-Nie wytrzymasz- powiedział mój Mąż z przekonaniem.
-Wytrzymam.
-Cały dzień?
-Cały.
-Zakład?
-Zakład!
Tak oto w naszym domu rozpoczęła się walka o mój dzień bez kawy. Dla mnie to było naprawdę nie lada wyzwanie. Oznaczało rezygnację nie tylko z ulubionego napoju, ale przede wszystkim z całego rytuału powtarzanego kilka razy w ciągu dnia.
Jestem kawomanką. Piję kawę o każdej porze, ale najbardziej lubię tę pierwszą. Podwójne espresso- czarne jak piekło i mocne jak śmierć, czyli dokładnie takie, jakie być powinno- wypite o poranku smakuje wyjątkowo. Siadam wtedy na sofie z filiżanką w dłoni, wyciągam nogi na ławę, a obok mnie natychmiast pojawia się Puszek i mruczy tak, jak potrafi tylko kot całkowicie zadowolony z życia. Ta chwila należy wyłącznie do mnie. Popijam gorzki napój, głaszczę miękkie futerko i po raz kolejny odkrywam, że do szczęścia naprawdę niewiele potrzebuję (przydałby się jeszcze dom z ogrodem, ale... wszystko w swoim czasie). Te kilka minut pozwala mi zebrać siły i wrócić do życia na pełnych obrotach.
Byłam małą dziewczynką, gdy zaczęła się moja przygoda z kawą. Podpijałam ją Mamie i byłam święcie przekonana, że robię to tak sprytnie, że niczego nie zauważa. Dzisiaj myślę, że widziała wszystko. Z uśmiechem patrzyła, jak wspinam się na krzesło i ostrożnie upijam maleńki łyczek.
Mama piła zwykłą zalewajkę ze szklanki w metalowym koszyczku z uszkiem. Kto pamięta takie szklanki, ten pewnie pamięta też cierpliwość z jaką czekało się, aż fusy opadną na dno i smak tamtej kawy, który był dla mnie wtedy esencją świata dorosłych. I pamiętam dzień, w którym wypiłam pierwszą, całkowicie legalną kawę z Mamą przy kuchennym stole. Dla niej był to pewnie kolejny zwykły poranek, dla mnie awans do świata dorosłych.
Lata mijały. Szklankę w metalowym koszyczku zastąpiła filiżanka, zalewajkę- espresso, a ja z dziewczynki zmieniłam się w kobietę, która nie wyobraża sobie życia bez kawy.
Ale... wróćmy do zakładu. Pierwszą próbę przeszłam zaraz po przebudzeniu, gdy tylko wkroczyłam do kuchni. Spojrzałam na ekspres, a on puścił do mnie oczko.
Przez kolejne godziny wielokrotnie łapałam się na tym, że moja ręka sama kieruje się w jego stronę, chcąc zrobić coś, czego tego dnia miała nie zrobić. Tak bardzo brakowało mi mojego ulubionego momentu dnia.
Mąż, zapewne w trosce o powodzenie mojego eksperymentu, co jakiś czas pytał:
-Kawy? A mniej więcej w połowie dnia poprosił:
-Zrobisz mi kawę? Potem rozsiadł się na sofie i z wyjątkowym zaangażowaniem celebrował każdy łyk. Jestem przekonana, że kawa nigdy wcześniej nie smakowała mu tak bardzo.
-Jaka dobra...-wzdychał. -Idealna.
To było okrutne. Liczyłam przynajmniej na kocie wsparcie. Niestety, Puszek uznał, że będzie kibicował temu, kto akurat trzyma filiżankę. Tak oto zostałam zdradzona w środku dnia, a zdrada miała cztery łapy i puszysty ogon. Nie miałam jednak o to pretensji. Zwierzęta nie pojmują ludzkich eksperymentów, a dla kota sprawa jest prosta. Miska ma być pełna, człowiek dostępny, a pomysły rezygnowania z przyjemności są bardzo podejrzane.
Mąż głaskał Puszka, popijał espresso i pomrukiwał:
-Ale dobre...
A ja zastanawiałam się, czy regulamin zakładu przewiduje zmianę Męża albo chociaż dyskwalifikację za wykorzystywanie kota do emocjonalnego osłabiania przeciwnika.
Wieczorem okazało się, że potrafię przeżyć dzień bez kawy. Tylko po co? Następnego ranka usiadłam na sofie z filiżanką espresso, a Puszek natychmiast ułożył się obok. Wzięłam pierwszy łyk i pomyślałam, że są w życiu przyjemności, z których nie zamierzam rezygnować.
Następnym razem załóżcie się,
czy wytrzymacie dzień beze mnie.
To dopiero będzie wyzwanie!
/Puszek🐾 /
Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...
*zdjęcie ekspresu własne;
*ilustracja AI;
*ilustracja AI na podstawie własnego zdjęcia;



Piękna opowieść. Pochwała codziennego rytuału, ale i Twojej silnej woli.
OdpowiedzUsuńJak to jest, że gdy komuś mówimy o swoim postanowieniu, ten ktoś robi wszystko, abyśmy w nim nie wytrwali, ale i my w podobnej sytuacji robimy dokładnie to samo?!
Pozdrawiam serdecznie. Miłego weekendu.
Hmmm, po prostu jesteśmy z natury przekorni i sprawia nam przyjemność sabotowanie czyjegoś postanowienia. W zakładzie nie ma miejsca na empatię. Widok kogoś, kto dobrowolnie odmawia sobie przyjemności, uruchamia w nas tryb małego sadysty, a kuszenie zakazanym owocem to najszybsza droga do zwycięstwa:-)
UsuńZasyłam pozdrowienia. Pięknego weekendu.
W pierwszej chwili szok. Co się dzieje? Z jakiego powodu ta abstynencja? Zalecenie lekarza? Takie nagłe odstawienie espresso przypomina masochizm. W ciągu dnia wypijam dwa espresso.
OdpowiedzUsuńNie zakładam się! Dzień bez Ciebie? To stracony dzień.
Przesyłam serdeczności:)
Dwa espresso? Podziwiam i zazdroszczę takiego umiaru:-) Przy takiej ilości nie byłoby zakładu. Dwa espresso to dla mnie poranna rozgrzewka. Piję 5-6 podwójnych więc filiżanka dla mnie to niemal przedłużenie dłoni. Wytrzymałam, ale było dziwnie;-)
UsuńPozdrawiam cieplutko:-)
Moja przygoda z kawą zaczęła sie późno, ale teraz lubię ten rytuał i nie zamienię na nic.
OdpowiedzUsuńMusiałam kiedyś wytrwać bez kawy z powodu jelit aż dwa tygodnie, a że jestem niskociśnieniowcem, ciężko było.
Dlatego rozumiem Twoje rozterki...
Z tylu rzeczy musimy rezygnować, ale cos dla siebie zostawić trzeba:-)
Na szczęście to był tylko jednodniowy zakład, dłużej bym nie wytrzymała:-)
UsuńTak, życie wymaga od nas wielu kompromisów, więc takie małe przyjemności po prostu nam się należą:-)
O, właśnie. W imię czego miałabym rezygnować z przyjemności, na które mnie stać? Jak zwykle kto miał rację? Kot! Ma na ten temat bardzo trzeźwe spojrzenie: "pomysły rezygnowania z przyjemności są bardzo podejrzane." 😅 🐈
OdpowiedzUsuńDokładnie. Puszek jednym ruchem ogona potrafi sprowadzić wszystko do właściwych proporcji😀
UsuńMoje oszołomki (Niffty i Charlie) wystarczy, żeby się uśmiechnęły i już wszystko wiadomo. A jeżeli nie wiadomo, to Fanta jest zawsze gotowa, żeby nas ustawić do pionu. Opiernicza, pyskuje, przeklina... Rządzi wszystkimi! 😅
UsuńNo to masz w domu grupę trzymającą władzę, a Fanta jest jej szefową😉
UsuńZgadza się. A co do kawy, zaczęłam ją pić po urodzeniu dziecka, łudząc się, że mi pomoże na przerywane noce. Nie pomogła, za to się przyzwyczaiłam (uzależniłam?) i piję 4 dziennie. Też nie pomagają na budzik.
UsuńPobudzające działanie kofeiny jest mocno przereklamowane. Po 5–6 podwójnych espresso powinnam się trząść jak galareta, a ja nic. Mąż imputuje mi uzależnienie. Nie rozumie, że to nie nałóg, tylko styl życia😅 I stąd ten zakład.
UsuńMój dziadek chyba nadal ma te szklanki w metalowym koszyczku :) i z Babcią też zawsze pili z nich kawę, a jako dziecko też lubiłam podpijać i to akurat wszyscy widzieli :) Uwielbiam kawę, więc i dla mnie to byłoby wyzwanie. Nie piję właściwie tylko wtedy, kiedy źle się czuję czy jestem chora.
OdpowiedzUsuńMoja mama też ma te szklanki do dziś. Nie używa ich, ale ma do nich sentyment i nie potrafi ich wyrzucić:-)
UsuńTeż czasem mam dzień, gdy nie mam ochoty na kawę. Wtedy wszyscy, łącznie ze mną myślą, że jestem chora, bo inaczej nie zrezygnowałabym z kawy. Gdy brałam chemię, nie piłam kawy przez 4 m-ce, nie smakowała mi czyli... potrafię bez niej żyć;-)
Rozumiem, że jesteś niskociśnieniowcem?…
OdpowiedzUsuńByłam. Teraz mam tzw. ciśnienie książkowe czyli, jak na mnie, wysokie:-)
UsuńMam nadzieję, że założyliście się o coś fajnego i rzeczywiście było warto tak się męczyć. 😄😉
OdpowiedzUsuńPewnie, że tak😀 i jutro odbieram nagrodę😊
Usuńno właśnie, tylko po co?
OdpowiedzUsuńZaczynam każdy dzień od kawy :-)
ja mam nadciśnienie więc tylko dwie rano i to więcej mleka owsianego niż kawy z ekspresu. ale kiedyś piłam bardzo dużo mocnych kaw...dziś bym tej zalewanej kijem nie tknęła :-)) to najprzyjemniejszy moment dnia, w łóżku, na tarasie. w hotelu zawsze przed śniadaniem. wieczorem zasypiam z myślą o porannej kawie.
Najbardziej podoba mi się to, co napisałaś na końcu:-) Zawsze cieszę się właśnie na tę pierwszą, poranną kawę:-)
UsuńWspaniała historia:-) No, właśnie, jak ktoś wyżej zasugerował, o co był zakład? Co wygrałaś? Bo bez właściwej gratyfikacji nie byłoby warto się poświęcać i znosić ten sadyzm kuszenia. I jeszcze ta Puszkowa zdrada. Powinien za karę w odpowiedniej porze zastać pustą miskę ;-)
OdpowiedzUsuńAle dzielnie to zniosłaś i masz wygraną w kieszeni. Super, że Ci się udało przetrwać.
Ja tam mogę przeżyć z kawą i bez, wiele razy odstawiałam kawę, bo organizm się nie domagał, albo wręcz odrzucał.
Dziękuję. Gratyfikacja była i to całkiem konkretna;-) Ja jednak zdecydowanie należę do tych, którzy wolą z kawą niż bez niej:-)
UsuńHa, ha, ha! Przeczytałam sobie z pierwszą dzisiejszą kawą dłoniach :-) Skoro Twoje zmagania już poza Tobą, to dzisiaj już zapewne nic nie stoi na przeszkodzie rozkoszowaniu się aromatem i smakiem... zaraz, zaraz, jak to pisał Mickiewicz w "Panu Tadeuszu" o kawie?
OdpowiedzUsuń"...ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,
Zapach mokki i gęstość miodowego płynu."
Lubię Mickiewicza. Nawet kawę potrafił opisać tak, że człowiek natychmiast ma ochotę nalać sobie filiżankę;-)
Usuń"Wieczorem okazało się, że potrafię przeżyć dzień bez kawy. Tylko po co?" - no właśnie. :)
OdpowiedzUsuńJa zaczęłam pić kawę późno, bo dopiero po 20-stce. Niestety w mojej historii chorowania na głowę miałam też etap poważnego uzależnienia od kofeiny, w czasie kiedy miałam za dużo na głowie i jakoś próbowałam dać radę.
Obecnie staram się ograniczać kawę do jednej, maksymalnie dwóch dziennie, bo wyszły mi niedobory żelaza i dostałam nowe leki. A tak to popołudniami popijam yerbę, bardzo lubię. :) Niestety moim przekleństwem jest też to, że lubię energetyki i czasem sobie pozwalam...
Fajna historia, dzięki za podzielenie się nią. :)
Z kawą jest chyba tak, jak ze wszystkim, co lubimy:-) Trzeba znaleźć własną granicę albo rozsądny balans. Yerby jeszcze nie próbowałam, więc chyba czas to nadrobić.
UsuńDziękuję:-)
Ano, myślę, że łatwiej wytrzymać, jak człowiek jest zajęty poza domem. szczególnie rano.
OdpowiedzUsuńJa kiedyś wytrzymałem miesiąc.
Z tym, że jak piszesz na koniec, można bez kawy, ale po co? :)
Podczas chemii wytrzymałam bez kawy cztery miesiące. Ale skoro już mogę ją pić, to naprawdę nie widzę powodu, żeby sobie odmawiać tej przyjemności.
UsuńAleż cudny tekst! ☕❤️ Czyta się go z uśmiechem, a wspomnienie szklanki w metalowym koszyczku przeniosło mnie prosto do dzieciństwa. Najbardziej rozbawiła mnie kocia zdrada i mąż bezlitośnie celebrujący kawę 😄 Puszka zdecydowanie nie można było brać za sojusznika! A zakończenie? Podpisuję się pod nim obiema rękami — są takie przyjemności, z których po prostu nie warto rezygnować. ☕🐈❤️
OdpowiedzUsuńSzklanka w metalowym koszyczku to chyba wspomnienie wspólne dla całego pokolenia:-)
UsuńKawomanką nie jestem, więc dla mnie to nie problem. Piję jedną lub dwie latte dziennie, i to słabe. Miałam nawet dłuższą przerwę w jej piciu ze względu na moje problemy jelitowe. Za to herbata czarna - owszem. Każdy ma swoje celebracje!
OdpowiedzUsuńU Ciebie czarna herbata, u mnie kawa. Ważne, żeby ten codzienny rytuał sprawiał przyjemność:-)
UsuńTo była bardzo ciekawa historia! Pierwsze doświadczenia z kawą, które miałem to będąc dzieckiem, jak rodzicie szli do kawiarni to mama moczyła kostke cukru na lyzeczce i dawała mi jeść jak cukierek.
OdpowiedzUsuńZacząłem wcześnie pić i palić, ale tego powinno być mi wstyd i to opowieść na inną okazję.
Pozdrawiam :)
Nie powinieneś się wstydzić ani żałować swoich dawnych wyborów. To przecież część Twojej historii.
UsuńPozdrawiam:-)
Właśnie - po co? Pamiętam doskonale szklanki i metalowe lub słomiane koszyczki - mama ma jeszcze takie zestawy. Kawę fusiankę też pamiętam, bo kiedyś innej się nie piło. Miałam chyba jakieś 15 lat, kiedy legalnie zaczęłam pić kawę, piję do dziś, z mniejszym lub większym natężeniem. Ostatnio z mniejszym ;)
OdpowiedzUsuńZaczęło się od fusianki, a skończyło na tym, że po tylu latach nadal o niej rozmawiamy. Chyba... coś w niej jest;-)
UsuńO tak. I do dziś ma swoich zagorzałych wielbicieli :)
UsuńOd czasu do czasu pijemy ją z mamą. Taki powrót do przeszłości, do czasów gdy byłyśmy młode, piękne i zdrowe;-)
UsuńDla mnie byłoby to praktycznie żadne wyzwanie, ponieważ kawę piję raz na miesiąc :D
OdpowiedzUsuńGdybym piła jedną kawę w miesiącu nie byłoby tego zakładu.
UsuńCzytałam tę opowieść z przyjemnością i zarazem lekkim rozbawieniem, bo... akurat wczoraj zaczęłam pisać post o kawie, moich z nią doświadczeniach i rytuałach :). Opublikuję go za jakiś czas... w każdym razie - też wspomniałam o tych szklankach z metalowych koszyczkach i pierwszym łyku kawy w dzieciństwie... Tylko że u mnie to jest calkiem inaczej, bo ja kawy nigdy nie lubiłam, piję ją prawie jak lekarstwo, bo mam raczej niskie ciśnienie. Oswajam ją jednak robiąc różne eksperymenty z metodami parzenia, przeróżnymi filiżankami i dodatkami, rodzajami samej kawy itd.
OdpowiedzUsuńCo do Twojej historii - gratuluję wytrwałości! Musiałaś być mocno zmotywowana, widocznie nagroda była tego warta :). A Puszek, jak zwykle, ma rację.
Dziękuję:-) Wygląda na to, że kawa postanowiła nas połączyć, choć każda z nas pozostaje z nią w zupełnie innej relacji;-) Eksperymentowanie z filiżankami, metodami parzenia i dodatkami to dobre sposoby na oswojenie tego 'trudnego związku';-) Jestem bardzo ciekawa Twojej opowieści.
UsuńAle w jakim celu ta wstrzemięźliwość?
OdpowiedzUsuńW takim, żeby udowodnić mężowi, że to miłość, a nie uzależnienie, o które mnie posądza. I dla nagrody oczywiście.
UsuńOj chyba nagroda musiała być warta tego poświęcenia, skoro nawet Puszek nie mógł Cię przekonać do rezygnacji :D Ale coś czuję, że wyzwanie postawione przez Puszka byłoby niewykonalne!
OdpowiedzUsuńTeż uwielbiamy kawę! I też mamy ekspres kolbowy - jakoś tak się przyzwyczaiłam do całego tego "rytuału" mielenia i parzenia kawy, że chyba nie chciałabym takiego, który robi wszystko za mnie ;)
Miłego weekendu :D
Mam trzy różne ekspresy, ale najbardziej lubię kawę z tego kolbowego. Poza tym, sam rytuał parzenia to połowa przyjemności;-)
UsuńPuszek nieźle sobie nagrabił i musi się postarać, żeby na powrót wkupić się w moje łaski;-)
Miłego wieczoru:-)
Witaj Puszku
OdpowiedzUsuńDzień bez kawy? Proszę bardzo. Całe moje życie jest bez kawy.
Ale dzień bez czarnej, gorącej, słodkiej herbaty byłby zapewne trudny...
Pozdrawiam czasem spadających gwiazd
Witaj Ismeno,
UsuńKażdy ma swój ulubiony napój i to jest świetne. Gorąca, mocna i słodka herbata po turecku smakuje i mnie, ale tylko w Turcji;-)
Pozdrawiam niedzielnie.
Świat musi być różnorodny...
UsuńI to jest fajne.
UsuńZ okazji Dnia Blogera życzę Ci mnóstwa inspiracji, radości z tworzenia i samych życzliwych ludzi. Cieszę się, że jesteś po drugiej stronie ekranu, że czasem wpadasz też do mnie.
UsuńNie odmawiam sobie kawy, piję bez dodatków, więc nie widzę powodów by z niej rezygnować :P i piłam też kawę w szklance w koszyczku :)
OdpowiedzUsuńO tak:-) Bez cukru, bez mleka i bez wyrzutów sumienia:-)
UsuńDzień dobry... znad kubka aromatycznej, czarnej, świeżo zaparzonej kawusi :)
OdpowiedzUsuńKawa zawsze była częścią mojego życia. Najpierw przewijała się w nim gdzieś w tle, biernie, była nieodłącznym elementem spotkań rodzinnych – dla dorosłych fusiasta w szklankach i koszyczkach, dla mnie wówczas tylko Inka :) Zaczęłyśmy ze sobą na poważnie romansować za sprawą mojej mamy, bo to ona zaproponowała mi ją w klasie maturalnej, kiedy ślęczałam nad książkami i dzielnie zagłębiałam tajniki łaciny :) Od tamtej pory jesteśmy nierozłączne, choć nasz związek miał wiele faz i eksperymentów. Nigdy nie musiałam go dodatkowo osładzać. Czasami jednak pijałam czarną z mlekiem, innym razem cappuccino, latte, macchiato, espresso albo americano.
Dziś kubek dobrej kawy jest dla mnie prawdziwą przyjemnością i luksusem :) Nie muszę się ograniczać, bo – czy z trzema kubkami czy z jednym – zawsze zasypiam bez problemu i śpię snem sprawiedliwego (chyba opłaca się być w życiu przyzwoitym człowiekiem mającym czyste sumienie ;-) )
Smacznej kawusi!
Smacznej kawusi:-) Jest w Krakowie kawiarnia o takiej nazwie:-). Mają tam naprawdę dobrą kawę i po prostu genialne rogaliki w typie cornetto, wypiekane na miejscu i nadziewane kremem pistacjowym lub orzechowym i sernik baskijski, po który od rana ustawiają się kolejki. Mniam!
UsuńZ tego co napisałaś widzę, że nasza przygoda z kawą i doświadczenia z nią miały bardzo podobny przebieg. Może z niewielkimi różnicami, które jednak nie miały wpływu na końcowy rezultat:-)
W domu piję tylko espresso. Na flat white albo cappuccino pozwalam sobie tylko w czasie spotkań z siostrą czy koleżankami "na mieście". Takie spotkania rządzą się swoimi prawami, rozmowy trwają dłużej, więc i kawa może być spokojniejsza.
Poza tym uwazam, że pobudzające działanie kofeiny jest mocno przereklamowane, a kawa dla mnie to nie nałóg, tylko styl życia:-)))
Pysznej kawusi!
Zdecydowanie jestem miłośnikiem kawy. Uwielbiam ten najbliższy memu sercu rytuał dający się streścić słowami: "NIE TERAZ, PÓŻNIEJ, TERAZ MAM RELAKS I PIJĘ KAWĘ". Dlatego tak bardzo cenię sobie kawę w kawiarni, gdzie nie rozprasza mnie nic "pilnego" do roboty.
OdpowiedzUsuńNie podjąłbym się Twojego wyzwania. Wiem, że bym wytrzymał, wiem też, że wolałbym jednak pić kawę, więc byłyby momenty mocnego głodu psychicznego. Co innego, gdyby okazało się, że kawa akurat dla mnie jest niewskazana. Wtedy bym musiał się zastanowić, na czym mi bardziej zależy i podjąć decyzję. No i z pewnością nie zabijałbym się o nią, gdybym trafił do miejsca, gdzie picie kawy jest nielegalne. Odpuściłbym, jednak życie i wolność cenię sobie bardziej, niż czarny napar.
Jeśli chodzi o kawę, to jestem dość rozpuszczony przez samego siebie. Pijam single origin z dobrych, manufakturowych palarni wykorzystujących wyselekcjonowane ziarna, najchętniej z Kenii, Etiopii, Tanzanii, Burundi, Ugandy. Ziarno mielę młynkiem żarnowym, parzę w aeropressie lub w drippie V60, gdy jestem w dobrej kawiarni, to czasem zażyczę sobie nieco bardziej bajerancki sposób przyrządzenia (mnie by się nie chciało myć zbyt skomplikowanych kształtów naczyń do parzenia).
A jeśli nie mogę, bo nie mam takiej kawy, jaką bym chciał i takiego sprzętu? Wtedy rzeczywiście podwójne espresso, ewentualnie flat white, przy czym flat white co najwyżej raz dziennie. Nie wchodzi mi zbyt dużo mleka, ale raz dziennie, zazwyczaj jako 2 kawę wybieram zazwyczaj flat white. Latem, na dzień robię sobie butelkę (0.5- 0.7 litra) cold brew, czyli kawę z zimnej ekstrakcji. Nie lubię kawy z lodem, gdyż rozcieńczona końcówka jest lurą nie do przyjęcia, więc cenię sobie schłodzony ekstrakt, czekający na mój kaprys w chłodziarce ;-)
O! Widzę, że jesteś prawdziwym kawowym smakoszem i pasjonatem! U mnie wygląda to trochę inaczej. Nie jestem znawczynią kawy i nie potrafię rozmawiać o niej tak fachowo🤭 Nie rozpoznaję nut jaśminu, bergamotki... ale wiem, co lubię. Najbardziej odpowiadają mi mieszanki arabiki z robustą, z przewagą arabiki. W domu pijam tylko podwójne espresso. Jest ekspres, filiżanka i zasada- ma mi smakować🙂 A potem jestem tylko ja i moja kawa😉
UsuńKiedy spotykam się z siostrą czy koleżankami "na mieście", pozwalam sobie na flat white albo cappuccino. Takie spotkania rządzą się swoimi prawami, rozmowy trwają dłużej, więc i kawa może być spokojniejsza🙂 Bo kawa, podobnie jak ludzie, ma swój charakter i trzeba dać jej szansę, żeby go pokazała.
This is such a lovely post. Thank you so much for sharing. ❤️
OdpowiedzUsuńMy pleasure🙂
UsuńDzień bez kawy? Wytrzymać pewnie można, tylko właśnie – po co? :D Zwłaszcza jeśli kawa jest nie tylko napojem, ale też takim małym codziennym rytuałem i chwilą dla siebie. Mąż zdecydowanie nie grał fair z tym ostentacyjnym zachwycaniem się każdym łykiem! A Puszek zachował się jak na kota przystało – żadnych sentymentów, wygrał ten, kto akurat miał lepszą ofertę. Następny zakład faktycznie powinien dotyczyć dnia bez Puszka, wtedy szybko okaże się, kto pierwszy skapitulował!
OdpowiedzUsuńMiłego dnia!
Angelika
O nie! Zakład o dzień bez Puszka nie wchodzi w grę, przegrałabym sromotnie. A ponieważ nasze zakłady są otwarte, to nagroda jakiej zażyczyłby sobie mąż, mogłaby przyprawić mnie o zawał serca:-))) Nie zaryzykuję:-)
UsuńMiłego dnia!
Hehehe, zabawne. Sama nie pijam kawy, więc nie do końca rozumiem Twój ból :)
OdpowiedzUsuńPozdrowionka
Szczęściara z Ciebie;-)))
UsuńPozdrawiam!
"Bez kawy to ja nie zyje" - powiedziała moja pięcioletnia wówczas wnuczka. Siadałyśmy z kawą na schodkach kiedy u nas była, wczesnym rankiem gdy dziadek jeszcze spał, babcia D. jeszcze z nami nie mieszkała. Parzyłam sobie "normalną" kawę, ona dostawała Inkę i tak sobie cudnie rozpoczynałyśmy dzień. Jak miło wspomnieć ♥️ Buziaki😘😽
OdpowiedzUsuńUrocze wspomnienie, Aniu😊 Cudownie wraca się do takich chwil. A kto wie, może już niedługo na tym samym schodku Calineczka wypije z Tobą swoją pierwszą w życiu, prawdziwą kawę?☕️
UsuńPrzytulam❤️😘
No właśnie - po co? 😉 Tu zgadzam się z Puszkiem w całej rozciągłości - pomysły rezygnacji z przyjemności są mocno podejrzane!
OdpowiedzUsuńBuziaki ♥️
Puszek ma patent na rację😅 więc jak tu się z nim nie zgodzić😉 Uściski🫶
UsuńP.S. przeoczyłaś nową bajkę o Mirabelce😉