Do Alicante przyjechaliśmy dla słońca, morza i tego szczególnego śródziemnomorskiego światła. Ale na naszej mapie mieliśmy też pewne miejsce, które od początku budziło naszą ciekawość- Calle de las Setas czyli Ulicę Grzybową. Wiedzieliśmy, że chcemy ją zobaczyć. Wiedzieliśmy też, że zamiast drzew będą tam kamienice, zamiast leśnej ściółki- bruk, a zamiast małych kapeluszy wyrastających spod liści- ogromne, kolorowe grzyby. Mimo to nie byliśmy przygotowani na to, jak nieprawdopodobnie i bajkowo będą wyglądały w samym środku miasta.
Kiedy zobaczyliśmy pierwsze kapelusze, wiedzieliśmy już, że wcześniej oglądane zdjęcia nie oddają charakteru tego miejsca. Ogromne muchomory wyglądały jak wyjęte z książki dla dzieci lub dobranocki i zupełnie nie pasowały do naszych wyobrażeń o hiszpańskiej ulicy. I może właśnie dlatego pasowały tam idealnie..? Alicante przyzwyczaja do innych widoków. Do zielonych palm, jasnych kamienic, kawiarni, błękitu morza i nieba... Tymczasem zastaliśmy coś zupełnie innego. I dopiero gdy zaczęliśmy się przyglądać temu miejscu bliżej, poznaliśmy jego historię.
Calle de las Setas to tak naprawdę Calle San Francisco, ale ta nazwa jest rzadko używana. I jeszcze kilkanaście lat temu nie była tak kolorowa i pełna życia. Ta część miasta była zaniedbana i niebezpieczna. Miała opinię miejsca, którego lepiej unikać. Władze Alicante postanowiły więc ją zmienić. Uczynić ją przyjazną dla wszystkich, ożywić i sprawić, żeby zamiast odstraszać zaczęła przyciągać ludzi.
I wtedy pojawiły się grzyby. Zaprojektowane przez artystę José Maria Escrivá, wyglądały jak przeniesione z festiwalowej scenografii wprost na miejską ulicę. Nie wszystkim ten pomysł się spodobał. Początkowo wielkie grzyby wzbudzały więcej kontrowersji i zdziwienia niż zachwytu. Wielu uważało, że wydane na nie pieniądze można było spożytkować inaczej i lepiej.
Ale wydarzyło się coś, czego nie dało się zaplanować. Ludzie zaczęli przychodzić. Najpierw z ciekawości. Potem z dziećmi. Później z telefonami i aparatami. Pojawiły się nowe lokale, sklepy, kawiarnie... Ulica zaczęła żyć.
I kiedy staliśmy tam pod tymi wielkimi kapeluszami pomyśleliśmy, że jest w tym wszystkim coś bardzo sympatycznego. Bo grzyby nie zostały postawione tylko po to, żeby było ładniej. Miały sprawić, żeby ludzie chcieli tutaj być. I to się udało.
My również przyszliśmy z ciekawości. Chcieliśmy zobaczyć coś, co na zdjęciach wyglądało nieco absurdalnie. A kiedy już tam byliśmy, przestaliśmy się zastanawiać czy to dobry pomysł. Ludzie spacerowali, dzieci biegały między kolorowymi figurami, ktoś robił zdjęcia, ktoś inny zatrzymał się na kawę. Ulica, której kiedyś unikano stała się miejscem przyjaznym całym rodzinom.
Zapamiętaliśmy Calle de las Setas nie tylko jako zabawną ulicę, ale dowód na to, że miasto można zmienić nie wielkimi słowami, lecz pomysłem, odrobiną wyobraźni i odwagą. A potem pozwolić ludziom je oswoić. Bo miasta, podobnie jak ludzie, nie zawsze potrzebują wielkiej rewolucji. Czasem potrzebują jedynie, żeby ktoś spojrzał na nie inaczej.
Nie każda ulica potrzebuje wielkich zabytków,
żeby zostać zapamiętaną.
/Puszek🐾 /
Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...
*zdjęcia własne;







Ochoczo przyklaskuję tej niebanalnej inicjatywie – podoba mi się ta nietuzinkowa, bajkowa ulica.
OdpowiedzUsuńW moim planerze znajduje się wiele inspirujących cytatów. Ten z dzisiaj to słowa Maxa Marmera mówiące, że "największym problemem świata jest to, że zbyt mało ludzi pracuje nad rozwiązaniem największych światowych problemów". Piszę o tym, bo ten cytat pasuje mi do Twojej notki. W Alicante bardzo dobrze poradzili sobie z tą problematyczną i odpychającą ulicą – sprawili, że stała się przyciągająca, atrakcyjna i oryginalna :)
Haha, świetnie podsumowałaś moją notkę:-) Cytat z Marmera idealnie pasuje do historii tej ulicy. Ta transformacja to genialny przykład na to, jak podejście do rozwiązywania problemów zmienia całe społeczności.
UsuńŚmiem twierdzić, że w Twoim planerze znajdziesz cytat na każdą okazję:-)
Haha, jeden z nich posłużył mi już do napisania wpisu o niebanalnych i zdeterminowanych kobietach z Wyspy Man, które założyły rezerwat dla koni :)
UsuńNiektóre z tych cytatów są naprawdę ciekawe i dają mi do myślenia.
Dobrego dnia i smacznej kawusi :) Ja właśnie dopijam moją pierwszą :)
O tak, pamiętam ten cytat, który zawiódł Cię aż na wyspę Man i znalazł tam nawet swoje kobiety;-) Czasem tak właśnie jest, że jedno dobre zdanie nie kończy się kropką, ale wychodzi z książki, rusza w świat i uruchamia całą opowieść:-) Niech więc Twój planer nie przestaje podrzucać Ci cytatów, za którymi zechcesz pójść dalej i sprawdzić, dokąd Cię zaprowadzą, a kawa zachwyca Cię smakiem tak, żebyś chciała wypić jeszcze jedną i jeszcze jedną i jeszcze...;-)
UsuńBardzo sympatyczne te grzybki i świetna ich historia :)
OdpowiedzUsuńNa żywo robią jeszcze większe wrażenie:-)
UsuńŚwietny to był pomysł, ciekawe skąd taka inspiracja, że akurat grzyby. Może krasnoludki podpowiedziały, przecież one mają domki wewnątrz grzybów w lesie, a może Zwirek z Muchomorkiem? W każdym razie bajkowo się zrobiło, a Puszek jak zawsze - ma rację 😽 Buziaki ♥️😘😽🐈⬛
OdpowiedzUsuńHaha😀 Może rzeczywiście krasnoludki maczały w tym swoje paluszki? Tym bardziej, że muchomory nie są tylko do oglądania, można do nich wejść🙂 Calineczka miałaby tam świetną zabawę😀 A Puszek, jako wytrawny grzybiarz znowu ma rację 😸 Buziaki ❤️😘🫶
UsuńOjej jakie to urocze! To niesamowite jak sztuka potrafi zmienić oblicze jakiegoś miejsca i jego postrzeganie przez ludzi :)) Piękna historia! :)
OdpowiedzUsuńPrawda? Sztuka to magia, która potrafi odczarować najbardziej zapomniane zakątki i zmienić ludzką perspektywę.-)))
UsuńAle fajne! Jak w wiosce Smerfów.
OdpowiedzUsuńNiespodziankę sprawiło mi nazwisko artysty projektanta, bo Josemaria Escriva to założyciel Opus Dei. No proszę, to chyba takie popularne nazwisko jak nasz Kowalski.
Rzeczywiście, trochę jak w wiosce Smerfów:-) A skoro już o niej wspomniałaś, to smerfna wioska jest w Andaluzji i nazywa się Juzcar. Takie pueblo azul w krainie andaluzyjskich pueblos blancos:-)
UsuńAż sprawdziłam! Ale nie, to inny José María Escriva:-) Ten jest artystą z Alicante.
Świetny pomysł! okazuje się, że takie detale czynią cuda!
OdpowiedzUsuńU nas wiele miast ma swoje maskotki, szukamy ich jak w miejskiej grze, stanowią atrakcję turystyczną.
Na początku każdy pomysł wydaje sie kontrowersyjny, a okazuje się strzałem w dziesiątkę!
I z czasem te dziwne pomysły stają się takim znakiem rozpoznawczym. Kraków ma smoki, Wrocław krasnale, a Alicante muchomory:-) Są nawet całe szlaki, na których można ich szukać:-)
UsuńBardzo fajny pomysł! Ulica stała się urocza i interesująca :)
OdpowiedzUsuńZyskała nowe życie:-)
UsuńCalle de las Setas rzeczywiście wygląda jak z bajki. Piękna historia i pięknie opowiedziana! 🍄☀️
OdpowiedzUsuńCieszę się, że udało mi się oddać klimat tego miejsca.
UsuńŚwietna uliczka. Rozejrzałabym się jeszcze za jakąś kawiarnią.
OdpowiedzUsuńSą i kawiarnie, które oferują nie tylko kawę, ale i np. horchata de chufa:-)
UsuńDodam, że ta horchata (i tylko ta) robiona na świezo z orzechów tygrysich, jest pyszna i zdrowa. Taki super food:-)
UsuńOd stycznia planowałam napisać o Alicante bo przecież byliśmy tam na początku tego roku.
OdpowiedzUsuńNawet nie wiesz jaka Ci jestem wdzięczna za "Twoje Alicante" i jak się uśmiechnęłam na widok grzybów do których się przytulałam :-))
Cieszę się, że przywołałam te miłe wspomnienia z początku roku. Czekam na Twoją relację z podróży, Stokrotko:-)
UsuńPrzesympatyczna ulica- aż zaprasza do spaceru.
OdpowiedzUsuńJak z bajki i można poczuć się trochę jak w bajce.
UsuńNoż przearcypiękne!!! Tak lubię grzyby, uwielbiam wprost, a te są w sam raz dla mnie! Ech, gdyby i pod moimi zechciały takie wyrosnąć... 😀
OdpowiedzUsuńAbsolutny hit! Też bym chciała mieć taki widok za oknem na co dzień🙂
UsuńWspaniale miejsce! Naprawdę! Nigdy o nim nie słyszałam, a stworzone jak dla mnie :) Grzyby - bardzo lubię je jeść i zbierać, a sos z kurek właśnie miałam przez ostatnie dwa dni na obiad :) Po za tym dzisiaj zrobiłam zakupy do stroików - jesiennego i zimowego, a co takiego nabyłam? Właśnie: dwa grzybki - jeden z czerwonym, a drugi z brązowym kapelusikiem mające w nóżce okienka i drzwi oraz jeżyka trzymającego muchomorka :)
OdpowiedzUsuńNa pokazanej nam ulicy jestem pewna jednego: zdjęć byłoby mnóstwo!!!
Pozdrawiam :)
Grzyby, dynie i kasztany najbardziej kojarzą mi się z jesienią.
UsuńA jeśli kiedyś będziesz w Alicante, to nie zapomnij o tej ulicy. Tam trzeba być i pamiątkową fotkę koniecznie zrobić:-)
Pozdrawiam!
Ale to wszystko fajne, bardzo mi się podoba :)
OdpowiedzUsuńKolorowe i bajkowe:-)
UsuńO jak fajnie i pomysłowo! To musi być wspaniałe wrażenie zobaczyć te grzybki na żywo!
OdpowiedzUsuńMożna tam naprawdę miło spędzić czas:-)
UsuńAleż bajkowo się zrobiło, super pomysł:)
OdpowiedzUsuńPowoli wracam do blogowego świata.
Pozdrawiam Was najserdeczniej:)
Jak miło, że klimat Ci się spodobał.
UsuńMocno ściskam, Morgano:-)
Oooo, nie wiedziałem że jest taka ulica! Ale pomysł! Jak dla mnie super - skoro okolica zyskała na popularności, jest bezpieczniej i ogólnie - ładniej i kolorowo, to nie należy żałować wydanych pieniędzy. Oczywiście zawsze ktoś może powiedzieć, że można było zrobić/kupić/wymyśleć coś innego, bardziej potrzebnego itp - ale to można zrobić ze wszystkimi rzeczami i pomysłami.
OdpowiedzUsuńChciałbym się przejść taką ulicą 😃
No to już wiesz😉 Tak, ta metamorfoza to był strzał w dziesiątkę, ale wiadomo, że malkontenci zawsze się znajdą jednak efekt mówi sam za siebie.
UsuńPolecam Ci wizytę w Alicante i spacer tą ulicą, to prawdziwa bajka w środku miasta, która zachwyca turystów i przyciąga biznes😊
Na zdjęciu robią wrażenie, s co dopiero w rzeczywistości
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie dojrzałym latem
Na żywo robią jeszcze większe wrażenie, bo są wielkie;-)
UsuńPozdrawiam w niedzielne popołudnie:-)
Prześliczna ulica. Kolorowe grzyby są bardzo dekoracyjne i tworzą wyjątkową, bajkową atmosferę. Z pewnością spacer tą ulicą jest prawdziwą przygodą i na długo zapada w pamięć.
OdpowiedzUsuńSerdecznie pozdrawiam:)
W pełni się zgadzam, spacer tam to jak wejście do innego świata, ta ulica ma w sobie magię. Cieszę się, że ten bajkowy klimat bije nawet ze zdjęć:-)
UsuńZasyłam pozdrowienia:-)
Tak, dopóki się nie zna jej historii, można pomyśleć, że to głupi pomysł. Ale masz rację, w tym przypadku to było fenomenalne posunięcie. I pięknie to skomentowałaś. Puszek też ma rację!
OdpowiedzUsuńPięknie dziękuję:-) Puszek właśnie pęka z dumy i dziękuje za przyznanie racji. Ślemy ciepłe pozdrowienia.
UsuńMożna się poczuć jak w bajce :). Zawsze mnie ciekawią genezy takich pomysłów, bo często kryją się za tym interesujące i zaskakujące historie.
OdpowiedzUsuńMiejskie metamorfozy potrafią mocno zaskoczyć:-) Czasem takie szalone pomysły okazują się najlepszym ratunkiem dla nieprzyjaznych okolic. Lubię takie historie i cenię takie przemiany.
UsuńBardzo przyjemne te grzyby i Twoje zdjęcia :)
OdpowiedzUsuńPrzyjemne i magiczne:-) Odmieniły oblicze tej ulicy.
UsuńPodoba mi się ten trochę psychodeliczny pomysł z grzybami. Miasta nie powinny być nudne i przewidywalne, dobrze też jeśli ludzie potrafią sie zdobyć na oryginalność i nie powielają cudzych pomysłów. Co ciekawe artysta, który je stworzył nazywa się tak samo jak Josemaria Escriva twórca Opus Dei. Samo Alicante zawsze kojarzy mi się z winami, które podobno są wyjątkowe.🫶🫶🌞
OdpowiedzUsuńOryginalność w architekturze miast jest bardzo pożądana🙂Najważniejsze, że pomysł się sprawdził i spełnił swoje zadanie, ożywiając przestrzeń🙂
UsuńWina z Alicante zdecydowanie zasługują na swoją dobrą sławę chociaż ja pijam rioję😉
Ten J.M. Escriva to artysta z Alicante i z Opus Dei nie ma nic wspólnego😉
Co do J.M.E. nie podejrzewałam, ale szkoda to by była prawdziwa psychodelia 😵💫😸kot by się uśmiał!
UsuńMoże to i lepiej dla kota, że do tego nie doszło 😉
UsuńAleż bajkowa ulica! Dziękuję za wirtualny spacer po niej. Uściski 🙂
OdpowiedzUsuńPolecam się na przyszłość🙂 Ściskam!
Usuń