czwartek, 1 października 2026

32/2026. Opowieść o tym, że czasem trzeba odłożyć pióro

 

   Zastanawiałam się, czy w ogóle o tym pisać... Bo ta myśl pojawiła się już w Andaluzji.

   "Puszkiem pisane" powołałam do życia z potrzeby opowiadania. O podróżach, wspomnieniach, zachwytach, emocjach, wrażeniach, tęsknotach i wszystkich drobiazgach, które zbieram na drodze życia i zamykam w słowach.

   Ostatnio jednak tych słów zaczęło mi brakować. Nie dlatego, że nie mam o czym pisać. Wręcz przeciwnie. Historii nazbierałam tyle, że spokojnie mogłabym nimi obdzielić wiele jesiennych i zimowych wieczorów.

   Są miejsca, do których chcę Was zabrać, wspomnienia czekające na swoją kolej i opowieści, które od dawna stoją pod drzwiami i czekają aż je wpuszczę.

   Podróż po Andaluzji była wspaniała. Ale także bardzo intensywna. To był ciąg emocjonalnych uderzeń. Mezquita ze swoim pięknem i ciszą historii. Medina Azahara z tysiącletnimi murami, których dotykałam dłońmi. Ocean w Kadyksie z zupełnie innym rodzajem przeżyć, przestrzenią i wiatrem. Niezwykła Italica z amfiteatrem, który przypomniał, że pod warstwą zachwytu kryje się także coś bardzo mrocznego. Sewilla z flamenco z ogniem, tęsknotą i bólem wytańczonym tak, że trudno mi było pozostać tylko widzem, największą gotycką katedrą na świecie i Alkazarem wymyślonym tak, że zapomniałam o świecie istniejącym za jego murami. Każde z tych miejsc zostawiło we mnie inny obraz, ładunek emocjonalny, pytania, zachwyt, a czasem niepokój.

   Po powrocie zrozumiałam, że nie tylko nogi mogą zmęczyć się podróżą. Może zmęczyć się również głowa i serce. A przez chorobę nie mam już tyle sił co dawniej. W głowie wciąż jestem tą samą sobą, która może zobaczyć jeszcze jedno miejsce, przejść jeszcze kawałek, zrobić jeszcze kilka zdjęć, zapamiętać więcej szczegółów, ale ciało czasem ma na ten temat zupełnie inne zdanie i muszę w końcu nauczyć się go słuchać. Bo można być pełną wrażeń i jednocześnie bardzo zmęczoną. Nawet piękno może przytłoczyć zwłaszcza wtedy, gdy człowiek naprawdę je chłonie. To się wcale nie wyklucza. Wręcz przeciwnie. To kosztuje energię, a moja energia jest teraz jak walizka po podróży. Niby wszystko się w niej mieści, ale muszę rozsądniej wybierać, co zabieram ze sobą.

   Potrzebuję pobyć po drugiej stronie słów i robię sobie przerwę. Nie wiem jak długą. Może wrócę szybko, a może będę potrzebowała więcej czasu. Ale wiem, że pewnego dnia usiądę z kawą i poczuję, że mam Wam coś do opowiedzenia. I wtedy wrócę.

   Bo przecież przerwa to nie koniec.


Nie każda cisza jest końcem opowieści.

Czasem jest jej nowym początkiem.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcie własne;

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

31/2026. Opowieść o tym, dlaczego o podróżach piszę właśnie tak

 

   Każdy podróżuje inaczej. Jedni wracają do domów z głową pełną dat, nazwisk i fascynujących opowieści o historii i architekturze odwiedzonych miejsc. Ja z podróży przywożę przede wszystkim emocje, wrażenia wywołane krajobrazami, widokami, zapachami, smakami i spotkaniami z ludźmi.

   Oczywiście czytam o miejscach, które planuję odwiedzić. Poznaję ich historię i staram się ją zrozumieć, chcę wiedzieć, dlaczego są ważne. Historia nadaje sens kamieniom, ulicom i starym murom, ale jest dostępna dla każdego. Każdy może sprawdzić, kiedy zbudowano świątynię, kto założył miasto albo z którego wieku pochodzą ruiny... A ja nie chcę pisać o tym, że Mezquita - czy inna budowla - została przebudowana w tym, czy tamtym wieku. Jeśli będę potrzebowała, znajdę tę informację- podobnie jak Wy- w kilka sekund.

   To nie znaczy, że historia czy geografia są dla mnie nieważne. Przeciwnie, one są fundamentem. Ale jest różnica między wykorzystywaniem wiedzy a wykładaniem jej na stół. Nie robię tego, lecz pozwalam jej dyskretnie prowadzić opowieść. Wiecie, to trochę tak, jak z przyprawami. Chyba nie chcielibyście jeść samego pieprzu czy rozmarynu. Ale dobrze doprawione danie smakuje lepiej, nawet jeśli nie wiemy, co dokładnie zostało do niego dodane.

   Dlatego, gdy wracam do domu i siadam do pisania, pierwsze do głosu dochodzą nie daty, lecz emocje. Piszę więc o tym, czego nie znalazłam na tablicach informacyjnych ani w encyklopediach. O wzruszeniu, które pojawia się nagle. O zachwycie, który odbiera słowa. O chwilach, które zostają w pamięci długo po powrocie, a nawet na zawsze.

   Dla mnie podróże nie składają się z kilometrów ani z listy odwiedzonych miejsc. Składają się z chwil, które poruszają serce. To właśnie one wracają we wspomnieniach. Czasem wystarczy jakiś zapach, promień popołudniowego słońca albo melodia usłyszana przypadkiem, bym znowu znalazła się w wąskiej uliczce Frigiliany, wśród ruin starożytnej Troi, czy na szczycie Nemrut Dağı, skąd świat wydawał się większy i piękniejszy. Żebym przypomniała sobie, jak pachniał poranek w Cortonie, jak smakowała kawa w Mardin czy horchata de chufa w Walencji i dlaczego zatopienie Hasankeyf zabolało mnie bardziej, niż się spodziewałam.

   Chcę pamiętać zapach rozgrzanych murów w Chichén Itzá, ciepły wiatr niosący wilgoć znad morza w Hawanie, ciszę w Mdinie, która mówi najwięcej, spojrzenia ludzi w Knossos, dźwięk dzwonów w Asyżu, przestrzeń w Selinuncie, śmiech dobiegający z bocznych uliczek we Florencji i uczucie, że przez krótką chwilę byłam częścią czyjegoś świata.

   Dlatego moje wspomnienia z podróży są przede wszystkim opowieściami o tym, co czułam. Bo miejsca zapamiętuję sercem, a ono ma własną mapę świata, na której najważniejsze nie są granice ani daty, lecz emocje.

   Za tydzień wyruszam do Andaluzji po słońce, zapach pomarańczy i nowe historie. Nie wiem, które uliczki staną się moimi ulubionymi, przy której kawie zatrzymam czas, ani który zachód słońca zapisze się w pamięci najmocniej... Wiem jedno. Nie będę szukała idealnych ujęć ani najpiękniejszych zdań. Będę powoli doświadczała miejsc i szukała chwil, które poruszą serce.

   A zanim ktoś zapyta... Puszek też wyjeżdża na wakacje. Będzie wygrzewał futerko w słońcu, pilnował ogrodu i spędzał czas z kocimi przyjaciółmi. Przed nim miesiąc pełen przygód i zapewne wróci ze swoich wiejskich wakacji z łapkami pełnymi nowych, mruczących opowieści. 

   Gdy wrócę, usiądziemy tu razem. Wy z filiżanką kawy, ja z walizką wypakowaną wrażeniami. Opowiem Wam o Andaluzji... właśnie tak i pokażę, co czułam. 


 

Daty lubią mieszkać w książkach. 

Wspomnienia wolą zwijać się w kłębek w sercu. 

/Puszek🐾/ 


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem... 

*zdjęcia własne luźno związane z notką;

wtorek, 18 sierpnia 2026

30/2026. Opowieść o ulicy, na której rosną grzyby

 

   Do Alicante przyjechaliśmy dla słońca, morza i tego szczególnego śródziemnomorskiego światła. Ale na naszej mapie mieliśmy też pewne miejsce, które od początku budziło naszą ciekawość- Calle de las Setas czyli Ulicę Grzybową. Wiedzieliśmy, że chcemy ją zobaczyć. Wiedzieliśmy też, że zamiast drzew będą tam kamienice, zamiast leśnej ściółki- bruk, a zamiast małych kapeluszy wyrastających spod liści- ogromne, kolorowe grzyby. Mimo to nie byliśmy przygotowani na to, jak nieprawdopodobnie i bajkowo będą wyglądały w samym środku miasta.

   Kiedy zobaczyliśmy pierwsze kapelusze, wiedzieliśmy już, że wcześniej oglądane zdjęcia nie oddają charakteru tego miejsca. Ogromne muchomory wyglądały jak wyjęte z książki dla dzieci lub dobranocki i zupełnie nie pasowały do naszych wyobrażeń o hiszpańskiej ulicy. I może właśnie dlatego pasowały tam idealnie..? Alicante przyzwyczaja do innych widoków. Do zielonych palm, jasnych kamienic, kawiarni, błękitu morza i nieba... Tymczasem zastaliśmy coś zupełnie innego. I dopiero gdy zaczęliśmy się przyglądać temu miejscu bliżej, poznaliśmy jego historię.

   Calle de las Setas to tak naprawdę Calle San Francisco, ale ta nazwa jest rzadko używana. I jeszcze kilkanaście lat temu nie była tak kolorowa i pełna życia. Ta część miasta była zaniedbana i niebezpieczna. Miała opinię miejsca, którego lepiej unikać. Władze Alicante postanowiły więc ją zmienić. Uczynić ją przyjazną dla wszystkich, ożywić i sprawić, żeby zamiast odstraszać zaczęła przyciągać ludzi.

   I wtedy pojawiły się grzyby. Zaprojektowane przez artystę José Maria Escrivá, wyglądały jak przeniesione z festiwalowej scenografii wprost na miejską ulicę. Nie wszystkim ten pomysł się spodobał. Początkowo wielkie grzyby wzbudzały więcej kontrowersji i zdziwienia niż zachwytu. Wielu uważało, że wydane na nie pieniądze można było spożytkować inaczej i lepiej.

   Ale wydarzyło się coś, czego nie dało się zaplanować. Ludzie zaczęli przychodzić. Najpierw z ciekawości. Potem z dziećmi. Później z telefonami i aparatami. Pojawiły się nowe lokale, sklepy, kawiarnie... Ulica zaczęła żyć. 

   I kiedy staliśmy tam pod tymi wielkimi kapeluszami pomyśleliśmy, że jest w tym wszystkim coś bardzo sympatycznego. Bo grzyby nie zostały postawione tylko po to, żeby było ładniej. Miały sprawić, żeby ludzie chcieli tutaj być. I to się udało.

   My również przyszliśmy z ciekawości. Chcieliśmy zobaczyć coś, co na zdjęciach wyglądało nieco absurdalnie. A kiedy już tam byliśmy, przestaliśmy się zastanawiać czy to dobry pomysł. Ludzie spacerowali, dzieci biegały między kolorowymi figurami, ktoś robił zdjęcia, ktoś inny zatrzymał się na kawę. Ulica, której kiedyś unikano stała się miejscem przyjaznym całym rodzinom.

  Zapamiętaliśmy Calle de las Setas nie tylko jako zabawną ulicę, ale dowód na to, że miasto można zmienić nie wielkimi słowami, lecz pomysłem, odrobiną wyobraźni i odwagą. A potem pozwolić ludziom je oswoić. Bo miasta, podobnie jak ludzie, nie zawsze potrzebują wielkiej rewolucji. Czasem potrzebują jedynie, żeby ktoś spojrzał na nie inaczej.


Nie każda ulica potrzebuje wielkich zabytków,

żeby zostać zapamiętaną.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;