W Rodos byliśmy w maju. W czasie, gdy świat nie nabrał jeszcze letniego pośpiechu, a powietrze miało w sobie miękkość wiosny. Każdy dzień witał nas spokojem i- za sprawą Heliosa- ostrym słonecznym blaskiem, od którego mrużyliśmy oczy.
Rodos to miasto twierdza, która trwa mimo upływu wieków.
Jego mury pamiętają czasy Zakonu Joannitów, który uczynił z wyspy jedną z najpotężniejszych średniowiecznych fortec. Pamiętają też rok 1522, w którym po długim oblężeniu, miasto zdobyły wojska Sulejmana Wspaniałego. I chociaż historia mówi o upadku, to w tym miejscu czuliśmy przede wszystkim ciągłość, gdyż kolejne pokolenia dopisują własne losy do istniejącej już opowieści.
Przy wejściu do portu Mandraki trwa niewzruszenie twierdza św. Mikołaja. To strażnik z kamienia, który w przeszłości odpierał ataki, a dzisiaj w towarzystwie wiatraków spokojnie patrzy na morze.
Stare Miasto było dla nas osobnym bytem. Wchodząc do niego zostawialiśmy za sobą współczesność i zgiełk. Kamienne uliczki wiły się bez planu i prowadziły nas nieśpiesznie, bo wiedziały, że nigdzie się nie śpieszymy.
Wiodły nas więc raz w słońce, raz w cień. Kamienie pod stopami pamiętały kroki kupców, rycerzy i podróżników sprzed wieków, a teraz miały zapamiętać i nasze.
Sercem Starego Miasta jest Pałac Wielkich Mistrzów- dawna siedziba najwyższych zwierzchników Zakonu Joannitów. Miejsce, z którego zarządzali wyspą i bronili jej przed światem. Surowy, potężny, o grubych murach i ciężkich bramach bardziej przypomina twierdzę. Może właśnie dlatego robi takie wrażenie? Nie epatuje pięknem lecz siłą, która przetrwała wieki.
Za każdym razem, prędzej lub później kroki prowadziły nas na Ulicę Rycerską- jedną z najbardziej znanych w Rodos. Długą, kamienną i niemal nienaruszoną przez czas.
Po obu jej stronach wznoszą się dawne zajazdy, w których mieszkali członkowie zakonu, pochodzący z różnych europejskich krajów. Każdy z tych budynków ma swoją przeszłość, godło i tożsamość.
Wciąż czuć tutaj ducha dawnych wspólnot i słychać echo rycerskich ślubowań. A my, tacy zwyczajni i współcześni na krótką chwilę wpisaliśmy się w te dzieje własnymi krokami.
Spacerowaliśmy, pozwalając by miasto samo nas prowadziło. Przez mosty, bramy i tajemne przejścia.
Wąskimi ścieżkami wzdłuż murów.
Z jednej uliczki w drugą,
z jednego placu na kolejny.
Gdzieś na uboczu natrafiliśmy na ruiny kościoła Matki Bożej z Burgh. Z tej XIV-wiecznej świątyni przetrwały do dzisiaj jedynie trzy imponujące absydy.
To już nie sacrum, a jedynie jego echo. Ale właśnie w tej surowej niedoskonałości odnaleźliśmy piękno autentyczności.
Czasem siadaliśmy przy stoliku wystawionym na kamień i ukrytym w cieniu. Zamawialiśmy gorącą, mocną kawę.
Patrzyliśmy na ludzi, którzy znikali i pojawiali się jak w sztuce bez scenariusza. Na cienie przesuwające się po murach, na życie, które toczyło się wokół...
A kiedy opuściliśmy wyspę, Rodos zostało za nami. Kamienne i niewzruszone.
Dokładnie takie, jakim zastaliśmy je pierwszego dnia.
Fajne jest takie zwiedzanie,
gdy gubisz drogę, a znajdujesz kawę.
/Puszek 🐾/
Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...
*zdjęcia własne;








































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Napisz słowo, zdanie, myśl... Miło będzie Cię tu "usłyszeć".