaokrągliło się i straciło lekkość. Było znajome i obce jednocześnie. To nie były zmiany wynikające z zaniedbania lecz cena, jaką płaciłam za powrót do zdrowia. Wiedziałam o tym, a jednak trudno było mi je zaakceptować, bo zawsze byłam wysportowana, szczupła i mieściłam się w rozmiar 32/34.

   O, jaka byłam szczęśliwa, gdy w końcu lekarz zdecydował o odstawieniu Encortonu!

   Powoli zauważam zmiany na lepsze. Drobiazgi, które w pierwszej chwili łatwo przeoczyć. Twarz odzyskuje kontury, rysy wyostrzają się, policzki oddają nadmiar miękkości. Oczy... Oczy robią się większe, jest w nich coraz więcej światła i przestrzeni, a spojrzenie znowu należy do mnie. Sylwetka smukleje, poruszam się lżej i oddycham swobodniej. Wraca to znajome poczucie bycia w swoim ciele, którego tak bardzo mi brakowało. Nareszcie!

   Wiem, że już niedługo przyjdzie dzień, w którym sukienka od CC znów otuli mnie bez oporu, a buty o czerwonych podeszwach pozwolą stopom iść tak lekko, jak dawniej.


Najpiękniejsze powroty nie prowadzą do miejsc.

Prowadzą do siebie.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*ilustracja AI na podstawie własnego zdjęcia;

sobota, 18 lipca 2026

17. Z Puszkiem o podróżach: Wergina/Grecja

 

   Do Werginy- wioski w północnej Grecji z kurzem na drodze i słońcem, które leniwie przesuwało się nad wzgórzami- dotarłyśmy pewnego czerwcowego przedpołudnia. 

   Nie przeżyłyśmy efektu wow!, gdyż nie było tam marmurowych kolumn widocznych z kilometra. Ale ta zwyczajność była jak zamknięta szkatułka i nie zdradzała, że kryje w środku serce imperium. Bo gdy uświadomiłyśmy sobie, że to dawne Ajgaj czyli pierwsza stolica starożytnej Macedonii, ta ziemia stała się ciężka od znaczeń.

   W Werginie historię czyta się pod ziemią. Zeszłyśmy w dół, zostawiając za sobą grecki upał, hałas świata i ludzką gadatliwość. 

   Wewnątrz Wielkiego Kurhanu panował chłód i półmrok. To nie jest klasyczne muzeum. To przestrzeń, w której cisza jest tak gęsta, że słyszałyśmy własne myśli. Obowiązywał tam surowy zakaz fotografowania. Dlatego muszę posiłkować się zdjęciami z internetu, chociaż żadna fotografia nie odda tego, co czułyśmy.

   Skarby dynastii Argeadów są wspaniałe! Złoty wieniec z liści dębu, należący do Filipa II oraz wieniec mirtowy, będący własnością Medy- jednej z żon Filipa II- są tak misterne i tak nierealnie delikatne, że przypominają szept natury zamieniony w kruszec. Są tam nawet maleńkie, złote pszczoły, żołędzie i kwiatki. Detale tak precyzyjne, że trudno uwierzyć, iż wyszły spod ręki artysty ponad dwa tysiące lat temu. To dowód, że władza przemija, a kunszt zostaje.


   Złoty larnaks ze Słońcem Macedonii, który lśni nie dla ozdoby, lecz dla pamięci. To pieczęć ambicji, władzy i nieśmiertelnych marzeń. Znak dynastii, ciągłości i prawa do tej ziemi.

   Wartość tych skarbów wymyka się rynkowym tabelom. Są tak bezcenne, że żadna firma ubezpieczeniowa na świecie nie odważyła się podjąć ryzyka ich wyceny i ochrony.

   W najważniejszym z grobowców spoczywa Filip II. Człowiek z krwi i kości, strateg i wizjoner, który zbudował potęgę Macedonii oraz ojciec trudnego syna. Jego zbroja prezentowana za szybą jest prawdziwa, znoszona i naznaczona życiem. Filip II kulał, stracił oko, znał ból... I właśnie dlatego jego potęga wydaje się tak ludzka.

   Gdy stałyśmy przed jego grobem, uderzyła nas myśl: Oto stoimy dokładnie tu, gdzie przed wiekami stał Aleksander! Syn żegnający ojca, zanim świat nazwał go 'Wielkim'. Młody mężczyzna w obliczu starty i ciężaru korony. 

   Pewnie patrzył na grobowiec ojca i jeszcze nie wiedział, że wkrótce sam stanie się legendą. W tym jednym punkcie czas przestał być linią, a przeszłość i teraźniejszość złożyły się w jedno.

   Gdy wróciłyśmy na powierzchnię, ostre słońce znów zaczęło parzyć w ramiona, a świat toczył się swoim rytmem. Wergina na powrót stała się senną miejscowością, w której czas płynie od kawy do kawy. 

   Ale my już wiedziałyśmy, że pod tą spokojną ziemią bije serce historii i zaledwie kilka metrów pod naszymi stopami śpi król, którego imię wciąż powoduje dreszcz.

   Dla Siostry, która jest archeologiem, była to praca pamięci i faktów. Dla mnie- geografa- spotkanie z historią, którą wcześniej tylko czułam pod skórą.

   To wspomnienie jest jak złoty liść z macedońskich wieńców... Cienkie i delikatne, a jednak niezniszczalne.


Nie trzeba rozumieć wszystkiego.

Czasem wystarczy po prostu być.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia 2,9,10 własne;

*pozostałe zdjęcia z internetu;

piątek, 10 lipca 2026

26/2026. Opowieść o podróży, która dopiero się wydarzy

 

   Dopiero lipiec i ledwie lato rozgościło się w świecie. Przed nami długie i jasne dni, a ja już wyczekuję września. Momentu, w którym światło staje się łagodniejsze, a podróże smakują inaczej.

   Tak. Dla odmiany czekam na coś miłego. Nie na kolejne badanie, wizytę czy dawkę rytuksymabu. Nie na sprawy, które trzeba odhaczyć ale na podróż, która zaczęła się gdzieś między poranną kawą a myślą, która nie dawała spokoju.

   Jesteśmy w Krakowie, a już wyobrażamy sobie słońce kładące się na białych ścianach w Kordobie. Czujemy na skórze wiatr znad oceanu w Kadyksie. Czekamy na noce w Sewilli...

   Andaluzję znamy całkiem nieźle. Odwiedziliśmy Malagę, 

Rondę, 

Granadę

i wiele, wiele innych miejsc, a jednak wciąż nas przyciąga. Ciągle jest jej nam mało. Może dlatego, że jest dla nas kwintesencją Hiszpanii? Światłem, smakiem i rytmem.

   Jedziemy tam, by pobyć. Razem. Zobaczyć, jak smakują dni bez pośpiechu i wieczory, które płyną powoli. Kordoba, Kadyks, Sewilla. Dziesięć dni w każdym z miast.

   Będą poranki z lampką cavy i chrupiącą tostada con tomate na śniadania. Może zgubimy się w uliczkach i trafimy dokładnie tam, gdzie trzeba? Może zapamiętamy coś zupełnie niepozornego? Światło na ścianie, zapach powietrza po zachodzie słońca, czyjś śmiech...

   Zatem postanowione. Na początku września lecimy do Sewilli. I od razu jedziemy do Kordoby. Podobno najpiękniej jest tam o poranku gdy powietrze ma w sobie jeszcze świeżość nocy. Usiądziemy gdzieś w samym sercu miasta tuż przy Mezquicie, która ponoć odbiera mowę każdemu, kto przekroczy jej próg. Zamówimy coś prostego. Może salmorejo? I będziemy obserwować jak dzień rozkręca się powoli, jak słońce przesuwa się po ścianach, a miasto budzi się bez pośpiechu.

   Następnie wyruszymy na zachód. Do Kadyksu. Miasta na skraju lądu, gdzie wszystko kończy się oceanem. Wyobrażamy sobie, że światło jest tam miękkie, a powietrze pachnie solą i nagrzanym piaskiem. Widzę nas spacerujących po Campo del Sur, o które fale rozbijają się jak o hawański Malecón.

   Podróż zwieńczymy pobytem w Sewilli, którą już znamy i cieszymy się na spotkanie z nią, jak z dawno niewidzianą przyjaciółką. 

   Plac Hiszpański, Real Alcazar, ogromna Katedra i La Giralda, z której można objąć wzrokiem całe miasto, powitają nas jak wracających do domu po długiej nieobecności. Ale najbardziej czekamy na wieczory. Takie, w które powietrze wciąż niesie ciepło dnia, a wąskie uliczki trzymają wspomnienie słońca. Gdzieś słychać flamenco... Może w miejscu, do którego trafimy przypadkiem?

   To jedynie zarys naszej andaluzyjskiej przygody. Każdy dzień będzie dopisywał do niej nowe kolory, zapachy, smaki i miejsca, splatając je w opowieść, której nie da się zamknąć w kilku zdaniach. 

   Sewilla, Kordoba i Kadyks, a także niezwykła Medina Azahara, majestatyczny Almodóvar del Río, pachnące winem Jerez de la Frontera i El Puerto de Santa María, urokliwe Arcos de la Frontera, rzymska Itálica, pełne historii Carmona i Osuna oraz niezwykłe Setenil de las Bodegas... 

   Andaluzję najlepiej poznaje się powoli, pozwalając jej krok po kroku zapisywać się w pamięci.

   Ale na razie jesteśmy w Krakowie, rozkoszujemy się latem, a serca cieszą się na myśl o podróży, która dopiero się wydarzy.



Najlepsze przygody zaczynają się w głowie.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

wtorek, 7 lipca 2026

9. Bajka o Mirabelce i przygodzie na łące

 

   Mirabelka szła boso ścieżką wśród maków, chabrów i wysokiej trawy, trzymając sandały w dłoni. Leon szedł krok za nią zadowolony z widoku, jaki miał przed sobą. Mirabelka ze śmiechem obróciła się wokół własnej osi, a wiatr uniósł rąbek jej sukienki. Nagle krzyknęła i zatrzymała się gwałtownie.

-Co się stało? Leon podszedł bliżej.

-Biedronka! Wpadła mi do dekoltu! Leon starał się zachować powagę.

-Ani się waż śmiać!- ostrzegła go. -Leon! Ona tam chodzi!

-Stój spokojnie- mruknął.

-Jak mam stać spokojnie, skoro mam tam panikującą biedronkę?!- fuknęła, wskazując na dekolt. Leon delikatnie wsunął dłoń pod materiał, a jego spojrzenie zrobiło się odrobinę mniej niewinne.

-Jest- powiedział cicho.

-I?

-Chyba nie chce wychodzić. Mirabelka zmrużyła oczy.

-Nie jesteś szczególnie pomocny.

-Ratuję biedronkę. To odpowiedzialne zadanie.

-Za bardzo ci się podoba.

-Trochę... Leon powoli wyjął dłoń i uniósł palec, na którym siedział owad w czarne kropeczki.

-Uratowana- oznajmił uroczyście. Mirabelka spojrzała na maleńkie stworzonko, a potem przeniosła wzrok na Leona.

-I co teraz?

-Teraz należy mi się nagroda za bohaterstwo.

-A jeśli odmówię?

-Wtedy biedronka będzie bardzo rozczarowana. Parsknęła śmiechem, a trawy wokół nich zaszumiały poruszone letnim wiatrem.


Miłość często wpada nieproszona.

Prosto w dekolt.

/Puszek🐾 /


Puszkiem zapisane, pikantnie podane...

*ilustracja AI;