Pierwszego dnia nowego roku tuż po zmroku, który osiadł nad miastem jak aksamit i wygładził poszarpane krawędzie dnia, pojechaliśmy do centrum Krakowa odreagować trudne- zwłaszcza dla mnie- święta i wreszcie zobaczyć miasto w świątecznym anturażu.
Spacerowaliśmy po Rynku, Małym Rynku i bocznych uliczkach, tonących w dekoracjach.
Robiliśmy zdjęcia, krótkie filmiki i zbieraliśmy chwile.
Miasto pachniało grzańcem, pieczonymi golonkami i dymem ze stoisk z kiełbasą.
Krążyliśmy między budkami w rytm świątecznych szlagierów, które płynęły z głośników. A czasem zatrzymywaliśmy się przy jakiejś, bo coś błysnęło, coś zapachniało i przyciągnęło uwagę.
Krok za krokiem zawędrowaliśmy pod Galerię Krakowską i wsiedliśmy na karuzelę.
Przejażdżka przywołała odległe wspomnienia, wywołała dziecięcą radość i śmiech, który przypomniał, że wciąż potrafimy cieszyć się drobiazgami.
Wracając do samochodu przystawaliśmy popatrzeć na kolorowe wystawy
i krakowskie szopki w gablotach,
gdy nagle na placu św. Marii Magdaleny mój mózg się wyłączył i... upadłam jak długa. Przez chwilę nie wiedziałam, co się stało. Bolały mnie kolana, żebra i dłonie. Zbiegli się ludzie. Ktoś pytał czy wszystko w porządku. Ktoś inny zakładał mi but. Wstyd mieszał się z bólem i łzami, cisnącymi się do oczu, które jednak zaczekały na powrót do domu, żeby popłynąć bez świadków.
Gdy doszłam nieco do siebie, powiedziałam, że nic mi nie jest, że dziękuję, że mam obok Męża...Wtedy dotarły do mnie jego pytania czy nie uderzyłam się w głowę, czy dam radę wstać i iść. Zanim wstałam, jeszcze przez chwilę siedziałam na zimnym bruku.
W domu się rozpłakałam. Puszek natychmiast pojawił się obok. Wiedział, że teraz najbardziej potrzebuję mruczenia i miękkiego futerka. Czasem płacz jest jak deszcz po śniegu. Nieprzyjemny, ale konieczny, żeby coś zaczęło topnieć.
Dziś już wiem, że to nie był powód do wstydu. Wiem też, że nie była to zła wróżba na nowy rok. W ludowej mądrości- tej prawdziwej, a nie z tanich horoskopów- upadek na początku roku oznacza zrzucenie ciężaru z poprzedniego. Stare łzy, stary ból, stare zmęczenie musiało upaść na bruk, żebym nie niosła go dalej. Poza tym, Kraków widział większe upadki. Mój był zaledwie cichym westchnieniem.
Może komuś z Was zdarzyło się przewrócić w miejscu publicznym, na oczach innych. Może czuł potem wstyd, bezradność i gniew na siebie samego. Ale to nie był dobry moment na te wszystkie uczucia. To moment, w którym nie trzeba być dzielnym, tylko zaczekać. Świat odpowie pomocą, a nie oceną.
Bo upadek to tylko przypis pod głównym tekstem.
W tym roku nie będziesz sama.
A jeśli upadniesz, to zawsze ktoś poda ci but.
/Puszek🐾 /
Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...
*zdjęcia własne;










