Od kilku dni znowu jestem w gorszej formie, a w środku kłębią się różne wątpliwości.
Za mną szósty wlew rytuksymabu. Przede mną kolejnych sześć... Słowo 'połowa' przynosi ulgę i niedowierzanie. Jeszcze niedawno wszystko było przede mną, a dzisiaj mogę powiedzieć, że tyle już za mną. Jednak wraz z ulgą pojawia się kwestia co dalej? Leczenie ma swój rytm, daty, kolejne kroki, a przyszłość po nim jawi mi się niczym droga za zakrętem. Wiem, że istnieje, ale nie wiem co mnie na niej czeka.
Mój hematolog twierdzi, że dobrze odpowiadam na leczenie rytuksymabem. Że widać to w badaniach obrazowych i hematologicznych. A według bilansu zdrowia dorosłego człowieka, który zrobiłam w ramach programu 'Moje zdrowie' jestem zdrowa.
Zdrowa?! To brzmi pięknie. Tymczasem moje samopoczucie nie może się ustabilizować i przypomina sinusoidę. Raz mam dzień konia i tyle siły, że mogę przenosić góry. Nazajutrz jestem słaba jak nowonarodzone kocię i nie mam nawet siły oddychać.
Zdecydowanie moje ciało mówi innym językiem niż wyniki. Pojawia się więc rozterka: skoro jestem zdrowa to dlaczego tak źle się czuję? Ale ciało to nie tylko liczby. To także pamięć zmęczenia i napięcia, które zbierało się miesiącami. To proces, który nie kończy się w momencie poprawy wyników. Czasem ciało potrzebuje więcej czasu, żeby dogonić dobrą wiadomość.
Cieszę się. Naprawdę cieszę się, że za rok będę już po leczeniu podtrzymującym. Ale zaraz potem pojawiają się pytania. Takie, których nie zadaje się przy porannej kawie: czy na pewno będzie dobrze? czy nie dojdzie do progresji i choroba nie zaatakuje szpiku? czy nie transformuje w bardziej agresywną postać co jest bardzo możliwe?
Znam procenty, rokowania, możliwe scenariusze, kolejne linie leczenia... To nie jest zamartwianie się, ani strach z kategorii 'wydaje mi się'. To strach, który ma imię i z którym zostaję sama. Bo są takie miejsca w człowieku, do których nikt poza nim samym nie ma dostępu. Mam obok siebie bliskich, Męża, dobre słowa, wsparcie i to wszystko jest prawdziwe, ważne i potrzebne ale nikt nie przejdzie tej drogi za mnie.
Rzeczywistość jest taka, że jestem w połowie leczenia i idę dalej. Moje ciało zna tę drogę. Reszta jest przyszłością i nie muszę jej dziś roztrząsać. Obok leży Puszek zwinięty w miękki kłębek i patrzy tak, jakby znał wszystkie moje obawy i lęki.
W najbliższy poniedziałek czyli jutro kolejny PET. Mam nadzieję, że nic we mnie nie zaświeci. Nie dam się temu dziadowi wpędzić do grobu. Zamierzam zabrać go tam ze sobą.
To, że dziś jest trudno nie znaczy,
że jutro nie będzie łatwiej.
/Puszek 🐾/
Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...
*zdjęcie z netu;
*ilustracja AI;


W stanie decydującej walki o siebie, o zdrowie tak naprawdę człowiek musi walczyć sam. Ale dobrze mieć bliskich wokół siebie. Połowa to dobry początek na to, co może już być tylko lepsze. Nawet chwilowe nawroty, jakieś dołki, kryzysy tego nie zatrzymają.
OdpowiedzUsuńTo jest jak marsz w nocy. Najważniejsze to iść do przodu, nawet jeśli czasem krok jest wolniejszy.
UsuńNie wiem, co napisać, żeby nie zabrzmiało banalnie lub zimno jak np. "trzymaj się, będzie dobrze". Każdy w takiej sytuacji działa według własnego schematu, czasami niezrozumiałego dla otoczenia. Słuchaj Puszka, on dobrze mówi :-)
OdpowiedzUsuńPuszek jest zdecydowanie mądrzejszy ode mnie;-)
UsuńO, wczoraj nie było pola komentarza.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że wyniki będą dobre, a samopoczucie?
Często podejrzewam u siebie różne choroby, bo paskudnie się czuję, może to SKSy?
Obawa zawsze czai się gdzieś tyłu głowy, ale nadzieja nie pozwala jej zwyciężać.
Trzymaj się!!!
Tak, nadzieja jest najważniejsza. Trzymajmy się więc i nie dajmy tym gorszym chwilom!
UsuńPrzesyłam mnóstwo słońca i dobrych myśli, najlepiej gdyby te słabe dni odeszły w siną dał, może z czasem tak stopniowo będzie - tego Ci życzę!
OdpowiedzUsuńDziękuję. I też mam taką nadzieję.
UsuńNo właśnie, choć człowiek ma wokół bliskich to walkę toczy sam, bo to jego zdrowie i życie jest na szali. Życzę wszystkiego dobrego - samopoczucia, słonka, pozytywnych myśli, a w związku z tym - zdrowia!
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję za życzenia i dobre słowo:-) Wzajemnie, wszystkiego, co najlepsze!
UsuńPrzykro mi , że jesteś kolejną osobą, która musi się mierzyć z prawdziwą samotnością , tą która nie znika nawet w obecności tych którzy są przy niej i ją kochają. Jednak to, że jesteś jej świadoma tej samotności nie oznacza wcale, że masz się jej poddawać. Wykorzystaj ją raczej do tego by lepiej zrozumieć samą siebie w tej trudnej sytuacji...po to by móc jak najlepiej pomóc samej sobie. Bo przecież to Ty sama najlepiej wiesz jak zaopiekować się tą, akurat rozedrganą, miotaną obawami częścią siebie. Nikt nie zrobi tego lepiej od Ciebie, bo nikt nie jest wstanie czuć tego co Ty, nikt nie zna Cię tak dobrze jak Ty sama. Dbanie o psychikę i nastawienie w chorobie nowotworowej nie jest jedynie "dodatkiem", ale integralną częścią procesu leczenia, która bezpośrednio wpływa na jego skuteczność oraz jakość życia pacjenta. Tak powtarzali moi lekarze ... i mieli rację. Piszesz, że masz świetne wyniki ... ciesz się tym i dbaj o siebie by dalej takie były. Co do samopoczucia ... cóż . Nie zapominaj , że ciągle jesteś w procesie leczenia . Przyjmowanie tych ciężkich leków ma swoje skutki uboczne, organizm różnie na nie reaguje i za każdym razem potrzebuje też dużo czasu by się z tym co dostał uporać ... stąd takie rozchwiane samopoczucie. Nie chcę się tu mądrzyć, porównywać itp. Nie o to mi chodzi. Z doświadczenia wiem, że w takich razach dobrze jest ufać lekarzom /zyskuje się większy spokój /i przyjąć, że to co mnie spotkało jest chorobą, którą też się leczy by wyleczyć. Mój lekarz powiedział mi abym zamiast ciągłego rozmyślania podeszła do sprawy zadaniowo. Muszę przyznać, że zadaniowe podejście do leczenia, tzn lekarz zleca a ja wykonuję to co on zleca i nie piszę na ten temat "doktoratu" z pomocą Googla czy innych źródeł... bardzo się sprawdziło. Oczywiście jeśli coś mnie niepokoiło to konsultowałam to z lekarzem prowadzącym. Prawda jest taka, że nadmiar chaotycznej wiedzy w temacie prowadzi nasz zestresowany umysł na manowce ...co wcale nam nie służy. Moja choroba nauczyła mnie pokory , cierpliwości, życia bez pośpiechu, słuchania siebie , spokojnego reagowania na potrzeby mojego organizmu bez robienia mu wyrzutów, że mnie zawodzi. Wprawdzie w moim wpisie nie ma pocieszających frazesów ale mimo to myślę, że może być w jakimś sensie dla Ciebie pomocny. Wiem, że jest Ci trudno ale mimo to, a może na przekór temu UŚMIECHAJ SIĘ jak najczęściej ! Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńW kwestii leczenia ufam mojemu lekarzowi prowadzącemu i stosuję się do jego zaleceń. Niestety, moje wykształcenie medyczne sprawia, że dopytuję o szczegóły i nie daję się zbyć, chociaż jednocześnie utrudnia mi to złapanie dystansu, o którym piszesz. Jedno jest pewne, nie czerpię wiedzy od 'wujka Google'. Pozdrawiam:-)
UsuńWiesz mam siostrę też ma wykształcenie medyczne...ona zachorowała pierwsza, gdy zakończyła leczenie to ja zachorowałam. To prawda, że posiadana wiedza nie ułatwia ... raczej bardziej obciąża w takiej sytuacji. Mojej siostrze też trochę zajęło nim odpuściła sobie / tryb znającego się na rzeczy i chcącego znać wszelkie szczegóły medyka/ i pozwoliła sobie być po prostu pacjentem. Dlatego pisząc o przysłowiowym już "wujku Google" i innych źródłach chciałam zasugerować , że bycie własnym lekarzem nie jest dobrym rozwiązaniem.
UsuńDaleka jestem od bycia swoim lekarzem. Ale jestem bardzo trudnym, wymagającym i świadomym pacjentem. Pytam o wszystko, bo wiem o co pytać, mam prawo pytać i oczekuję wyczerpujących odpowiedzi, bo mam prawo wiedzieć i chcę wiedzieć. Zdawkowe odpowiedzi u mnie nie przejdą, bo jak wspomniałam mam wiedzę, umiem czytać i interpretować wyniki itp. Problem jest w charakterze mojej choroby, jest nieuleczalna (paradoksalnie lepiej leczą się postacie agresywne) i można ją tylko "trzymać w ryzach".
UsuńMilknę zatem. Po Twoich ripostach pozostaje mi tylko przeprosić za to , że w ogóle rozpoczęłam ten dyskurs... co niniejszym czynię . Przepraszam i jak wszyscy zdrowia życzę.
UsuńTo ja Cię przepraszam za mój ton. Jestem po prostu zła na siebie i na to jak choroba i leczenie negatywnie na mnie wpływają. Myślałam, że będę sobie lepiej radzić, a tu zonk. Jeszcze raz przepraszam i dziękuję za życzenia zdrowia.
UsuńSą doświadczenia skierowane tylko do nas, tak jest z chorobą. Może rozbija nas od środka, może zaburza dotychczasowy rytm życia, ale poniekąd udowadnia, jak bardzo potrafimy być silni. I dużo tej siły Ci życzę!
OdpowiedzUsuńDziękuję. Jednak z każdym dniem mam coraz mniej sił i przekonuję się jak słaba jestem.
UsuńI saw a comment you made in this post in response to another comment. Here is what you said. The most important thing is to keep moving forward, even if sometimes the pace is slow.
OdpowiedzUsuńI absolutely love this, it shows that you are doing your best to stay positive and to move forward! This is fantastic! Sending you warm hugs.
Thank you from the bottom of my heart. In moments like these, every kind word means so much. Wishing you good health and sending you warm hugs!
UsuńŻyczę dużo sił i dobrych myśli.
OdpowiedzUsuńDziękuję. Bardzo się przydadzą.
Usuńskoro zdrowa diagnoza to zdrowa i tego się trzymajmy :-)
OdpowiedzUsuńale trzymam też kciuki za Peta i moce przesyłam. dużo pozytywnego myślenia. głaski.
Dzięki! Trzymam się i nie puszczam, czasem tylko mi chwyt osłabnie. Kciuki i wszystkie dobre moce biorę, głaski odwzajemniam;-)
UsuńŻyczę zdrowia. :)
OdpowiedzUsuńJa mam inaczej, ciało niby względnie zdrowe, ale chora głowa obraca często wszystko wniwecz. :')
Głowa potrafi być naprawdę trudnym przeciwnikiem... Dużo siły dla Ciebie:-)
UsuńPuszku Najmilszy! Powiedz swojej Pani że najgorszy jest stres i smutek.... i bądź dla niej jeszcze bardzo ukochany!!!
OdpowiedzUsuńPuszek melduje, że zadanie przyjęte:-) Mrau!
UsuńI Puszek wie co mruczy. A kiedy go pogłaszczesz nich napływają do Ciebie same pozytywne i kojące myśli:)))
OdpowiedzUsuńSwoim mruczeniem Puszek zszywa to, co pęknięte i przepędza to, co złe:-)
UsuńNie zabieraj go do grobu ze sobą. Wpędź go do grobu bez siebie!
OdpowiedzUsuńMoja mama w czwartek przed świętami miała drugą operację. Taką trochę zwiadowczą, znowu pobrane wycinki. I czekanie na wyniki, a potem dalszy ciąg chemii. Żyć się odechciewa...
Raczej będziemy drzeć ze sobą koty do końca;-)
UsuńTrzy lata temu "przerabiałam" to samo z mężem. Ale dzisiaj jest dobrze. Trzymam za Was kciuki i ślę moce!
Ja Tobie też.
UsuńCo za zaraza, czepia się ludzi hurtowo!
Dobrze, że medycyna się rozwija i możliwości leczenia również.
UsuńŻyczę zdrowia i wielu pozytywnych myśli w trakcie leczenia.
OdpowiedzUsuńDziękuję:-)
UsuńJeju, mam nadzieję, że szybko wydobrzejesz...
OdpowiedzUsuńMuszę się tylko zebrać do kupy i będzie ok;-)
UsuńKochana ❤️Dziecko mi naprawiło "coś" i wreszcie mogę się na bloggerze odezwać.
OdpowiedzUsuńPuszek jest mądry i zawsze dobrze radzi, słuchaj go 😽 I wysłuchaj słów, które mówi Krzyś w tym, co Ci wysłałam na WhatsAppa. Przytulam skarbie❤️ a Puszka drapię za uszkami 😽❤️
To super! Posłucham, Aniu posłucham. Obiecuję🤞Puszek jest zdecydowanie mądrzejszy ode mnie😂 Ściskam Cię❤️, a Pusz dziękuje za drapanko😸🐾
Usuń❤️😘❤️
UsuńŻyczę dużo zdrowia i dobrych myśli.
OdpowiedzUsuńDziękuję!
UsuńPuszek ma rację. Bardzo mądry kotek! Nawet gdy ciężko jest się podnieść, to przychodzi taki dzień, że jest lepiej, lżej :) Życzę dużo sił, pozytywnego myślenia i zdrówka! Pozdrawiam serdecznie :*
OdpowiedzUsuńPusz to mądrala;-) Dziś jest zdecydowanie lepiej, wylazłam w końcu z dołka. Dziękuję i pozdrawiam cieplutko:-)
UsuńWitaj słonecznie Puszku
OdpowiedzUsuńNareszcie udało mi się do Ciebie zalogować. Nie zapomniałam. Coś mi blokowało dostęp....
Dużo zdrowia życzę. Dobra myśli przesyłam...
Puszek ma rację. Słuchaj go. Ja w swoich problemach zdrowotnych czasem potrzebowałabym takiego puszystego mądrali
Witaj Ismeno:-)
UsuńPewnie blogger znowu miał fochy...
Słucham Puszka:-), a on dodaje, że w razie potrzeby służy Ci radą i swoją mądrością;-)
Dziękuję. Bardzo mi to potrzebne. Czekam na wyniki.....
UsuńPuszek kładzie łapkę na Twojej dłoni, żebyś czuła, że ktoś czuwa🐾
UsuńA ja trzymam kciuki za pomyślne wyniki🤞
To prawda, że blogger miał fochy, ja w ubiegłym tygodniu, kiedy chciałam wejść na niektóre blogi w tym Twój, widziałam informację, że nie jestem zaproszona... Cieszę się, że sprawy trochę się wyprostowały, nie chcę tu prawić komunałów, ale rozumiem Cię aż za dobrze i mogłabym podpisać się pod Twoim postem. Wiem, że to nie jest żadna pociecha, bo nawet jeśli ma się obok siebie życzliwych i kochających ludzi, to nasz lęk i niepewność są tylko nasze. Ja w pewnym sensie napytałam sobie biedy na własne życzenie, bo zrobiłam coś, o czym wiedziałam, że nie powinnam. Jutro jadę do lekarza, bardzo się boję tego, co mi powie, mam nadzieję, że to mi nie przewróci życia do góry nogami. Jednak niezależnie od tego tym bardziej będę z całej siły trzymała kciuki za to, żeby u Ciebie wszystko poszło jak najlepiej, za Twoje zdrowie i dobre samopoczucie. 🫶🫶🫶
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci za te słowa. Naprawdę je czuję, nie tylko czytam. Współczuję Ci tego, co teraz przeżywasz. Ten czas zanim padną słowa lekarza jest najtrudniejszy. Strach ma wtedy nad nami największą władzę.
UsuńAle czasem rzeczywistość okazuje się łagodniejsza niż nasze wyobrażenia. I tego Ci życzę z całego serca. Myślami jestem z Tobą. Dziękuję za Twoje kciuki. Odwzajemniam je z podwójną siłą🤞🤞🤞
Czytam Twoje słowa (drugi raz już) i niemo Ci potakuję – rozumiem.
OdpowiedzUsuńNieustannie pozostajesz w moich myślach.
Jako niepoprawna romantyczka (chyba już czas zaakceptować tę łatkę, do której długo się nie przyznawałam) liczę, że będzie happy end.
O! Cieszę się, że moje słowa znalazły u Ciebie bezpieczne miejsce.
UsuńRomantyzm to bardzo miła łatka więc nie ma co się przed nią bronić;-)
Dziękuję Ci za ten komentarz:-) Teraz i ja zacznę liczyć na happy end.
Jeszcze nie zdążyłam doczytać dalej ale mam nadzieję, że będzie tylko lepiej! Jesteś bardzo dzielną, cudowną kobietą!
OdpowiedzUsuńDziękuję🤗 Tym bardziej, że sama w to wątpię...
Usuń