wtorek, 9 czerwca 2026

24/2026. Opowieść czerwcowa

 

   Czerwiec przyszedł do mnie z naręczem wspomnień i refleksji. Przyniósł długie dni i krótkie wieczory, pachnące jaśminem i piwoniami.

   

  To miesiąc moich urodzin. Za mną kolejny rok doświadczeń, wyzwań, walki, marzeń, planów, uniesień i lekcji, których nie planowałam, a które dał mi los, żebym znów przypomniała sobie, że chociaż życie nie zawsze jest łatwe, wciąż potrafi być piękne.

  
   To rocznica powstania 'Puszkiem pisane...'.

   Gdy rok temu zaczęłam pisać, nie wiedziałam dokąd zaprowadzi mnie ta droga. Chciałam stworzyć miejsce pełne opowieści, codziennych zachwytów i ciepła. Miejsce, do którego można zajrzeć jak do domu, pachnącego kawą i świeżym ciastem. Przez ten rok powstały historie śmieszne i wzruszające, relacje z podróży, marzenia o domu z ogrodem, opowieści o zwyczajnych dniach, ale... Nie czuję, że to miejsce właśnie takie jest.

    To miesiąc imienin mojego Taty. Dzień, który kiedyś świętowaliśmy razem, dziś wraca do mnie we wspomnieniach. W ulubionych powiedzeniach, gestach, miejscach, które razem odwiedziliśmy i chwilach, w których czuję jego obecność tuż obok.

   Lubię czerwiec, bo jest początkiem lata, które wczoraj wyraźnie poczułam. Nie przez prognozy, ani nie przez wskazania kalendarza, ale przez zapach koperku i młodych ziemniaczków do barszczu. Przez mruczenie Puszka, który jak zawsze przysiadł obok mnie.

   Pamiętam lato z dzieciństwa... Lato, które zaczynało się kwitnieniem akacji i ostatnim dzwonkiem w szkole, a kończyło wraz z zapachem nowych zeszytów. 

   Tamto lato szło boso, z rozwianymi włosami, z kieszeniami pełnymi muszelek i marzeń. Miało smak kompotu z rabarbaru, zapach prania schnącego na sznurku w ogrodzie i kolor odrapanego roweru. Nie liczyłam wtedy dni. Liczyłam truskawki do zjedzenia i kamienie do przeskoczenia. Zjadałam agrest prosto z krzaka, nawet jeśli był niedojrzały i wiśnie prosto z drzewa. Soczyste, jeszcze ciepłe od słońca, plamiące palce na czerwono, a pestki wypluwałam przez ramię.

   Grałam w gumę godzinami, a skakanka świstała w powietrzu jak skrzydła ważek. I chociaż nie raz upadłam, a kolana krwawiły to nie płakałam długo, bo za rogiem czekała już kolejna przygoda.

   Biegałam po polnych drogach, a kurz był miękki jak dziecięce marzenia. A kiedy spadł letni deszcz tańczyłam w kałużach, śmiejąc się, że to niebo się ze mną bawi.

   Wieczorami siadałam na schodach albo pod drzewem i liczyłam komary, słuchałam świerszczy i szumu traw. Zawsze znalazł się jakiś kot do towarzystwa. Przypominałam sobie historie o duchach opowiadane przez Dziadka, marzyłam o podróżach i rozmyślałam o tym, kim będę gdy dorosnę. Tylko, że... wtedy wcale nie chciałam dorastać.

   Nie potrzebowałam wiele. Potrzebowałam tylko dni, które nie miały końca... I poczucia, że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno być.

   Dzisiaj rozumiem, że lato to nie tyle pora roku, co stan duszy, umiejętność smakowania tego, co jest i obietnica, że wszystko będzie dobrze. Lato tak naprawdę nie odchodzi, tylko czasem przestaję je zauważać. A ono cierpliwe czeka na mnie w garnku z chłodnikiem, w zapachu drożdżowego ciasta, w porannej rozmowie z Mężem i w miękkim futrze Puszka.

   Witaj, czerwcu! Mamy sobie wiele do opowiedzenia.


Czerwiec jest całkiem przyzwoitym miesiącem.

Dni są długie, a okna często otwarte.

Nie widzę wad.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

*ilustracja AI;

4 komentarze:

  1. Piękna pochwała czerwca. Masz wiele czerwcowych okazji do świętowania i wspominania. Każdy dzień może być świętem. Wiele Twoich wspomnień przypomina też moje: kwitnące akacje, polne drogi, gra w gumę, komary, świerszcze, ważki i trawy... To były piękne lata. Nie da się do nich wrócić, ale można zadbać o podobne dziecięce zachwyty otoczeniem.
    Za chwilę właśnie wychodzę do polnego ogrodu, popatrzę jak rośnie marchewka :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepiękne wspomnienia. Wzruszająco piszesz...
    W czerwcu dni są najdłuższe i zachody słońca najbardziej czarujące.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie to wszystko opisałaś, a ja siedzę teraz i dumam nad tym tekstem jak nad porządnym kawałkiem literatury pięknej, który wymaga należytego szacunku i traktowania.

    Z przyjemnością odkryłam, że Twoje dzieciństwo w dużej mierze przypominało moje, jako że wychowałam się na wsi i miałam nieograniczony dostęp do pól, drzew owocowych, a także krzaków z agrestem, malinami i porzeczkami. Zjadałam, jak wszystkie inne dzieci, gruszki i jabłka, które znalazłam pod drzewami, albo lekko brudne truskawki i poziomki prosto z krzaka, i... żyję :D

    Uwielbiałam grać w gumę. W tamtych czasach w ogóle dzieci mocno się socjalizowały – godzinami siedzieliśmy na podwórku, graliśmy w wymyślone przez siebie gry, lepiliśmy placki z błota, a w wakacyjne wieczory paliliśmy ogniska, wrzucaliśmy do nich ziemniaki, i piekliśmy kiełbaski... Chętnie wróciłabym do tamtych czasów. Może nie na zawsze, ale wiele bym dała za taki tymczasowy powrót do przeszłości, aby jeszcze raz (tym razem mocniej) nacieszyć się tym wszystkim. I tymi, którzy wówczas żyli.

    Moim skromnym zdaniem udało Ci się stworzyć magiczne, ciepłe i przyjemne miejsce, do którego wraca się jak do domu: z uśmiechem na twarzy, z radością w sercu i z ulgą. Bardzo lubię Cię odwiedzać, bo Twój blog emanuje pozytywną energią (nawet jeśli piszesz o nieco smutniejszych rzeczach) – nie ma tu wulgaryzmów, przepychanek słownych, nikogo nie atakujesz, nie obrażasz tych o innych poglądach politycznych, religijnych, czy w ogóle o odmiennych światopoglądzie. Jest miło i przytulnie, jak pod ulubionym kocykiem :)

    Dobra, wystarczy już tych wywodów, bo jeszcze Cię zemdli od nadmiaru słodyczy ;) Gratuluję rocznicy i obyś pisała jak najdłużej, bo nie masz sobie równych!

    OdpowiedzUsuń
  4. O! To już rok! Jak szybko minął! Pisz, pisz dalej! Dobrze tu zaglądać…

    OdpowiedzUsuń

Napisz słowo, zdanie, myśl... Miło będzie Cię tu "usłyszeć".