wtorek, 24 marca 2026

12. Z Puszkiem o podróżach: Benidorm/Costa Blanca Płn/Hiszpania

 

   Benidorm. Manhattan Morza Śródziemnego. Miasto wieżowców wyrastających z piasku, w którym morze wydaje się tylko dodatkiem do architektonicznego eksperymentu.

   Byliśmy tam razem. Spacerowaliśmy brzegiem morza i zadzieraliśmy głowy w górę, sprawdzając gdzie kończy się ludzka ambicja, a zaczyna niebo. Tu nie ma subtelności. Tu jest architektoniczne więcej, wyżej, odważniej. 

   To tu wznosi się Gran Hotel Bali, będący najwyższym hotelem w Europie oraz Intempo, zwany 'złotym gigantem', który- jeszcze- jest najwyższym budynkiem mieszkalnym w Hiszpanii, ale już wkrótce przerośnie go TM Tower. Wieżowce są tak blisko siebie, że mają ze sobą bliższe relacje niż niejedno małżeństwo.

   Benidorm jest jak deser z bitą śmietaną, polewą i posypką i jeszcze jednym deserem na wierzchu. Dla jednych raj. Dla innych przesyt po pierwszym kęsie. Ale w tej przesadzie jest też szczerość.

   Benidorm nie udaje starej Europy i nie przykrywa się historią. Jest taki, jaki jest. Betonowy, wysoki, hałaśliwy. I przez to hipnotyzujący. To miejsce nie napełnia prostymi emocjami. Miesza w głowie jak kawa z mlekiem. Wywołuje zachwyt, niedowierzanie i pytanie 'dlaczego aż tak?' Traktowaliśmy go jak zjawisko, gdyż w tej przesadzie jest niezwykle ciekawy. To jak obserwowanie geograficznego ekstremum i urbanistycznego eksperymentu tuż nad morzem.

   Benidorm ma w sobie też coś kiczowatego. To nie subtelna Sevilla ani monumentalna Grenada. To wakacyjny sen z lat 70-tych ubiegłego stulecia, który trwa do dzisiaj. Wszystko jest przerysowane, bez półcieni i z barwami podkręconymi do maksimum. Tam nikt nie udaje. Każdy przyjeżdża po słońce, śmiech, wakacyjne szaleństwo i zapomnienie.

   Benidorm ma też drugą twarz. Kawałek starego miasta z wąskimi uliczkami i białymi domkami, nad którym czuwa Iglesia de San Jaime y Santa Ana przypominający, że zanim wyrosły wieżowce była tu mała nadmorska osada.

   Przestrzeń między plażami Levante i Poniente rozcina Balcón del Mediterráneo, z którego widać wszystko. Przesadę i morze. Beton i horyzont. A także malutką Isla de Benidorm, z powstaniem której wiąże się legenda o rycerzu Roldanie, który zakochał się w dziewczynie, mieszkającej w dolinie i chorej na tajemniczą dolegliwość. Jedyną ulgę przynosiło jej ciepło słonecznych promieni. Gdy więc słońce zaczęło chować się za górą Puig Campana, Roldan powodowany miłością i rozpaczą odciął kawałek jej szczytu, aby światło mogło ogrzewać dolinę trochę dłużej. Odcięty kawałek skały spadł do morza, tworząc wysepkę o trójkątnym kształcie. 

   Tutaj pionowość miasta przestaje dominować, bo morze zawsze wygrywa.

   Wracaliśmy tam więcej niż raz, żeby sprawdzić czy granica 'zbyt wiele' naprawdę istnieje. Bo fascynacja przesadą nie jest sprzeczna z zamiłowaniem do subtelności. To dowód, że lubimy kontrasty, a to przecież nic złego.

   Nawet w najbardziej przerysowanym pejzażu można znaleźć własny rytm i swoje miejsce, a w mieście, które wygląda jak wydma zbudowana z wieżowców wciąż można doświadczyć ciszy. Wystarczy tylko zejść bliżej fal.



Na szczęście morze nie dało się zabudować.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

2 komentarze:

  1. Ciepło, fajnie i przyjemnie. Miła odskocznia od tego, co za oknem. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Stare miasto bardzo mi się podoba. To moje klimaty😊
    No i ten turkus morza...Pięknie!!!

    OdpowiedzUsuń

Napisz słowo, zdanie, myśl... Miło będzie Cię tu "usłyszeć".