poniedziałek, 24 sierpnia 2026

31/2026. Opowieść o tym, dlaczego o podróżach piszę właśnie tak

 

   Każdy podróżuje inaczej. Jedni wracają do domów z głową pełną dat, nazwisk i fascynujących opowieści o historii i architekturze odwiedzonych miejsc. Ja z podróży przywożę przede wszystkim emocje, wrażenia wywołane krajobrazami, widokami, zapachami, smakami i spotkaniami z ludźmi.

   Oczywiście czytam o miejscach, które planuję odwiedzić. Poznaję ich historię i staram się ją zrozumieć, chcę wiedzieć, dlaczego są ważne. Historia nadaje sens kamieniom, ulicom i starym murom, ale jest dostępna dla każdego. Każdy może sprawdzić, kiedy zbudowano świątynię, kto założył miasto albo z którego wieku pochodzą ruiny... A ja nie chcę pisać o tym, że Mezquita - czy inna budowla - została przebudowana w tym, czy tamtym wieku. Jeśli będę potrzebowała, znajdę tę informację- podobnie jak Wy- w kilka sekund.

   To nie znaczy, że historia czy geografia są dla mnie nieważne. Przeciwnie, one są fundamentem. Ale jest różnica między wykorzystywaniem wiedzy a wykładaniem jej na stół. Nie robię tego, lecz pozwalam jej dyskretnie prowadzić opowieść. Wiecie, to trochę tak, jak z przyprawami. Chyba nie chcielibyście jeść samego pieprzu czy rozmarynu. Ale dobrze doprawione danie smakuje lepiej, nawet jeśli nie wiemy, co dokładnie zostało do niego dodane.

   Dlatego, gdy wracam do domu i siadam do pisania, pierwsze do głosu dochodzą nie daty, lecz emocje. Piszę więc o tym, czego nie znalazłam na tablicach informacyjnych ani w encyklopediach. O wzruszeniu, które pojawia się nagle. O zachwycie, który odbiera słowa. O chwilach, które zostają w pamięci długo po powrocie, a nawet na zawsze.

   Dla mnie podróże nie składają się z kilometrów ani z listy odwiedzonych miejsc. Składają się z chwil, które poruszają serce. To właśnie one wracają we wspomnieniach. Czasem wystarczy jakiś zapach, promień popołudniowego słońca albo melodia usłyszana przypadkiem, bym znowu znalazła się w wąskiej uliczce Frigiliany, wśród ruin starożytnej Troi, czy na szczycie Nemrut Dağı, skąd świat wydawał się większy i piękniejszy. Żebym przypomniała sobie, jak pachniał poranek w Cortonie, jak smakowała kawa w Mardin czy horchata de chufa w Walencji i dlaczego zatopienie Hasankeyf zabolało mnie bardziej, niż się spodziewałam.

   Chcę pamiętać zapach rozgrzanych murów w Chichén Itzá, ciepły wiatr niosący wilgoć znad morza w Hawanie, ciszę w Mdinie, która mówi najwięcej, spojrzenia ludzi w Knossos, dźwięk dzwonów w Asyżu, przestrzeń w Selinuncie, śmiech dobiegający z bocznych uliczek we Florencji i uczucie, że przez krótką chwilę byłam częścią czyjegoś świata.

   Dlatego moje wspomnienia z podróży są przede wszystkim opowieściami o tym, co czułam. Bo miejsca zapamiętuję sercem, a ono ma własną mapę świata, na której najważniejsze nie są granice ani daty, lecz emocje.

   Za tydzień wyruszam do Andaluzji po słońce, zapach pomarańczy i nowe historie. Nie wiem, które uliczki staną się moimi ulubionymi, przy której kawie zatrzymam czas, ani który zachód słońca zapisze się w pamięci najmocniej... Wiem jedno. Nie będę szukała idealnych ujęć ani najpiękniejszych zdań. Będę powoli doświadczała miejsc i szukała chwil, które poruszą serce.

   A zanim ktoś zapyta... Puszek też wyjeżdża na wakacje. Będzie wygrzewał futerko w słońcu, pilnował ogrodu i spędzał czas z kocimi przyjaciółmi. Przed nim miesiąc pełen przygód i zapewne wróci ze swoich wiejskich wakacji z łapkami pełnymi nowych, mruczących opowieści. 

   Gdy wrócę, usiądziemy tu razem. Wy z filiżanką kawy, ja z walizką wypakowaną wrażeniami. Opowiem Wam o Andaluzji... właśnie tak i pokażęco czułam. 


 

Daty lubią mieszkać w książkach. 

Wspomnienia wolą zwijać się w kłębek w sercu. 

/Puszek🐾/ 


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem... 

*zdjęcia własne luźno związane z notką;

wtorek, 18 sierpnia 2026

30/2026. Opowieść o ulicy, na której rosną grzyby

 

   Do Alicante przyjechaliśmy dla słońca, morza i tego szczególnego śródziemnomorskiego światła. Ale na naszej mapie mieliśmy też pewne miejsce, które od początku budziło naszą ciekawość- Calle de las Setas czyli Ulicę Grzybową. Wiedzieliśmy, że chcemy ją zobaczyć. Wiedzieliśmy też, że zamiast drzew będą tam kamienice, zamiast leśnej ściółki- bruk, a zamiast małych kapeluszy wyrastających spod liści- ogromne, kolorowe grzyby. Mimo to nie byliśmy przygotowani na to, jak nieprawdopodobnie i bajkowo będą wyglądały w samym środku miasta.

   Kiedy zobaczyliśmy pierwsze kapelusze, wiedzieliśmy już, że wcześniej oglądane zdjęcia nie oddają charakteru tego miejsca. Ogromne muchomory wyglądały jak wyjęte z książki dla dzieci lub dobranocki i zupełnie nie pasowały do naszych wyobrażeń o hiszpańskiej ulicy. I może właśnie dlatego pasowały tam idealnie..? Alicante przyzwyczaja do innych widoków. Do zielonych palm, jasnych kamienic, kawiarni, błękitu morza i nieba... Tymczasem zastaliśmy coś zupełnie innego. I dopiero gdy zaczęliśmy się przyglądać temu miejscu bliżej, poznaliśmy jego historię.

   Calle de las Setas to tak naprawdę Calle San Francisco, ale ta nazwa jest rzadko używana. I jeszcze kilkanaście lat temu nie była tak kolorowa i pełna życia. Ta część miasta była zaniedbana i niebezpieczna. Miała opinię miejsca, którego lepiej unikać. Władze Alicante postanowiły więc ją zmienić. Uczynić ją przyjazną dla wszystkich, ożywić i sprawić, żeby zamiast odstraszać zaczęła przyciągać ludzi.

   I wtedy pojawiły się grzyby. Zaprojektowane przez artystę José Maria Escrivá, wyglądały jak przeniesione z festiwalowej scenografii wprost na miejską ulicę. Nie wszystkim ten pomysł się spodobał. Początkowo wielkie grzyby wzbudzały więcej kontrowersji i zdziwienia niż zachwytu. Wielu uważało, że wydane na nie pieniądze można było spożytkować inaczej i lepiej.

   Ale wydarzyło się coś, czego nie dało się zaplanować. Ludzie zaczęli przychodzić. Najpierw z ciekawości. Potem z dziećmi. Później z telefonami i aparatami. Pojawiły się nowe lokale, sklepy, kawiarnie... Ulica zaczęła żyć. 

   I kiedy staliśmy tam pod tymi wielkimi kapeluszami pomyśleliśmy, że jest w tym wszystkim coś bardzo sympatycznego. Bo grzyby nie zostały postawione tylko po to, żeby było ładniej. Miały sprawić, żeby ludzie chcieli tutaj być. I to się udało.

   My również przyszliśmy z ciekawości. Chcieliśmy zobaczyć coś, co na zdjęciach wyglądało nieco absurdalnie. A kiedy już tam byliśmy, przestaliśmy się zastanawiać czy to dobry pomysł. Ludzie spacerowali, dzieci biegały między kolorowymi figurami, ktoś robił zdjęcia, ktoś inny zatrzymał się na kawę. Ulica, której kiedyś unikano stała się miejscem przyjaznym całym rodzinom.

  Zapamiętaliśmy Calle de las Setas nie tylko jako zabawną ulicę, ale dowód na to, że miasto można zmienić nie wielkimi słowami, lecz pomysłem, odrobiną wyobraźni i odwagą. A potem pozwolić ludziom je oswoić. Bo miasta, podobnie jak ludzie, nie zawsze potrzebują wielkiej rewolucji. Czasem potrzebują jedynie, żeby ktoś spojrzał na nie inaczej.


Nie każda ulica potrzebuje wielkich zabytków,

żeby zostać zapamiętaną.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

czwartek, 13 sierpnia 2026

29/2026. Opowieść o dniu bez kawy

 

-Nie wytrzymasz- powiedział mój Mąż z przekonaniem.

-Wytrzymam.

-Cały dzień?

-Cały.

-Zakład?

-Zakład!

   Tak oto w naszym domu rozpoczęła się walka o mój dzień bez kawy. Dla mnie to było naprawdę nie lada wyzwanie. Oznaczało rezygnację nie tylko z ulubionego napoju, ale przede wszystkim z całego rytuału powtarzanego kilka razy w ciągu dnia.

   Jestem kawomanką. Piję kawę o każdej porze, ale najbardziej lubię tę pierwszą. Podwójne espresso- czarne jak piekło i mocne jak śmierć, czyli dokładnie takie, jakie być powinno- wypite o poranku smakuje wyjątkowo. Siadam wtedy na sofie z filiżanką w dłoni, wyciągam nogi na ławę, a obok mnie natychmiast pojawia się Puszek i mruczy tak, jak potrafi tylko kot całkowicie zadowolony z życia. Ta chwila należy wyłącznie do mnie. Popijam gorzki napój, głaszczę miękkie futerko i po raz kolejny odkrywam, że do szczęścia naprawdę niewiele potrzebuję (przydałby się jeszcze dom z ogrodem, ale... wszystko w swoim czasie). Te kilka minut pozwala mi zebrać siły i wrócić do życia na pełnych obrotach.

   Byłam małą dziewczynką, gdy zaczęła się moja przygoda z kawą. Podpijałam ją Mamie i byłam święcie przekonana, że robię to tak sprytnie, że niczego nie zauważa. Dzisiaj myślę, że widziała wszystko. Z uśmiechem patrzyła, jak wspinam się na krzesło i ostrożnie upijam maleńki łyczek.

   Mama piła zwykłą zalewajkę ze szklanki w metalowym koszyczku z uszkiem. Kto pamięta takie szklanki, ten pewnie pamięta też cierpliwość z jaką czekało się, aż fusy opadną na dno i smak tamtej kawy, który był dla mnie wtedy esencją świata dorosłych. I pamiętam dzień, w którym wypiłam pierwszą, całkowicie legalną kawę z Mamą przy kuchennym stole. Dla niej był to pewnie kolejny zwykły poranek, dla mnie awans do świata dorosłych.

   Lata mijały. Szklankę w metalowym koszyczku zastąpiła filiżanka, zalewajkę- espresso, a ja z dziewczynki zmieniłam się w kobietę, która nie wyobraża sobie życia bez kawy.

   Ale... wróćmy do zakładu. Pierwszą próbę przeszłam zaraz po przebudzeniu, gdy tylko wkroczyłam do kuchni. Spojrzałam na ekspres, a on puścił do mnie oczko.

   Przez kolejne godziny wielokrotnie łapałam się na tym, że moja ręka sama kieruje się w jego stronę, chcąc zrobić coś, czego tego dnia miała nie zrobić. Tak bardzo brakowało mi mojego ulubionego momentu dnia.

   Mąż, zapewne w trosce o powodzenie mojego eksperymentu, co jakiś czas pytał:

-Kawy? A mniej więcej w połowie dnia poprosił:

-Zrobisz mi kawę? Potem rozsiadł się na sofie i z wyjątkowym zaangażowaniem celebrował każdy łyk. Jestem przekonana, że kawa nigdy wcześniej nie smakowała mu tak bardzo.

-Jaka dobra...-wzdychał. -Idealna.

   To było okrutne. Liczyłam przynajmniej na kocie wsparcie. Niestety, Puszek uznał, że będzie kibicował temu, kto akurat trzyma filiżankę. Tak oto zostałam zdradzona w środku dnia, a zdrada miała cztery łapy i puszysty ogon. Nie miałam jednak o to pretensji. Zwierzęta nie pojmują ludzkich eksperymentów, a dla kota sprawa jest prosta. Miska ma być pełna, człowiek dostępny, a pomysły rezygnowania z przyjemności są bardzo podejrzane.

   Mąż głaskał Puszka, popijał espresso i pomrukiwał:

-Ale dobre...

   A ja zastanawiałam się, czy regulamin zakładu przewiduje zmianę Męża albo chociaż dyskwalifikację za wykorzystywanie kota do emocjonalnego osłabiania przeciwnika.

   Wieczorem okazało się, że potrafię przeżyć dzień bez kawy. Tylko po co? Następnego ranka usiadłam na sofie z filiżanką espresso, a Puszek natychmiast ułożył się obok. Wzięłam pierwszy łyk i pomyślałam, że są w życiu przyjemności, z których nie zamierzam rezygnować.


Następnym razem załóżcie się,

czy wytrzymacie dzień beze mnie.

To dopiero będzie wyzwanie!

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcie ekspresu własne;

*ilustracja AI;

*ilustracja AI na podstawie własnego zdjęcia;