czwartek, 13 sierpnia 2026

29/2026. Opowieść o dniu bez kawy

 

-Nie wytrzymasz- powiedział mój Mąż z przekonaniem.

-Wytrzymam.

-Cały dzień?

-Cały.

-Zakład?

-Zakład!

   Tak oto w naszym domu rozpoczęła się walka o mój dzień bez kawy. Dla mnie to było naprawdę nie lada wyzwanie. Oznaczało rezygnację nie tylko z ulubionego napoju, ale przede wszystkim z całego rytuału powtarzanego kilka razy w ciągu dnia.

   Jestem kawomanką. Piję kawę o każdej porze, ale najbardziej lubię tę pierwszą. Podwójne espresso- czarne jak piekło i mocne jak śmierć, czyli dokładnie takie, jakie być powinno- wypite o poranku smakuje wyjątkowo. Siadam wtedy na sofie z filiżanką w dłoni, wyciągam nogi na ławę, a obok mnie natychmiast pojawia się Puszek i mruczy tak, jak potrafi tylko kot całkowicie zadowolony z życia. Ta chwila należy wyłącznie do mnie. Popijam gorzki napój, głaszczę miękkie futerko i po raz kolejny odkrywam, że do szczęścia naprawdę niewiele potrzebuję (przydałby się jeszcze dom z ogrodem, ale... wszystko w swoim czasie). Te kilka minut pozwala mi zebrać siły i wrócić do życia na pełnych obrotach.

   Byłam małą dziewczynką, gdy zaczęła się moja przygoda z kawą. Podpijałam ją Mamie i byłam święcie przekonana, że robię to tak sprytnie, że niczego nie zauważa. Dzisiaj myślę, że widziała wszystko. Z uśmiechem patrzyła, jak wspinam się na krzesło i ostrożnie upijam maleńki łyczek.

   Mama piła zwykłą zalewajkę ze szklanki w metalowym koszyczku z uszkiem. Kto pamięta takie szklanki, ten pewnie pamięta też cierpliwość z jaką czekało się, aż fusy opadną na dno i smak tamtej kawy, który był dla mnie wtedy esencją świata dorosłych. I pamiętam dzień, w którym wypiłam pierwszą, całkowicie legalną kawę z Mamą przy kuchennym stole. Dla niej był to pewnie kolejny zwykły poranek, dla mnie awans do świata dorosłych.

   Lata mijały. Szklankę w metalowym koszyczku zastąpiła filiżanka, zalewajkę- espresso, a ja z dziewczynki zmieniłam się w kobietę, która nie wyobraża sobie życia bez kawy.

   Ale... wróćmy do zakładu. Pierwszą próbę przeszłam zaraz po przebudzeniu, gdy tylko wkroczyłam do kuchni. Spojrzałam na ekspres, a on puścił do mnie oczko.

   Przez kolejne godziny wielokrotnie łapałam się na tym, że moja ręka sama kieruje się w jego stronę, chcąc zrobić coś, czego tego dnia miała nie zrobić. Tak bardzo brakowało mi mojego ulubionego momentu dnia.

   Mąż, zapewne w trosce o powodzenie mojego eksperymentu, co jakiś czas pytał:

-Kawy? A mniej więcej w połowie dnia poprosił:

-Zrobisz mi kawę? Potem rozsiadł się na sofie i z wyjątkowym zaangażowaniem celebrował każdy łyk. Jestem przekonana, że kawa nigdy wcześniej nie smakowała mu tak bardzo.

-Jaka dobra...-wzdychał. -Idealna.

   To było okrutne. Liczyłam przynajmniej na kocie wsparcie. Niestety, Puszek uznał, że będzie kibicował temu, kto akurat trzyma filiżankę. Tak oto zostałam zdradzona w środku dnia, a zdrada miała cztery łapy i puszysty ogon. Nie miałam jednak o to pretensji. Zwierzęta nie pojmują ludzkich eksperymentów, a dla kota sprawa jest prosta. Miska ma być pełna, człowiek dostępny, a pomysły rezygnowania z przyjemności są bardzo podejrzane.

   Mąż głaskał Puszka, popijał espresso i pomrukiwał:

-Ale dobre...

   A ja zastanawiałam się, czy regulamin zakładu przewiduje zmianę Męża albo chociaż dyskwalifikację za wykorzystywanie kota do emocjonalnego osłabiania przeciwnika.

   Wieczorem okazało się, że potrafię przeżyć dzień bez kawy. Tylko po co? Następnego ranka usiadłam na sofie z filiżanką espresso, a Puszek natychmiast ułożył się obok. Wzięłam pierwszy łyk i pomyślałam, że są w życiu przyjemności, z których nie zamierzam rezygnować.


Następnym razem załóżcie się,

czy wytrzymacie dzień beze mnie.

To dopiero będzie wyzwanie!

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcie ekspresu własne;

*ilustracja AI;

*ilustracja AI na podstawie własnego zdjęcia;

22 komentarze:

  1. Piękna opowieść. Pochwała codziennego rytuału, ale i Twojej silnej woli.
    Jak to jest, że gdy komuś mówimy o swoim postanowieniu, ten ktoś robi wszystko, abyśmy w nim nie wytrwali, ale i my w podobnej sytuacji robimy dokładnie to samo?!
    Pozdrawiam serdecznie. Miłego weekendu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, po prostu jesteśmy z natury przekorni i sprawia nam przyjemność sabotowanie czyjegoś postanowienia. W zakładzie nie ma miejsca na empatię. Widok kogoś, kto dobrowolnie odmawia sobie przyjemności, uruchamia w nas tryb małego sadysty, a kuszenie zakazanym owocem to najszybsza droga do zwycięstwa:-)
      Zasyłam pozdrowienia. Pięknego weekendu.

      Usuń
  2. W pierwszej chwili szok. Co się dzieje? Z jakiego powodu ta abstynencja? Zalecenie lekarza? Takie nagłe odstawienie espresso przypomina masochizm. W ciągu dnia wypijam dwa espresso.
    Nie zakładam się! Dzień bez Ciebie? To stracony dzień.
    Przesyłam serdeczności:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dwa espresso? Podziwiam i zazdroszczę takiego umiaru:-) Przy takiej ilości nie byłoby zakładu. Dwa espresso to dla mnie poranna rozgrzewka. Piję 5-6 podwójnych więc filiżanka dla mnie to niemal przedłużenie dłoni. Wytrzymałam, ale było dziwnie;-)
      Pozdrawiam cieplutko:-)

      Usuń
  3. Moja przygoda z kawą zaczęła sie późno, ale teraz lubię ten rytuał i nie zamienię na nic.
    Musiałam kiedyś wytrwać bez kawy z powodu jelit aż dwa tygodnie, a że jestem niskociśnieniowcem, ciężko było.
    Dlatego rozumiem Twoje rozterki...
    Z tylu rzeczy musimy rezygnować, ale cos dla siebie zostawić trzeba:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście to był tylko jednodniowy zakład, dłużej bym nie wytrzymała:-)
      Tak, życie wymaga od nas wielu kompromisów, więc takie małe przyjemności po prostu nam się należą:-)

      Usuń
  4. O, właśnie. W imię czego miałabym rezygnować z przyjemności, na które mnie stać? Jak zwykle kto miał rację? Kot! Ma na ten temat bardzo trzeźwe spojrzenie: "pomysły rezygnowania z przyjemności są bardzo podejrzane." 😅 🐈

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Puszek jednym ruchem ogona potrafi sprowadzić wszystko do właściwych proporcji😀

      Usuń
    2. Moje oszołomki (Niffty i Charlie) wystarczy, żeby się uśmiechnęły i już wszystko wiadomo. A jeżeli nie wiadomo, to Fanta jest zawsze gotowa, żeby nas ustawić do pionu. Opiernicza, pyskuje, przeklina... Rządzi wszystkimi! 😅

      Usuń
  5. Mój dziadek chyba nadal ma te szklanki w metalowym koszyczku :) i z Babcią też zawsze pili z nich kawę, a jako dziecko też lubiłam podpijać i to akurat wszyscy widzieli :) Uwielbiam kawę, więc i dla mnie to byłoby wyzwanie. Nie piję właściwie tylko wtedy, kiedy źle się czuję czy jestem chora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja mama też ma te szklanki do dziś. Nie używa ich, ale ma do nich sentyment i nie potrafi ich wyrzucić:-)
      Też czasem mam dzień, gdy nie mam ochoty na kawę. Wtedy wszyscy, łącznie ze mną myślą, że jestem chora, bo inaczej nie zrezygnowałabym z kawy. Gdy brałam chemię, nie piłam kawy przez 4 m-ce, nie smakowała mi czyli... potrafię bez niej żyć;-)

      Usuń
  6. Rozumiem, że jesteś niskociśnieniowcem?…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam. Teraz mam tzw. ciśnienie książkowe czyli, jak na mnie, wysokie:-)

      Usuń
  7. Mam nadzieję, że założyliście się o coś fajnego i rzeczywiście było warto tak się męczyć. 😄😉

    OdpowiedzUsuń
  8. no właśnie, tylko po co?
    Zaczynam każdy dzień od kawy :-)
    ja mam nadciśnienie więc tylko dwie rano i to więcej mleka owsianego niż kawy z ekspresu. ale kiedyś piłam bardzo dużo mocnych kaw...dziś bym tej zalewanej kijem nie tknęła :-)) to najprzyjemniejszy moment dnia, w łóżku, na tarasie. w hotelu zawsze przed śniadaniem. wieczorem zasypiam z myślą o porannej kawie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Wspaniała historia:-) No, właśnie, jak ktoś wyżej zasugerował, o co był zakład? Co wygrałaś? Bo bez właściwej gratyfikacji nie byłoby warto się poświęcać i znosić ten sadyzm kuszenia. I jeszcze ta Puszkowa zdrada. Powinien za karę w odpowiedniej porze zastać pustą miskę ;-)
    Ale dzielnie to zniosłaś i masz wygraną w kieszeni. Super, że Ci się udało przetrwać.
    Ja tam mogę przeżyć z kawą i bez, wiele razy odstawiałam kawę, bo organizm się nie domagał, albo wręcz odrzucał.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ha, ha, ha! Przeczytałam sobie z pierwszą dzisiejszą kawą dłoniach :-) Skoro Twoje zmagania już poza Tobą, to dzisiaj już zapewne nic nie stoi na przeszkodzie rozkoszowaniu się aromatem i smakiem... zaraz, zaraz, jak to pisał Mickiewicz w "Panu Tadeuszu" o kawie?
    "...ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,
    Zapach mokki i gęstość miodowego płynu."

    OdpowiedzUsuń
  11. "Wieczorem okazało się, że potrafię przeżyć dzień bez kawy. Tylko po co?" - no właśnie. :)

    Ja zaczęłam pić kawę późno, bo dopiero po 20-stce. Niestety w mojej historii chorowania na głowę miałam też etap poważnego uzależnienia od kofeiny, w czasie kiedy miałam za dużo na głowie i jakoś próbowałam dać radę.
    Obecnie staram się ograniczać kawę do jednej, maksymalnie dwóch dziennie, bo wyszły mi niedobory żelaza i dostałam nowe leki. A tak to popołudniami popijam yerbę, bardzo lubię. :) Niestety moim przekleństwem jest też to, że lubię energetyki i czasem sobie pozwalam...

    Fajna historia, dzięki za podzielenie się nią. :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ano, myślę, że łatwiej wytrzymać, jak człowiek jest zajęty poza domem. szczególnie rano.

    Ja kiedyś wytrzymałem miesiąc.

    Z tym, że jak piszesz na koniec, można bez kawy, ale po co? :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ależ cudny tekst! ☕❤️ Czyta się go z uśmiechem, a wspomnienie szklanki w metalowym koszyczku przeniosło mnie prosto do dzieciństwa. Najbardziej rozbawiła mnie kocia zdrada i mąż bezlitośnie celebrujący kawę 😄 Puszka zdecydowanie nie można było brać za sojusznika! A zakończenie? Podpisuję się pod nim obiema rękami — są takie przyjemności, z których po prostu nie warto rezygnować. ☕🐈❤️

    OdpowiedzUsuń
  14. Kawomanką nie jestem, więc dla mnie to nie problem. Piję jedną lub dwie latte dziennie, i to słabe. Miałam nawet dłuższą przerwę w jej piciu ze względu na moje problemy jelitowe. Za to herbata czarna - owszem. Każdy ma swoje celebracje!

    OdpowiedzUsuń

Napisz słowo, zdanie, myśl... Miło będzie Cię tu "usłyszeć".