środa, 28 stycznia 2026

7. Z Puszkiem o podróżach: Lednice/Czechy

 

  Pewnego słonecznego, wrześniowego dnia wyruszyłyśmy z Siostrą na Morawy. Do Lednic. Miejsca, w którym historia i natura prowadzą w świat minionych wieków.

  Pałac prezentował się majestatycznie. Jego elewacja w kolorze piasku błyszczała w promieniach słońca, a wieżyczki i neogotyckie detale nadawały mu disnejowskiego charakteru. Okna odbijały światło, a cienie drzew rysowały na murach fantazyjne wzory.



   Zwiedzałyśmy sale pełne elegancji. Kryształowe żyrandole mieniły się w słońcu wpadającym przez wysokie okna, meble i obrazy opowiadały dawne historie, a my czułyśmy się jak bohaterki tych opowieści, które na chwilę cofnęły się w czasie.







  Po zwiedzaniu wnętrz wyszłyśmy do rozległego parku, otaczającego zamek. Spacerując alejkami podziwiałyśmy symetryczne rabaty i starannie przystrzyżone żywopłoty. Ciepłe powietrze pachniało trawą i kwitnącymi wczesną jesienią kwiatami.





  Kroki prowadziły nas ku rzece Dyji, gdzie czekała łódka gotowa zabrać nas w pełen uroku rejs do Minaretu

  Woda odbijała błękit nieba i rosnące nad brzegiem zarośla. Zbliżałyśmy się do wieży tak niezwykłej w morawskim krajobrazie, jakbyśmy nagle znalazły się w baśni z 1001 nocy.

  Spod Minaretu wróciłyśmy pieszo przez park. Była pierwsza połowa września, a kwitły już zimowity. Ich fioletowe kwiaty uprzyjemniły nam powrotną drogę. 



  Na zakończenie wstąpiłyśmy do pałacowej kawiarni. Z filiżanką aromatycznej kawy w dłoni i pysznym ciastem na talerzu patrzyłyśmy na park i cieszyłyśmy się tą chwilą siostrzanej bliskości.

   Wtedy wiatr przywiał do naszego stolika legendę o Białej Pani zakochanej w ogrodniku i ich zakazanej miłości. On zginął, a ona z rozpaczy utopiła się w stawie. Podobno czasem o świcie spaceruje po ogrodzie i pochyla się nad różami, szukając ukochanego.

     Piękny pałac, ogromny park, historia, natura i legenda. Takie właśnie są Lednice.


Koty  lubią miejsca,

w których historia spotyka się z ciszą i naturą.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

piątek, 23 stycznia 2026

5/2026. Opowieść o miłości do śmierdzącej fretki

 

   Za każdym razem gdy wracam z dłuższej podróży, gdy tylko przekroczę próg, już jest. Cały biały, cały rozemocjonowany, cały mój. Puszek. Biega po mieszkaniu jak śnieżna burza radości. Miauczy swoje historie o tęsknocie i nasłuchiwaniu kroków. Mruczy głośno, chcąc nadrobić czas rozłąki. Robi slop down. Raz, drugi, trzeci... Wystawia brzuszek mięciutki jak chmurka. W tym geście jest całe jego zaufanie i radość.

   Z każdego wyjazdu, w ramach przeprosin za moją nieobecność, przywożę mu jakiś upominek. Bo choć koty udają niezależność, doskonale wiedzą kto znikł i na jak długo. I pamiętają. Zawsze.

   Pewnego razu dostał fretkę. Fretkę śmierdzącą kocimiętką tak intensywnie, że z miejsca przepadł z kretesem. Kocimiętka zadziałała jak miłosny eliksir i Puszek zakochał się od pierwszego wąchnięcia. Jego serce zaczęło bić szybciej, oczy stały się jeszcze bardziej błyszczące, ruchy pełne pasji i szaleństwa. To była miłość intensywna, totalna i obezwładniająca.

   Nie porzucał fretki ani na chwilę. Spał z nią, pilnował i tulił, kładł na niej łebek, nosił w pyszczku, lizał i gryzł jakby świat bez niej miał utracić sens. Była jego dziewczyną. Nie mieliśmy co do tego wątpliwości.

   Ale z czasem fretka trochę wywietrzała. Już tak nie śmierdzi i nie kręci Puszka jak kiedyś. Z wielkimi uczuciami tak bywa. Może nie znikają, tylko zmieniają formę. A czasem wracają w nagłym przypływie czułości, który przypomina Puszkowi, że kiedyś był zakochany po uszy. Albo po wąsy.



Gdy miłość straci zapach, zostają wspomnienia.

A ja pamiętam wszystko.

/Puszek🐾 /

Puszkiem zapisane, lekko podane...

*zdjęcia i filmik własne;

niedziela, 18 stycznia 2026

4/2026. Opowieść o śnie

 

   W ubiegłym tygodniu miałam sen. Pamiętam go tak dobrze, jakby zdarzył się na jawie. 

   Szłam przez las. Zielony i jasny jak dobre wspomnienie. Słońce przeświecało przez liście, a ja czułam spokój i radość. Obok szedł Tato. Trzymał mnie za rękę. Tak, jak kiedyś. Tak, jak wtedy gdy świat był prostszy, bo on żył. 

-Tato, dokąd mnie prowadzisz?-zapytałam, chociaż w tym śnie nie bałam się ani lasu, ani drogi. 

-Do siebie-odpowiedział spokojnie. 

   Obudziłam się przerażona. Z sercem bijącym zbyt szybko i strachem, który utknął w gardle jak kamień. Bo pierwsza myśl była brutalna i ludzka. Czy to znaczy, że wkrótce umrę? 

   Później, gdy oddech odzyskał normalny rytm, a przerażenie ustąpiło miejsca spokojowi, spojrzałam na ten sen inaczej. Może wcale nie był zapowiedzią końca? Może był tęsknotą, spotkaniem, dotknięciem miłości, która wcale nie odeszła, tylko zmieniła formę. 

   Sny o tych, których kochaliśmy i straciliśmy przypominają, że miłość ma korzenie głębsze niż lęk i mocniejsze niż czas i nie zna granic światów ani przestrzeni. 

   Może 'do siebie' znaczyło 'wróć tam, skąd czerpiesz siłę' albo 'nie bój się Dziecio, jestem przy tobie'. I kiedy dziś myślę o tym śnie, już mnie nie przeraża, ale jest jak ciepły promień w mroźny dzień, który pada na twarz i przypomina, że świat ma warstwy, o których nie wiemy. 

   Bo miłość do tych, których już nie ma nigdy nie umiera, a ich obecność w nas jest nieśmiertelna.


Sny przypominają o tym,

czego serce nie chce zapomnieć.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*ilustracja AI;

wtorek, 13 stycznia 2026

3/2026. Opowieść o rzucaniu duloksetyny

 

  -Sama zrobiłaś te wszystkie uszka, Aniu*?- zapytała Mama.

   Tak. Sama. Sto pięćdziesiąt sztuk, które w równych rzędach leżały ułożone na kuchennym blacie, jak armia gotowa do wigilijnego marszu.

   Wtedy dotarło do mnie, że może już czas rozstać się z pewnym towarzyszem, który niby nie przeszkadza, ale od dawna zajmuje zbyt wiele miejsca w głowie.

   Mowa o duloksetynie. Brałam ją z konkretnego powodu. Żeby złagodzić neuropatię w dłoniach, która pojawiła się po leczeniu onkologicznym. Pomagała, gdy mrowiły jak wiosenna trawa pod napięciem. Ale również przestawiała meble w głowie i regulowała natężenie emocji, jak światło w salonie.

   Odstawianie tego typu leków to nie jest egzamin z odwagi, ale rozmowa z własnym ciałem. A ono nie lubi, gdy się na nie krzyczy. Rzucanie duloksetyny przypomina schodzenie z karuzeli. Stoisz, ale głowa wysyła dziwne sygnały. Nie wyrzuciłam więc tabletek do kosza z myślą 'od jutra bez'. Zmniejszam dawki stopniowo bez szarpania układu nerwowego za kołnierz.

   Wiem, że mi się uda. Ulepiłam przecież 150 uszek do wigilijnego barszczu. Sto pięćdziesiąt! Jeśli to nie jest niezaprzeczalny dowód na sprawne dłonie, to nie wiem, co nim jest.

   Jest też inny powód. Wcale nie taki przyziemny. Lecimy do Dubaju.

   A tam, duloksetyna jako lek psychotropowy, wymaga specjalnego zezwolenia na wwóz. Można, da się, ale... Nie chce mi się załatwiać papierologii dla czegoś, co nie jest mi już potrzebne. A może zdarzyć się tak, że układ nerwowy przegra z międzynarodową biurokracją. I co wtedy?

   Cieszę się więc, że znowu zaczynam patrzeć na świat i czuć siebie bez chemicznego tłumacza.


Jeśli człowiek zrobi 150 uszek, a potem jeszcze kawę,

to znaczy, że dłonie działają.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*nie mam na imię Ania, ale mama tak do mnie mówi;

*zdjęcia z internetu;

czwartek, 8 stycznia 2026

2/2026. Opowieść z Krakowem i upadkiem w tle

 

   Pierwszego dnia nowego roku tuż po zmroku, który osiadł nad miastem jak aksamit i wygładził poszarpane krawędzie dnia, pojechaliśmy do centrum Krakowa odreagować trudne- zwłaszcza dla mnie- święta i wreszcie zobaczyć miasto w świątecznym anturażu.

   Spacerowaliśmy po Rynku, Małym Rynku i bocznych uliczkach, tonących w dekoracjach. 

Robiliśmy zdjęcia, krótkie filmiki i zbieraliśmy chwile. 

   Miasto pachniało grzańcem, pieczonymi golonkami i dymem ze stoisk z kiełbasą.

   Krążyliśmy między budkami w rytm świątecznych szlagierów, które płynęły z głośników. A czasem zatrzymywaliśmy się przy jakiejś, bo coś błysnęło, coś zapachniało i przyciągnęło uwagę.

   Krok za krokiem zawędrowaliśmy pod Galerię Krakowską i wsiedliśmy na karuzelę. 

   Przejażdżka przywołała odległe wspomnienia, wywołała dziecięcą radość i śmiech, który przypomniał, że wciąż potrafimy cieszyć się drobiazgami.

   Wracając do samochodu przystawaliśmy popatrzeć na kolorowe wystawy 

i krakowskie szopki w gablotach, 

gdy nagle na placu św. Marii Magdaleny mój mózg się wyłączył i... upadłam jak długa. Przez chwilę nie wiedziałam, co się stało. Bolały mnie kolana, żebra i dłonie. Zbiegli się ludzie. Ktoś pytał czy wszystko w porządku. Ktoś inny zakładał mi but. Wstyd mieszał się z bólem i łzami, cisnącymi się do oczu, które jednak zaczekały na powrót do domu, żeby popłynąć bez świadków.

   Gdy doszłam nieco do siebie, powiedziałam, że nic mi nie jest, że dziękuję, że mam obok Męża...Wtedy dotarły do mnie jego pytania czy nie uderzyłam się w głowę, czy dam radę wstać i iść. Zanim wstałam, jeszcze przez chwilę siedziałam na zimnym bruku. 

    W domu się rozpłakałam. Puszek natychmiast pojawił się obok. Wiedział, że teraz najbardziej potrzebuję mruczenia i miękkiego futerka. Czasem płacz jest jak deszcz po śniegu. Nieprzyjemny, ale konieczny, żeby coś zaczęło topnieć.

   Dziś już wiem, że to nie był powód do wstydu. Wiem też, że nie była to zła wróżba na nowy rok. W ludowej mądrości- tej prawdziwej, a nie z tanich horoskopów- upadek na początku roku oznacza zrzucenie ciężaru z poprzedniego. Stare łzy, stary ból, stare zmęczenie musiało upaść na bruk, żebym nie niosła go dalej. Poza tym, Kraków widział większe upadki. Mój był zaledwie cichym westchnieniem.

   Może komuś z Was zdarzyło się przewrócić w miejscu publicznym, na oczach innych. Może czuł potem wstyd, bezradność i gniew na siebie samego. Ale to nie był dobry moment na te wszystkie uczucia. To moment, w którym nie trzeba być dzielnym, tylko zaczekać. Świat odpowie pomocą, a nie oceną.

   Bo upadek to tylko przypis pod głównym tekstem.


W tym roku nie będziesz sama.

A jeśli upadniesz, to zawsze ktoś poda ci but.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

wtorek, 6 stycznia 2026

6. Bajka o Mirabelce i grze w rozbierane scrabble

 

   Był przyjemny, świąteczny wieczór. W tle cicho leciały jazzowe kolędy, pachniało cynamonem i suszonymi pomarańczami. Mirabelka siedziała na kanapie w miękkich skarpetach w renifery i swetrze z dekoltem. Leon przyniósł grzaniec w wysokich szklankach z grubego szkła.

-Zagramy w coś?-zapytała, przeciągając się jak kotka.

-Mam pewną propozycję-mruknął Leon, kładąc na stoliku scrabble.

-Scrabble? Serio?- uniosła brwi.

-Rozbierane scrabble, kotku-wyszczerzył się. -Każde słowo powyżej 20 punktów-zdejmujesz coś. Każde poniżej 20- ja coś zrzucam.

   Gra ruszyła i już po paru rundach Mirabelka miała na sobie tylko sweter. Leon układał takie słowa, jak 'PODNIECAJĄCA', czy 'POŻĄDANIE', podkręcając atmosferę. Gdy ułożył 'NAMIĘTNOŚĆ' spojrzała na niego spod rzęs.

-Masz cały słownik w głowie czy tylko dobrze się bawisz?

-Jedno nie wyklucza drugiego-odparł. Mirabelka rozejrzała się po planszy i... ułożyła 'BEZCZELNIACZEK'.

-Koszula- przypomniała słodko. Leon zabrał się za rozpinanie, a gdy był przy ostatnim guziku, zgasło światło.

-Co się stało?!

-Awaria- wyszeptał jej do ucha.

-A plansza?

-Już niepotrzebna. Zagramy w nową grę.


Nie liczą się punkty, tylko dotyk i śmiech.

/Puszek 🐾/


Puszkiem zapisane, pikantnie podane...

*ilustracja AI;

czwartek, 1 stycznia 2026

1/2026. Opowieść noworoczna

 

   Już jest. Nowy Rok. Przyszedł o północy tak cicho, jak Puszek wskakuje do naszego łóżka. Przyniósł nadzieję i obietnicę nowego początku, niespodzianek i radości, które często niezauważone umykają w codzienności.

   Ten rok będzie dla mnie delikatnie uchyloną furtką w gąszczu marzeń, za którą jeszcze nie wszystko jest jasne, nie wszystko gotowe, ale widać ścieżkę. Ścieżka prowadzi przez miejsca, o których myślę. O działce, domu, ogrodzie z judaszowcami, tarasie, na którym promienie słońca tańczą z aromatem świeżo zaparzonej kawy i dopiero co upieczonego ciasta.

   Widzę przestrzeń na spokój, którego pragnę. Spokój, który nie spada nagle jak grom z nieba, lecz przychodzi jak miękkie światło poranka.

   Widzę miejsce na radość wspólnych podróży z Mężem. Na pierwszy ogień idą Stambuł, Dubaj i Ateny. Ulice tych miast kryją historie i zapachy dalekich krajów oraz smaki, które wypełnią nasze dni radością. Wypad z Siostrą do Berlina, żeby spojrzeć prosto w oko Nefretete i poczuć puls miasta, który miesza historię z codziennością, śmiechem i przygodami.

   Ta noc migocze światełkami, musuje bąbelkami i wspomnieniem świąt. Na szybach mróz maluje misterne wzory, a moje serce wypełnia cisza i spokój. To czas na refleksję i poukładanie w myślach puzzli minionego roku, a potem składanie nowych, jeszcze nieznanych obrazów.

   Widzę się nie w biegu, nie w walce lecz w łagodnym powracaniu do sił. Moje ciało i dusza mają prawo do regeneracji. Zdrowie, które wciąż przysparza mi trosk, może wreszcie przyniesie lżejsze dni. Widzę jak te spokojniejsze chwile wypełniają się tym, co lubię. Dobrym filmem, ulubioną książką, obecnością Męża, wspólnymi planami i marzeniami oraz mruczeniem Puszka na kolanach, który przypomina, że miłość jest drogowskazem, który prowadzi we właściwym kierunku.

   Nie robię postanowień. Wystarczy, że słucham co moja dusza szepcze mi do ucha. Wystarczy, że przyjmuję codzienność taką, jaka jest. Nie potrzebuję rollercoastera emocji na każdym kroku. Obiecuję sobie natomiast, że w wielu chwilach poczuję w sercu, że jestem na dobrej drodze. 

   A jeśli kiedyś zapadnie tu cisza, to będzie znak, że choroba znów upomniała się o mnie z całą mocą albo...  mnie pokonała.

***

  Życzymy Wam aby ten rok był dla Was jak ciepły koc w zimowy wieczór, jak aromat świeżo zaparzonej kawy, prosty i spokojny, pełen magii i marzeń, które się spełnią oraz obecności tych, których kochacie. Niech przyniesie Wam mniej 'muszę', a więcej 'chcę'. Mniej pośpiechu, więcej mruczenia i zdrowia, które nie robi dram. Mrrr🐾



Każdy, nawet najmniejszy krok,

prowadzi ku temu, co dobre.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;