niedziela, 28 czerwca 2026

16. Z Puszkiem o podróżach: Góra Nemrut/Turcja

 

   Powietrze nad Krakowem jest gęste od gorąca, a słońce od rana nie daje wytchnienia. Ten upał przywołał wspomnienie sprzed lat i pewien sierpniowy dzień w południowo-wschodniej Turcji...

   Anatolijskie słońce straciło umiar i zalewało świat złotym blaskiem. Powietrze drżało nad rozgrzaną ziemią dawnego Królestwa Kommageny, a my czułyśmy, że czeka na nas coś wyjątkowego. Od dawna marzyłyśmy o tej podróży. Góra Nemrut nie była dla nas tylko punktem na mapie. Była miejscem, do którego prowadziły nas marzenia na długo przed tym, zanim zaprowadziła nas tam droga.

   Wyruszyłyśmy z Kahty niewielkim busikiem. Kiedy silnik obudził się do życia, a miejscowość została za nami, poczułyśmy ekscytację. To był ten moment, w którym marzenie przestało być tylko planem, a stało się rzeczywistością. Ale nie jechałyśmy na Nemrut dla samej góry, chociaż należy ona do najpiękniejszych w Turcji.

   Jechałyśmy tam dla pewnego króla, który uwierzył, że może oszukać czas. Dla Antiocha I, władcy niewielkiego królestwa, który rozkazał wznieść swój grobowiec pośród bogów i pozostawił po sobie jedno z najbardziej niezwykłych miejsc starożytnego świata.

   Wąska droga pięła się coraz wyżej. Za oknami przesuwały się wzgórza spalone letnim słońcem, skaliste zbocza i doliny, które spowijała błękitna poświata. Kierowca pewnie pokonywał kolejne zakręty, a my chłonęłyśmy widoki.

   Zatrzymałyśmy się przy Tumulusie Karakuş. Ten strażnik przeszłości wznoszący się samotnie pośród wzgórz jest grobowcem królowej Isias- żony Antiocha I. W sierpniowym słońcu trzy kolumny, które oparły się upływowi czasu, odcinały się od błękitu nieba jak namalowane jednym pociągnięciem pędzla.

   Niedługo później stanęłyśmy na rzymskim moście Septymiusza Sewera na rzece Cendere. Zbudowany niemal dwa tysiące lat temu, trwa niewzruszenie nad wodą, która płynie od wieków tym samym rytmem. Pomyślałyśmy o wszystkich, którzy byli tu przed nami. O kupcach, żołnierzach, wędrowcach i marzycielach. O tych, którzy patrzyli na tę samą rzekę i słuchali jej szumu, ale świat wokół nich był zupełnie inny.

   Im wyżej wjeżdżałyśmy, tym węższa stawała się droga. Szutrowy trakt wił się niczym nitka rzucona między skały i urwiska. Bus podskakiwał na nierównościach, wzbijając obłoki kurzu. Kierowca zdawał się nie dostrzegać przepaści i z każdym zakrętem dodawał gazu, a my coraz mocniej ściskałyśmy poręcze i wymieniałyśmy znaczące spojrzenia. Serca biły nam mocniej z podziwu dla umiejętności kierowcy i z rosnącego podekscytowania. W końcu nie codziennie jechałyśmy na spotkanie z historią liczącą ponad dwa tysiące lat.

   Za oknami rozciągały się widoki, które odbierały nam mowę. Szczyty Antytauru otaczały nas ze wszystkich stron. Ich grzbiety falowały aż po horyzont niczym kamienne morze zastygłe pod anatolijskim słońcem. Co chwilę wydawało nam się, że właśnie zobaczyłyśmy najpiękniejszy widok tego dnia. I wtedy za następnym zakrętem pojawiał się kolejny, jeszcze bardziej zachwycający.

   Wreszcie bus zatrzymał się na parkingu poniżej szczytu. Ostatni odcinek musiałyśmy pokonać pieszo. Słońce stało wysoko na niebie i nie szczędziło żaru. Nie było tam drzew, dających cień, ani chłodnego wiatru, przynoszącego ulgę. Tylko skały i rozgrzane powietrze drżące nad ścieżką, prowadzącą ku szczytowi. Każdy krok przypominał nam, że marzenia czasem wymagają odrobiny wysiłku i przybliżał do spotkania z królem, marzącym o nieśmiertelności. Mijałyśmy tych, którzy już schodzili ze szczytu. W tym palącym słońcu wszyscy byliśmy uczestnikami tej samej przygody, chociaż każdy przeżywał ją po swojemu.

   Ścieżka pięła się coraz wyżej. Za plecami zostawiałyśmy kolejne metry, a przed nami czekało miejsce, które przez wieki przyciągało podróżników, marzycieli i poszukiwaczy historii. Dotarłyśmy na szczyt i stanęłyśmy na styku światów. Greckiego i perskiego, wschodu i zachodu, historii i legendy. Nemrut dominuje nad starożytnym Królestwem Kommageny. Nie zdziwiło nas, że Antioch I wybrał go na miejsce wiecznego spoczynku.

   Przed nami siedzieli kamienni bogowie.

Zeus, Apollo, Herkules, bogini Tyche i sam król Antioch I. Ich głowy, strącone z potężnych posągów przez trzęsienie ziemi, spoczywały pośród kamieni jak milczący świadkowie czasu. Patrzyłyśmy na nie, zaś one patrzyły gdzieś ponad nami, ku górom i niebu, które od zarania pozostają niezmienne.

   Znacie to powiedzenie, że 'coś zapiera dech w piersiach?' Jest piękne, ale rzadko bywa dosłowne. Tym razem było. Patrzyłyśmy i nie wiedziałyśmy, na czym zatrzymać wzrok. Na ogromnych kamiennych głowach? 

Na błękicie nieba? Na górach, rozciągających się po horyzont?

A może na historii, która była obecna wokół? 

   Sfotografowałyśmy kamienne posągi, uchwyciłyśmy krajobraz, światło i kolory. 

Ale nie zamknęłyśmy w kadrze uczuć, które ogarnęły nas, gdy stanęłyśmy pośród tych olbrzymów sprzed tysięcy lat.

   Zrozumiałyśmy wtedy, że nie dotarłyśmy na Nemrut Dağı dla widoków, choć były zachwycające, lecz dla emocji i wzruszenia, których nie da się zamknąć w fotografii. I wtedy poczułyśmy, że oto spełniłyśmy jedno z naszych podróżniczych marzeń.

   Opuściłyśmy Kommagenę- małe królestwo, które śniło o wieczności. Ruszyłyśmy przez ziemie, po których chodzili królowie, rzymscy żołnierze, kupcy z Jedwabnego Szlaku, pielgrzymi z pierwszych wieków chrześcijaństwa i niezliczeni wędrowcy. 

   Czekała na nas starożytna Antiochia, miasto tysiąca historii. Dla geografa, który nie lubi historii zamkniętej w muzealnych gablotach i archeologa, zafascynowanego starożytnym światem, to była podróż przez kolejne rozdziały dziejów.


Marzenia nie mają terminu ważności

i są warte każdej wspinaczki.

/Puszek🐾 /



P.S. To wspomnienie sprzed lat. Góra Nemrut pewnie jest dziś trochę inna, drogi może lepsze, a turystów więcej... Ale pamięć, podobnie jak stare fotografie, zachowuje przede wszystkim emocje.

P.P.S. Dziękuję za wszystkie komentarze, życzenia i myśli pozostawione pod poprzednim postem i przepraszam, że odpowiedzi będą pojawiać się z opóźnieniem. Daje mi się we znaki pogorszenie samopoczucia.


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

poniedziałek, 22 czerwca 2026

25/2026. Opowieść o kolejnych urodzinach

 

   Miałam o tym nie pisać, licząc, że może tym razem kalendarz przeoczy sprawę. Nie przeoczył i kilka dni temu przypomniał, że znów przybył mi kolejny rok. Nie napiszę, który, ale przyjmijmy, że jestem już w wieku, w którym świeczki na torcie kosztują więcej niż sam tort.

   Kiedyś urodziny oznaczały dla mnie przede wszystkim prezenty. I chociaż nie wzbraniałabym się przed przyjęciem kolejnego brylantu, to dzisiaj nie potrzebuję już takich atrakcji.

   Wystarcza mi, że w ten czerwcowy dzień są przy mnie bliskie sercu osoby, a mruczenie Puszka rozlega się w tle. Wystarcza świadomość, że mimo życiowych zakrętów potrafię cieszyć się małymi rzeczami, spokojnymi porankami i aromatyczną kawą pitą bez pośpiechu.

   Z upływem lat nauczyłam się doceniać rzeczy, które kiedyś wydawały mi się takie... zwyczajne i oczywiste. Śpiew ptaków za oknem, pachnące słońcem truskawki, wieczory spędzone z książką, Puszka, który żyje w przekonaniu, że jest pępkiem świata i bohaterem każdego dnia, telefon od kogoś, kto pamięta... Kiedyś zawsze był wśród nich ten szczególny. Od Taty. To On jako pierwszy składał mi urodzinowe życzenia. Od paru lat już nie dzwoni, ale jest wspomnienie... I tęsknota, która nie znika chociaż zrozumiałam, że miłość nie kończy się, gdy kogoś zabraknie, lecz po prostu zmienia adres.

   Dzisiaj urodziny nie są już dla mnie wyścigiem z młodością ani próbą zatrzymania czasu. Nie są liczeniem lat, lecz zbieraniem chwil. Niektóre błyszczą jak bursztyny, inne uwierają jak kamyki w bucie, ale wszystkie tworzą historię. Moją historię, której nie zamieniłabym na żadną inną. Historię wdzięczności za wszystkie minione czerwce. Za to, czego nauczyło mnie życie. Za to, co dał mi los. I za to, co zabrał. Za miejsca, które kocham. Za plany, które czekają na realizację. Za tych, którzy są. Za zwykłe dni, które okazują się najpiękniejsze. Za to, że szczęście nie zawsze wygląda tak, jak sobie wymarzyłam, a jednak potrafi usiąść obok i zostać na dłużej. Bo szczęście nie oznacza już idealnego życia, tylko życie, w którym jest miejsce na miłość, śmiech, kawę i tych, którzy są blisko. A nawet za chorobę. Nie za strach, nie za trudne chwile, które przyniosła, nie za odebranie mi pewności jutra, lecz za lekcję uważności.

   Rano Puszek obudził mnie jak zawsze. Nie było życzeń ani urodzinowej mruczanki. Było za to 'wstawaj! miska sama się nie napełni!'. Puszek jest konsekwentny. Każdego dnia okazuje mi swoje uczucia w ten sam sposób. Domaga się śniadania, skacząc mi po głowie, zajmuje połowę łóżka i pilnuje, żebym nigdzie nie zniknęła bez jego wiedzy.

   Życzenia napływały cały dzień z różnych stron i różnymi drogami. Były życzenia roku pełnego dobrych wiadomości, spokojnych poranków i nadziei, która nie gaśnie nawet wtedy, gdy niebo przesłonią chmury. Były życzenia wymarzonego domu. Tego z tarasem zatopionym w kwiatach, kawą o poranku w promieniach słońca, wolierą dla Puszka i widokiem na zieleń. Były też życzenia zachwytów nad kwitnącym judaszowcem, nad książką, która nie pozwala zasnąć, nad podróżami do nowych miejsc i zwykłymi chwilami, które później okazują się najcenniejszymi wspomnieniami.

   A wieczorem trochę poświętowaliśmy. Ja, Mąż, Puszek i ten zwyczajny rodzaj szczęścia, który lubię najbardziej. Zaczęliśmy od kawy, bo kawa jest najważniejsza i należy się jej szacunek. Był aperolek spritz, bo urodziny bez bąbelków to jednak nie to samo. I był kryształek. Jedno z naszych ulubionych ciast, w sam raz na gorący dzień, które zawsze smakuje tak samo dobrze, jak za pierwszym razem i- wierzcie mi- zasługuje na własną opowieść.

   Sama sobie życzyłam nieustającej umiejętności zachwycania się światem. Bo dopóki potrafię cieszyć poranną kawą, śmiechem bliskich, zapachem letniego deszczu, spacerem po lesie czy mruczeniem Puszka, dopóty moje życie pozostanie naprawdę ciekawe.

   Zastanawiałam się, czego życzyłby mi Puszek gdyby umiał mówić. Może... wygodnych foteli, słonecznych palm na podłodze, zawsze pełnej filiżanki kawy, odpowiedniej liczby drzemek w ciągu dnia i wciąż nowych marzeń..?

   To były urodziny, które nie potrzebowały wielkich słów, bo same w sobie były takie, jak być powinny. Miękkie, smaczne i rozbawione.



Niech twoja kawa zawsze będzie gorąca,

a moja miska zawsze pełna.

/Puszek🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

wtorek, 16 czerwca 2026

15. Z Puszkiem o podróżach: Akropol w Rodos/Rodos/Grecja

 

   Tamten majowy poranek smakował kawą i obietnicą. Wyruszyliśmy tuż po śniadaniu, gdy dzień dopiero nabierał barw, a świat nie zdążył się jeszcze rozkręcić. 

   Szliśmy w stronę wzgórza zwanego Agios Stefanos, obecnie bardziej znanego jako Monte Smith, na którym czekał na nas rodyjski Akropol. Słońce wspinało się coraz wyżej. To Helios rozpędzał swój rydwan po niebieskoskłonie tuż nad naszymi głowami.

   Akropol w Rodos nie jest tak oczywisty. Nie ma monumentalnych murów jak ten w Lindos ani nie dominuje nad miastem tak, jak ten w Atenach. Jest rozproszony. Tutaj starożytność rozsypała się po wzgórzu, oddycha wiatrem i kąpie w słońcu.

   Gdy ukazał się naszym oczom, światło osiadało na kolumnach, wydobywając z nich kształt i przypominając o ich dawnym sensie. 

   Kamienie pod stopami pamiętały więcej, niż mogliśmy sobie wyobrazić. A jednak nie przytłaczały historią. Wręcz przeciwnie- zapraszały, żeby usiąść i posłuchać dziejów miejsca, które od V do III wieku p.n.e. stanowiło centrum religijne i kulturalne miasta.

   Drzewa były soczyście zielone, jakby dopiero namalowane. Było pięknie! To miejsce najpierw nas oczarowało, a potem zaczarowało. 

   Spacerowaliśmy nie śpiesząc się i  pozwalając, by każdy z tych zakątków opowiedział nam swoją historię.

   Stadion obiegliśmy wkoło. Trochę dla żartu, trochę z radości. Wyobrażaliśmy sobie emocje biegaczy biorących udział w zawodach ku czci Heliosa, który nigdy nie opuszcza tej wyspy. Prawie czuliśmy kurz unoszący się spod ich stóp.

   W odeonie odegraliśmy krótką scenkę. Kamienne stopnie stały się naszą widownią, a czas na chwilę przystanął, by na nas popatrzeć.

   Przy pozostałościach świątyni Apollina światło było najostrzejsze. Kolumny stały w słońcu pewnie i spokojnie. Pilnowały czegoś, co nie potrzebuje już obrony. Może jakiejś myśli, która nie musi być wypowiedziana?

   Po świątyniach Ateny i Zeusa zostało naprawdę niewiele, jednak czuliśmy ciężar ich dawnej potęgi obecny jak echo, które nie chce zamilknąć. Pod stopami mieliśmy kamienie oddające ciepło i pamiętające nie tylko modlitwy, ale i zwykłą ludzką obecność. Rozmowy, kroki, codzienność, która kiedyś toczyła się tu zupełnie zwyczajnie. 

   A w tamtej chwili nie było tam nikogo. Tylko cisza, wiatr od morza, który momentami cichł z szacunku i my.

   Czasem wracamy do tego miejsca w myślach. Może dlatego, że została w nich odrobina światła Heliosa, którą pozwolił nam zabrać ze sobą.



Niektóre miejsca pachną słońcem jeszcze długo po powrocie.

Miło się w nich czasem przeciągnąć,

choćby tylko w myślach.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;