Czerwiec przyszedł do mnie z naręczem wspomnień i refleksji. Przyniósł długie dni i krótkie wieczory, pachnące jaśminem i piwoniami.
To miesiąc moich urodzin. Za mną kolejny rok doświadczeń, wyzwań, walki, marzeń, planów, uniesień i lekcji, których nie planowałam, a które dał mi los, żebym znów przypomniała sobie, że chociaż życie nie zawsze jest łatwe, wciąż potrafi być piękne.
Gdy rok temu zaczęłam pisać, nie wiedziałam dokąd zaprowadzi mnie ta droga. Chciałam stworzyć miejsce pełne opowieści, codziennych zachwytów i ciepła. Miejsce, do którego można zajrzeć jak do domu, pachnącego kawą i świeżym ciastem. Przez ten rok powstały historie śmieszne i wzruszające, relacje z podróży, marzenia o domu z ogrodem, opowieści o zwyczajnych dniach, ale... Nie czuję, że to miejsce właśnie takie jest.
To miesiąc imienin mojego Taty. Dzień, który kiedyś świętowaliśmy razem, dziś wraca do mnie we wspomnieniach. W ulubionych powiedzeniach, gestach, miejscach, które razem odwiedziliśmy i chwilach, w których czuję jego obecność tuż obok.
Lubię czerwiec, bo jest początkiem lata, które wczoraj wyraźnie poczułam. Nie przez prognozy, ani nie przez wskazania kalendarza, ale przez zapach koperku i młodych ziemniaczków do barszczu. Przez mruczenie Puszka, który jak zawsze przysiadł obok mnie.
Pamiętam lato z dzieciństwa... Lato, które zaczynało się kwitnieniem akacji i ostatnim dzwonkiem w szkole, a kończyło wraz z zapachem nowych zeszytów.
Tamto lato szło boso, z rozwianymi włosami, z kieszeniami pełnymi muszelek i marzeń. Miało smak kompotu z rabarbaru, zapach prania schnącego na sznurku w ogrodzie i kolor odrapanego roweru. Nie liczyłam wtedy dni. Liczyłam truskawki do zjedzenia i kamienie do przeskoczenia. Zjadałam agrest prosto z krzaka, nawet jeśli był niedojrzały i wiśnie prosto z drzewa. Soczyste, jeszcze ciepłe od słońca, plamiące palce na czerwono, a pestki wypluwałam przez ramię.
Grałam w gumę godzinami, a skakanka świstała w powietrzu jak skrzydła ważek. I chociaż nie raz upadłam, a kolana krwawiły to nie płakałam długo, bo za rogiem czekała już kolejna przygoda.
Biegałam po polnych drogach, a kurz był miękki jak dziecięce marzenia. A kiedy spadł letni deszcz tańczyłam w kałużach, śmiejąc się, że to niebo się ze mną bawi.
Wieczorami siadałam na schodach albo pod drzewem i liczyłam komary, słuchałam świerszczy i szumu traw. Zawsze znalazł się jakiś kot do towarzystwa. Przypominałam sobie historie o duchach opowiadane przez Dziadka, marzyłam o podróżach i rozmyślałam o tym, kim będę gdy dorosnę. Tylko, że... wtedy wcale nie chciałam dorastać.
Nie potrzebowałam wiele. Potrzebowałam tylko dni, które nie miały końca... I poczucia, że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno być.
Dzisiaj rozumiem, że lato to nie tyle pora roku, co stan duszy, umiejętność smakowania tego, co jest i obietnica, że wszystko będzie dobrze. Lato tak naprawdę nie odchodzi, tylko czasem przestaję je zauważać. A ono cierpliwe czeka na mnie w garnku z chłodnikiem, w zapachu drożdżowego ciasta, w porannej rozmowie z Mężem i w miękkim futrze Puszka.
Witaj, czerwcu! Mamy sobie wiele do opowiedzenia.
Czerwiec jest całkiem przyzwoitym miesiącem.
Dni są długie, a okna często otwarte.
Nie widzę wad.
/Puszek 🐾/
Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...
*zdjęcia własne;
*ilustracja
AI;







Piękna pochwała czerwca. Masz wiele czerwcowych okazji do świętowania i wspominania. Każdy dzień może być świętem. Wiele Twoich wspomnień przypomina też moje: kwitnące akacje, polne drogi, gra w gumę, komary, świerszcze, ważki i trawy... To były piękne lata. Nie da się do nich wrócić, ale można zadbać o podobne dziecięce zachwyty otoczeniem.
OdpowiedzUsuńZa chwilę właśnie wychodzę do polnego ogrodu, popatrzę jak rośnie marchewka :-)
Przepiękne wspomnienia. Wzruszająco piszesz...
OdpowiedzUsuńW czerwcu dni są najdłuższe i zachody słońca najbardziej czarujące.