sobota, 10 stycznia 2026

2/2026. Opowieść z Krakowem i upadkiem w tle

 

   Pierwszego dnia nowego roku tuż po zmroku, który osiadł nad miastem jak aksamit i wygładził poszarpane krawędzie dnia, pojechaliśmy do centrum Krakowa odreagować trudne- zwłaszcza dla mnie- święta i wreszcie zobaczyć miasto w świątecznym anturażu.

   Spacerowaliśmy po Rynku, Małym Rynku i bocznych uliczkach, tonących w dekoracjach. 

Robiliśmy zdjęcia, krótkie filmiki i zbieraliśmy chwile. 

   Miasto pachniało grzańcem, pieczonymi golonkami i dymem ze stoisk z kiełbasą.

   Krążyliśmy między budkami w rytm świątecznych szlagierów, które płynęły z głośników. A czasem zatrzymywaliśmy się przy jakiejś, bo coś błysnęło, coś zapachniało i przyciągnęło uwagę.

   Krok za krokiem zawędrowaliśmy pod Galerię Krakowską i wsiedliśmy na karuzelę. 

   Przejażdżka przywołała odległe wspomnienia, wywołała dziecięcą radość i śmiech, który przypomniał, że wciąż potrafimy cieszyć się drobiazgami.

   Wracając do samochodu przystawaliśmy popatrzeć na kolorowe wystawy 

i krakowskie szopki w gablotach, 

gdy nagle na placu św. Marii Magdaleny mój mózg się wyłączył i... upadłam jak długa. Przez chwilę nie wiedziałam, co się stało. Bolały mnie kolana, żebra i dłonie. Zbiegli się ludzie. Ktoś pytał czy wszystko w porządku. Ktoś inny zakładał mi but. Wstyd mieszał się z bólem i łzami, cisnącymi się do oczu, które jednak zaczekały na powrót do domu, żeby popłynąć bez świadków.

   Gdy doszłam nieco do siebie, powiedziałam, że nic mi nie jest, że dziękuję, że mam obok Męża...Wtedy dotarły do mnie jego pytania czy nie uderzyłam się w głowę, czy dam radę wstać i iść. Zanim wstałam, jeszcze przez chwilę siedziałam na zimnym bruku. 

    W domu się rozpłakałam. Puszek natychmiast pojawił się obok. Wiedział, że teraz najbardziej potrzebuję mruczenia i miękkiego futerka. Czasem płacz jest jak deszcz po śniegu. Nieprzyjemny, ale konieczny, żeby coś zaczęło topnieć.

   Dziś już wiem, że to nie był powód do wstydu. Wiem też, że nie była to zła wróżba na nowy rok. W ludowej mądrości- tej prawdziwej, a nie z tanich horoskopów- upadek na początku roku oznacza zrzucenie ciężaru z poprzedniego. Stare łzy, stary ból, stare zmęczenie musiało upaść na bruk, żebym nie niosła go dalej. Poza tym, Kraków widział większe upadki. Mój był zaledwie cichym westchnieniem.

   Może komuś z Was zdarzyło się przewrócić w miejscu publicznym, na oczach innych. Może czuł potem wstyd, bezradność i gniew na siebie samego. Ale to nie był dobry moment na te wszystkie uczucia. To moment, w którym nie trzeba być dzielnym, tylko zaczekać. Świat odpowie pomocą, a nie oceną.

   Bo upadek to tylko przypis pod głównym tekstem.


W tym roku nie będziesz sama.

A jeśli upadniesz, to zawsze ktoś poda ci but.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

25 komentarzy:

  1. Bylo to bardzo dawno temu, a ja w ósmym miesiacu w ciazy, kiedy to poslizgnelam sie na lodzie, ktorego nie bylo widac spod sniegu, obie nogi pojechaly do przodu, a ja gruchnelam na kosc ogonowa. Balam sie wstac, bo mialam wrazenie, ze zostawie dziecko na tym oblodzonym chodniku, nie wstydzilam sie plakac, bylam w panice, a ludzie, ktorzy mnie z tego chodnika zbierali, rowniez. Chcieli wzywac pogotowie, nie zgodzilam sie, do domu mialam pare krokow. To byl rok 1987.
    A wiesz, ze mialam swoj krakowski epizod w zyciu? Bardzo niewiele pamietam, bo bylam mala i dziadkowie wyprowadzili sie stamtad bodaj w roku 1960 do Warszawy. Ale jak przez mgle pamietam rozklad mieszkania, ulice, tylko nie numer domu, ale moze bym poznala, gdybym pod nim stanela.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To musiało być przerażające przeżycie, bo nie chodziło tylko o Ciebie, lecz o życie dziecka, które nosiłaś. Ta odpowiedzialność sprawiła, że strach był tak ogromny i pokazała, jak silna jesteś.

      Usuń
  2. Kraków zamienił się w prawdziwą krainę czarów. Jarmarki, migocące światełka, unoszące się zapachy, faktycznie tworzą niepowtarzalną atmosferę. Nigdy nic podobnego w Krakowie nie widziałam i nie przeżyłam.
    Natomiast dwa upadki bardzo podobne mam już za sobą. Szłam otworzyć bramę, nie zauważyłam pod świeżym śniegiem oblodzenia. Tak fatalnie upadłam, że straciłam przytomność. Drugi, gdy schodziłam po schodach na zewnątrz i poślizgnęłam się. Bałam się wstać. Sądziłam, że rozleciałam się na pół. Oba przypadki przed swoim domem. Co za pech. Pozdrawiam cieplutko w ten zimowy, mroźny dzień:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kraków potrafi zaczarować, a w świątecznej odsłonie szczególnie. Dwa upadki przed własnym domem to nie pech. To materiał na piękną zimową legendę. Pozdrawiam ciepło, mimo mrozu:-)

      Usuń
  3. Jak każdy też zaliczyłam kilka takich spektakularnych upadków. Będąc w zaawansowanej ciąży szłam spokojnie chodnikiem we Wrocławiu i nie wiem co się stało moja torba i siatka zostały jakieś 20 m za mną na chodniku a ja leżałam na środku jezdni z poobdzieranymi kolanami , kostką i dłonią , którą próbowałam się obronić przed upadkiem na brzuch :) Kolejny raz wyłożyłam się w spacerując po Berlinie... tym razem winne były śliskie podeszwy moich kozaków. Jeszcze innym razem malowniczo runęłam w własnej łazience energicznie wchodząc na boso na mokrą posadzkę/ którą chwilę temu sama przetarłam/ . To był upadek po którym miałam poważny problem się pozbierać :) Tak więc nie jesteś sama :) Najważniejsze , że nie doznałaś poważnej kontuzji. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wrocław, Berlin i własna łazienka to międzynarodowy repertuar upadków;-) Pozdrawiam serdecznie:-)

      Usuń
  4. Pamiętam, że kiedyś poślizgnęłam się na lodzie i upadłam. Było to bardzo bolesne.
    Mam nadzieję, że skutecznie zrzuciłaś ciężar z poprzedniego roku.
    Szczęśliwego nowego roku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam taką nadzieję, bo było bardzo boleśnie. Oby ten rok był lżejszy dla nas obu:-)

      Usuń
  5. Próbuję przywołać z pamięci jakiś upadek, ale niczego nie mogę sobie przypomnieć. Może nie było takich? Tylko na studiach, podczas ferii zimowych, bęcnęłam na lodowisku, a koleżanka jadąca obok przejechała mi łyżwą po dłoni, bo już nie dała rady wyhamować. Całe szczęście, że miałam grube rękawiczki. Dzięki temu nie straciłam palców, ale siną pręgę na dłoni nosiłam jeszcze przez wiele dni. A więc jednak upadłam. No i teraz jestem kobietą upadłą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. „Kobieta upadła” z kompletem palców i poczuciem humoru to całkiem dobre zakończenie tej historii.

      Usuń
  6. Kiedyś przytrafił mi się upadek. Pamiętam była zima, ale bez śniegu a tego dnia mocno ścisnął mróz. Co prawda nie było nikogo, ale był za to płot z siatki , dzięki któremu mogłam się się podnieść. Upadłam na biodro, więc troszkę potem czułam, że je mam. Wtedy nie odbierałam tego jak zrzucenie ciężaru życia.
    Mam nadzieję, że Tobie się to udało po tym upadku.
    Pozdrawiam tym bardziej serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mróz bez śniegu bywa najbardziej podstępny. Czasem ciężary nie spadają od razu...
      Pozdrawiam serdecznie:-)

      Usuń
  7. Och, najważniejsze, że nic Ci się nie stało.
    Upadłam kiedyś na środku chodnika, była jesień, ja w ciąży i pośliznęłam się na mokrych liściach. Nie było to miłe, w pobliżu nikogo, wkrótce potem poszłam na zwolnienie, bo bałam się podobnych upadków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że po tym zdarzeniu dałaś sobie czas i sposób, żeby poczuć się bezpiecznie.

      Usuń
  8. Czasami zatem warto upaść, szczególnie na początki roku…oby się sprawdziło i staroroczne problem pozostały w minionym roku, czego ci serdecznie życzę.
    Marek z E

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, czasem upadek to najlepszy punkt startu. Oby nowy rok przyniósł nam same dobre chwile!

      Usuń
  9. W dzieciństwie często słyszało się słowo "niezdara", a przecież upadek może zdarzyć się każdemu. Ale stąd może poczucie złości, wstydu, czy bezradności. A łzy czasem czekają na odpowiednią chwilę, żeby w końcu uwolnić się i popłynąć, przynosząc czasem ulgę.
    Kiedyś upadłam na lodzie, który był pod śniegiem i zbiłam sobie łokcie. Możliwe, że miałam coś pęknięte. Przez kilka dni z trudem podnosiłam ręce i miałam problem, żeby się np. uczesać.

    OdpowiedzUsuń
  10. Opowieść piękna i prawdziwa... aż do bólu - dziękuję.
    Życzę żeby to był zwiastun mocnego stawania na nogach w tym roku.
    Moje upadki - w swojej sportowej "karierze" miałem ich wiele - jeden opisałem wierszem ==> https://bloginglife2.blogspot.com/1975/05/poemat-o-zamanej-nodze.html

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękny spacer zakończony niespodziewanie i boleśnie, ale skoro to było dawno już, to jak widać zrzucenie ciężaru podziałało; będąc kilka razy w Krakowie, lubiłam zachodzić do kawiarni na Małym Rynku, mniej tłumów niż na Rynku Głównym

    OdpowiedzUsuń
  12. o tak, upadki to też moja specjalność, poślizgi inne takie. nie przejmuj się i nie ma powodu do wstydu...wstydziłam sie gdy byłam mała. fujara. lebiega...a teraz no cusz, trzeba patrzeć na dobre wróżby :-) ściskam

    OdpowiedzUsuń
  13. Ładna wycieczka, a zdarzenia współczuję. :( Wyobrażam sobie co czułaś, ale dobrze, że był przy Tobie mąż. :) Moje kotki to też pocieszki, które przyjdą jak mi smutno. Trzymaj się, będzie dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  14. Przykry incydent, mogący zepsuć całą wycieczkę. Na szczęście jest Puszek!

    OdpowiedzUsuń
  15. Oj, współczuję, taki upadek zawsze jest niebezpieczny... Ale wstydzić się zupełnie nie ma czego. Ja dwa razy zaliczyłam bliskie spotkanie z asfaltem, raz 30 lat temu na oblodzonym chodniku, drugi raz ubiegłej zimy, kiedy pies na smyczy nagle mi się wyrwał za innym psem. No zdarza się. Ale dawniej zdarzały mi się omdlenia w róznych sytuacjach, jak najbardziej publicznych. Może przywykłam, bo pierwszy raz był w dzieciństwie, ale nigdy by mi nie przyszło do głowy, żeby się wstydzić. Po takich zdarzeniach miałam raczej takie refleksje, że nie jestem jakąś siłaczką i że jest we mnie cząstka słabej kobiety, czy też małej dziewczynki, która nie może być zawsze odpowiedzialna za wszystkich wokół, czasem sama potrzebuje wsparcia i pomocy. I dobrze mi z tą swiadomością, chociaż oczywiście samo takie zdrarzenie mnie martwiło, bo mogło mieć i przyczyny i skutki groźne dla zdrowia.

    OdpowiedzUsuń
  16. pierwsze treningi judo, ju-jitsu i aikido polegają na nauce upadania, a ja uważam, że takie ćwiczenia powinny być wręcz podstawą każdego sportu i wuefu w szkole...
    jeden z naszych Puszków miał tendencję do spadania z półki na szafce, na której ucinał sobie, a to bynajmniej nie są upadki na cztery łapy, więc musiałem założyć drążek rozporowy jako poręcz... on też lubi zrolować we śnie z krzesła lub pufa, ale tu już ma bardziej przyjazne miejsca do lądowania...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń

Napisz słowo, zdanie, myśl... Miło będzie Cię tu "usłyszeć".