Pierwszego dnia nowego roku tuż po zmroku, który osiadł nad miastem jak aksamit i wygładził poszarpane krawędzie dnia, pojechaliśmy do centrum Krakowa odreagować trudne- zwłaszcza dla mnie- święta i wreszcie zobaczyć miasto w świątecznym anturażu.
Spacerowaliśmy po Rynku, Małym Rynku i bocznych uliczkach, tonących w dekoracjach.
Robiliśmy zdjęcia, krótkie filmiki i zbieraliśmy chwile.
Miasto pachniało grzańcem, pieczonymi golonkami i dymem ze stoisk z kiełbasą.
Krążyliśmy między budkami w rytm świątecznych szlagierów, które płynęły z głośników. A czasem zatrzymywaliśmy się przy jakiejś, bo coś błysnęło, coś zapachniało i przyciągnęło uwagę.
Krok za krokiem zawędrowaliśmy pod Galerię Krakowską i wsiedliśmy na karuzelę.
Przejażdżka przywołała odległe wspomnienia, wywołała dziecięcą radość i śmiech, który przypomniał, że wciąż potrafimy cieszyć się drobiazgami.
Wracając do samochodu przystawaliśmy popatrzeć na kolorowe wystawy
i krakowskie szopki w gablotach,
gdy nagle na placu św. Marii Magdaleny mój mózg się wyłączył i... upadłam jak długa. Przez chwilę nie wiedziałam, co się stało. Bolały mnie kolana, żebra i dłonie. Zbiegli się ludzie. Ktoś pytał czy wszystko w porządku. Ktoś inny zakładał mi but. Wstyd mieszał się z bólem i łzami, cisnącymi się do oczu, które jednak zaczekały na powrót do domu, żeby popłynąć bez świadków.
Gdy doszłam nieco do siebie, powiedziałam, że nic mi nie jest, że dziękuję, że mam obok Męża...Wtedy dotarły do mnie jego pytania czy nie uderzyłam się w głowę, czy dam radę wstać i iść. Zanim wstałam, jeszcze przez chwilę siedziałam na zimnym bruku.
W domu się rozpłakałam. Puszek natychmiast pojawił się obok. Wiedział, że teraz najbardziej potrzebuję mruczenia i miękkiego futerka. Czasem płacz jest jak deszcz po śniegu. Nieprzyjemny, ale konieczny, żeby coś zaczęło topnieć.
Dziś już wiem, że to nie był powód do wstydu. Wiem też, że nie była to zła wróżba na nowy rok. W ludowej mądrości- tej prawdziwej, a nie z tanich horoskopów- upadek na początku roku oznacza zrzucenie ciężaru z poprzedniego. Stare łzy, stary ból, stare zmęczenie musiało upaść na bruk, żebym nie niosła go dalej. Poza tym, Kraków widział większe upadki. Mój był zaledwie cichym westchnieniem.
Może komuś z Was zdarzyło się przewrócić w miejscu publicznym, na oczach innych. Może czuł potem wstyd, bezradność i gniew na siebie samego. Ale to nie był dobry moment na te wszystkie uczucia. To moment, w którym nie trzeba być dzielnym, tylko zaczekać. Świat odpowie pomocą, a nie oceną.
Bo upadek to tylko przypis pod głównym tekstem.
W tym roku nie będziesz sama.
A jeśli upadniesz, to zawsze ktoś poda ci but.
/Puszek🐾 /
Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...
*zdjęcia własne;








Bylo to bardzo dawno temu, a ja w ósmym miesiacu w ciazy, kiedy to poslizgnelam sie na lodzie, ktorego nie bylo widac spod sniegu, obie nogi pojechaly do przodu, a ja gruchnelam na kosc ogonowa. Balam sie wstac, bo mialam wrazenie, ze zostawie dziecko na tym oblodzonym chodniku, nie wstydzilam sie plakac, bylam w panice, a ludzie, ktorzy mnie z tego chodnika zbierali, rowniez. Chcieli wzywac pogotowie, nie zgodzilam sie, do domu mialam pare krokow. To byl rok 1987.
OdpowiedzUsuńA wiesz, ze mialam swoj krakowski epizod w zyciu? Bardzo niewiele pamietam, bo bylam mala i dziadkowie wyprowadzili sie stamtad bodaj w roku 1960 do Warszawy. Ale jak przez mgle pamietam rozklad mieszkania, ulice, tylko nie numer domu, ale moze bym poznala, gdybym pod nim stanela.
To musiało być przerażające przeżycie, bo nie chodziło tylko o Ciebie, lecz o życie dziecka, które nosiłaś. Ta odpowiedzialność sprawiła, że strach był tak ogromny i pokazała, jak silna jesteś.
UsuńKraków zamienił się w prawdziwą krainę czarów. Jarmarki, migocące światełka, unoszące się zapachy, faktycznie tworzą niepowtarzalną atmosferę. Nigdy nic podobnego w Krakowie nie widziałam i nie przeżyłam.
OdpowiedzUsuńNatomiast dwa upadki bardzo podobne mam już za sobą. Szłam otworzyć bramę, nie zauważyłam pod świeżym śniegiem oblodzenia. Tak fatalnie upadłam, że straciłam przytomność. Drugi, gdy schodziłam po schodach na zewnątrz i poślizgnęłam się. Bałam się wstać. Sądziłam, że rozleciałam się na pół. Oba przypadki przed swoim domem. Co za pech. Pozdrawiam cieplutko w ten zimowy, mroźny dzień:)
Kraków potrafi zaczarować, a w świątecznej odsłonie szczególnie. Dwa upadki przed własnym domem to nie pech. To materiał na piękną zimową legendę. Pozdrawiam ciepło, mimo mrozu:-)
UsuńJak każdy też zaliczyłam kilka takich spektakularnych upadków. Będąc w zaawansowanej ciąży szłam spokojnie chodnikiem we Wrocławiu i nie wiem co się stało moja torba i siatka zostały jakieś 20 m za mną na chodniku a ja leżałam na środku jezdni z poobdzieranymi kolanami , kostką i dłonią , którą próbowałam się obronić przed upadkiem na brzuch :) Kolejny raz wyłożyłam się w spacerując po Berlinie... tym razem winne były śliskie podeszwy moich kozaków. Jeszcze innym razem malowniczo runęłam w własnej łazience energicznie wchodząc na boso na mokrą posadzkę/ którą chwilę temu sama przetarłam/ . To był upadek po którym miałam poważny problem się pozbierać :) Tak więc nie jesteś sama :) Najważniejsze , że nie doznałaś poważnej kontuzji. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńWrocław, Berlin i własna łazienka to międzynarodowy repertuar upadków;-) Pozdrawiam serdecznie:-)
UsuńO tak ! Jak upadać to z rozmachem 😊
UsuńOwszem😉 Byle tylko nie poobijać się za bardzo😊
UsuńPamiętam, że kiedyś poślizgnęłam się na lodzie i upadłam. Było to bardzo bolesne.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że skutecznie zrzuciłaś ciężar z poprzedniego roku.
Szczęśliwego nowego roku!
Też mam taką nadzieję, bo było bardzo boleśnie. Oby ten rok był lżejszy dla nas obu:-)
UsuńPróbuję przywołać z pamięci jakiś upadek, ale niczego nie mogę sobie przypomnieć. Może nie było takich? Tylko na studiach, podczas ferii zimowych, bęcnęłam na lodowisku, a koleżanka jadąca obok przejechała mi łyżwą po dłoni, bo już nie dała rady wyhamować. Całe szczęście, że miałam grube rękawiczki. Dzięki temu nie straciłam palców, ale siną pręgę na dłoni nosiłam jeszcze przez wiele dni. A więc jednak upadłam. No i teraz jestem kobietą upadłą.
OdpowiedzUsuń„Kobieta upadła” z kompletem palców i poczuciem humoru to całkiem dobre zakończenie tej historii.
UsuńTytułem uzupełnienia, delikatnie przypominam Ci, że też jesteś kobietą upadłą :))
UsuńO, ja to się urodziłam pod jakąś upadłą gwiazdą:-) Jestem kobietą upadłą po wielokroć. Upadków przez potknięcie czy poślizgnięcie nie jestem w stanie zliczyć:-), a takich jak ten z notki pamiętam 3. Poprzedni zaliczyłam w lutym ub.roku i złamałam 3 żebra. W tej kategorii nie masz ze mną szans;-))))
UsuńKiedyś przytrafił mi się upadek. Pamiętam była zima, ale bez śniegu a tego dnia mocno ścisnął mróz. Co prawda nie było nikogo, ale był za to płot z siatki , dzięki któremu mogłam się się podnieść. Upadłam na biodro, więc troszkę potem czułam, że je mam. Wtedy nie odbierałam tego jak zrzucenie ciężaru życia.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że Tobie się to udało po tym upadku.
Pozdrawiam tym bardziej serdecznie.
Mróz bez śniegu bywa najbardziej podstępny. Czasem ciężary nie spadają od razu...
UsuńPozdrawiam serdecznie:-)
Och, najważniejsze, że nic Ci się nie stało.
OdpowiedzUsuńUpadłam kiedyś na środku chodnika, była jesień, ja w ciąży i pośliznęłam się na mokrych liściach. Nie było to miłe, w pobliżu nikogo, wkrótce potem poszłam na zwolnienie, bo bałam się podobnych upadków.
Dobrze, że po tym zdarzeniu dałaś sobie czas i sposób, żeby poczuć się bezpiecznie.
UsuńCzasami zatem warto upaść, szczególnie na początki roku…oby się sprawdziło i staroroczne problem pozostały w minionym roku, czego ci serdecznie życzę.
OdpowiedzUsuńMarek z E
Tak, czasem upadek to najlepszy punkt startu. Oby nowy rok przyniósł nam same dobre chwile!
UsuńW dzieciństwie często słyszało się słowo "niezdara", a przecież upadek może zdarzyć się każdemu. Ale stąd może poczucie złości, wstydu, czy bezradności. A łzy czasem czekają na odpowiednią chwilę, żeby w końcu uwolnić się i popłynąć, przynosząc czasem ulgę.
OdpowiedzUsuńKiedyś upadłam na lodzie, który był pod śniegiem i zbiłam sobie łokcie. Możliwe, że miałam coś pęknięte. Przez kilka dni z trudem podnosiłam ręce i miałam problem, żeby się np. uczesać.
Słowo „niezdara” potrafi boleć bardziej niż sam upadek. A przecież upadki nie są winą, tylko częścią życia...
UsuńOpowieść piękna i prawdziwa... aż do bólu - dziękuję.
OdpowiedzUsuńŻyczę żeby to był zwiastun mocnego stawania na nogach w tym roku.
Moje upadki - w swojej sportowej "karierze" miałem ich wiele - jeden opisałem wierszem ==> https://bloginglife2.blogspot.com/1975/05/poemat-o-zamanej-nodze.html
Zatem... niech każdy nasz krok w nowym roku będzie pewny i... sprężysty:-)
UsuńPiękny spacer zakończony niespodziewanie i boleśnie, ale skoro to było dawno już, to jak widać zrzucenie ciężaru podziałało; będąc kilka razy w Krakowie, lubiłam zachodzić do kawiarni na Małym Rynku, mniej tłumów niż na Rynku Głównym
OdpowiedzUsuńBól był spory, ale dziękuję za Twoje ciepłe słowa i wsparcie.
Usuńo tak, upadki to też moja specjalność, poślizgi inne takie. nie przejmuj się i nie ma powodu do wstydu...wstydziłam sie gdy byłam mała. fujara. lebiega...a teraz no cusz, trzeba patrzeć na dobre wróżby :-) ściskam
OdpowiedzUsuńDobrze wiedzieć, że nie jestem w tym sama. Dzięki za wsparcie i uśmiech:-)
UsuńŁadna wycieczka, a zdarzenia współczuję. :( Wyobrażam sobie co czułaś, ale dobrze, że był przy Tobie mąż. :) Moje kotki to też pocieszki, które przyjdą jak mi smutno. Trzymaj się, będzie dobrze.
OdpowiedzUsuńTak, upadek był nieprzyjemny, ale całe szczęście, że nie wybiłam sobie zębów;-) A Puszek i mąż naprawdę pomogli mi to przetrwać:-) Cieszę się, że i Twoje kotki dają Ci pocieszenie w trudnych chwilach.
UsuńPrzykry incydent, mogący zepsuć całą wycieczkę. Na szczęście jest Puszek!
OdpowiedzUsuńPuszek jest lekiem na wszystko:-)
UsuńOj, współczuję, taki upadek zawsze jest niebezpieczny... Ale wstydzić się zupełnie nie ma czego. Ja dwa razy zaliczyłam bliskie spotkanie z asfaltem, raz 30 lat temu na oblodzonym chodniku, drugi raz ubiegłej zimy, kiedy pies na smyczy nagle mi się wyrwał za innym psem. No zdarza się. Ale dawniej zdarzały mi się omdlenia w róznych sytuacjach, jak najbardziej publicznych. Może przywykłam, bo pierwszy raz był w dzieciństwie, ale nigdy by mi nie przyszło do głowy, żeby się wstydzić. Po takich zdarzeniach miałam raczej takie refleksje, że nie jestem jakąś siłaczką i że jest we mnie cząstka słabej kobiety, czy też małej dziewczynki, która nie może być zawsze odpowiedzialna za wszystkich wokół, czasem sama potrzebuje wsparcia i pomocy. I dobrze mi z tą swiadomością, chociaż oczywiście samo takie zdrarzenie mnie martwiło, bo mogło mieć i przyczyny i skutki groźne dla zdrowia.
OdpowiedzUsuńMiło mi, że podzieliłaś się swoimi doświadczeniami. Pewnie, że upadki i potknięcia zdarzają się każdemu, a wtedy trzeba sobie pozwolić na słabość i przyjąć trochę wsparcia. Nie ma się czego wstydzić. Upadki uczą pokory, ale też czułości wobec siebie:-)
Usuńpierwsze treningi judo, ju-jitsu i aikido polegają na nauce upadania, a ja uważam, że takie ćwiczenia powinny być wręcz podstawą każdego sportu i wuefu w szkole...
OdpowiedzUsuńjeden z naszych Puszków miał tendencję do spadania z półki na szafce, na której ucinał sobie, a to bynajmniej nie są upadki na cztery łapy, więc musiałem założyć drążek rozporowy jako poręcz... on też lubi zrolować we śnie z krzesła lub pufa, ale tu już ma bardziej przyjazne miejsca do lądowania...
p.jzns :)
"/na której ucinał sobie drzemki...
UsuńZ pewnością umiejętność upadania przydaje się w życiu, ale ja nie umiem upadać. Nie trenowałam sportów walki, a w szkole-jak napisałeś- tego nie uczą. Ale... nie wiem, czy w tamtej chwili ta umiejętność w ogóle by mi się przydała bo to było tak, jakby odcięło mi zasilanie. Bach... I leżałam jak długa:-)
UsuńAle dla własnego dobra i my i Puszki uczymy się jak upaść i wstać możliwie najmniej potłuczeni;-)
Wiele lat temu upadłam, a raczej poślizgnęłam na jednej z głównych ulic stolicy. To było przed ósmą rano, szłam do pracy. Przewróciłam się na plecy i uderzyłam głową o pokryty lodem bruk. Ból był niesamowity. Leżałam dość długo czując okropny ból głowy i całego kręgosłupa. Pamiętam siebie krzyczącą aby mnie nikt nie podnosił bo chyba się zaraz rozlecę na kawałki. I dookoła mnie ludzie, którzy usiłowali mi pomóc.
OdpowiedzUsuńBardzo to było nieprzyjemne.
Wstałam i obolała poszłam do pracy!!! Na szczęście ból powoli mijał ale wstrząs mózgu /mam nadzieję że lekki/ z pewnością zaliczyłam.
Puszku - powiedz swojej Pani że to dobry znak.
Stokrotko, to co opisałaś przeraziło mnie. Dobrze, że skończyło się bez poważniejszych konsekwencji.
UsuńPuszek mruczy, że dobrym znakiem nie jest brak upadków, lecz to, że wciąż tu jesteśmy. Może poobijani ale cali.
To prawda, że czasem po takim zdarzeniu człowiek wypłakuje z siebie wszystkie bóle i troski — te obecne i te dawniejsze. To czasem dobrze robi, zwłaszcza jeśli ktoś jest bardzo dzielny na co dzień. Chociaż większość postronnych ludzi na taki widok wykazuje się empatią, to i tak niemal każdy komu się to przydarzy, czuje się oceniany i jest mu z tym kiepsko. Mam nadzieję, że Twoje bóle fizyczne i psychiczne szybko miną i zapomnisz to tym zdarzeniu. Szkoda jednak, że tak piękny spacer zakończył się przykrą niespodzianką, ale masz rację - trzeba wstać, pozbierać w sobie i iść dalej.
OdpowiedzUsuńJa pod koniec marca ubiegłego roku udałam się wraz z córką na zakupy do Castoramy, którą niedawno otwarto. Byłam tam pierwszy raz, zagapiłam się, bo patrzyłam na okolicę zamiast po nogi, zawadziłam o parkingowy ogranicznik i padłam jak długa. Skutki były opłakane, chociaż niczego sobie nie złamałam to przez miesiąc nie mogłam się ubrać bez pomocy. Mimo iż od tego czasu minął niemal rok, nadal odczuwam bóle stawów barkowych i nadgarstków, bo cierpię na chorobę zwyrodnieniową, która u mnie zaostrza się pod wpływem stresu. Jednak najgorsze było to, że poczułam się starą niedołęgą i obwiniałam o wszystkie możliwe niesprawności fizyczne i umysłowe. Prawda była taka, że w ciągu roku wszczepiono mi dwie endoprotezy bioder a od drugiej operacji minęło dopiero kilka miesięcy, więc jeszcze nie odzyskałam 100% sprawności i koordynacji. Na szczęście poszłam po rozum do głowy, jak przeszły mi najgorsze bóle, wzięłam kijki i poszłam na stadion trenować nordic walking. Jak się okazało, było bardzo dobrym pomysłem (czyli nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło).
Ty też przeszłaś ciężkie chwile, poza tym organizm po takich przejściach potrzebuje sporo czasu na regenerację, a ten proces nadal trwa, chociaż może się wydawać, że objawy ustąpiły. Pozdrawiam serdecznie, trzymaj się — moja Marta, która przewraca się średnio raz do roku, zawsze powtarza — nieważne że się upadło, ważne że się wstało!
Bardzo poruszyła mnie Twoja historia i to, jak szczerze piszesz o swoich doświadczeniach. Masz rację, po takich zdarzeniach ciało i głowa potrzebują czasu, żeby dojść do siebie nawet jeśli na zewnątrz wszystko wygląda niby normalnie. Ja też przewracam się średnio raz do roku:-) Poprzednio, w lutym ub. roku, skończyło się trzema pękniętymi żebrami po lewej stronie. Dlatego tym bardziej wiem, jak ważna jest cierpliwość wobec siebie. Dziękuję za mądre słowa na koniec. Przybijam piątkę Marcie i pozdrawiam Was serdecznie!
UsuńŚwietnie podsumowanie! Tak trzymaj! I dziękuję Ci za tych kilka pięknych zdjęć z mojego ulubionego miasta. W okresie świątecznym jeszcze w Krakowie nie byłam, a wygląda zachęcająco. Cieszę się, że mieszkasz w tak pięknym miejscu i masz je na wyciągnięcie ręki.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam cieplutko w te zimne dni:)))
Dziękuję Ci bardzo i cieszę się, że zdjęcia z Krakowa sprawiły Ci przyjemność. Pozdrawiam Cię gorąco, mimo mrozu za oknem:-)
UsuńNo właśnie z upadki zdarzają się każdemu. A jeśli jeszcze to dobra wróżba na nowy rok... Swoją drogą ciekawe :)
OdpowiedzUsuńPiękne zdjęcia, uwielbiam Kraków, a teraz już w ogóle musi być magiczny. Szkoda, że mam tak daleko :(
Pozdrawiam serdecznie :)
Chyba coś w tym jest z tą dobrą wróżbą;-) Oby się sprawdziła:-)
UsuńKraków bywa magiczny, zwłaszcza o tej porze. Może jeszcze kiedyś Ci się uda. Miasto potrafi cierpliwie czekać. Pozdrawiam serdecznie:-)
Tradycyjnie, raz w roku wywalam się! Przeważnie zimą na śliskim chodniku;)
OdpowiedzUsuńA w tym roku było zaciszniej, bo na klatce schodowej... Tiger podciął mi nogę i zjechałam kilka ostrych stopni na dupsku! Siniak jak jabłko!
Jeśli obrócić, to w dobrą wróżbę, to mogę co roku się przewracać😁
Dziękuję za wycieczkę po Krakowie!
I mam nadzieję, że upadek nie poczynił trwałych szkód na ciele...
Pozdrawiam noworocznie! 😊
Uśmiałam się, chociaż siniak jak jabłko to już poważna sprawa;-) Dziękuję za miłe słowa. Szczęśliwie obyło się bez trwałych szkód:-) Pozdrawiam Cię serdecznie!
UsuńJak tam pięknie i uroczo. Aż mi się przypomniały czasy, kiedy studiowałam w Krakowie i niejednokrotnie w drodze na uczelnię przechodziłam przez te jarmarki. Smutna historia z tym upadkiem. Mam nadzieję, że wszystko już w porządku. A Puszek jako "pocieszacz" spisał się na medal. Pozdrawiam serdecznie
OdpowiedzUsuńKraków potrafi obudzić wspomnienia, zwłaszcza w świątecznej dekoracji:-) Upadek dał o sobie znać, ale jest już dużo lepiej. Puszek rzeczywiście spisał się na medal. Pozdrawiam cieplutko:-)
UsuńDość dawno nie byłam w Krk WiS :) To piękne miasto o każdej porze, a w okresie BN cudowne! Współczuję upadku, we wrześniu przeżyłam podobny w Katowicach [jakaś kobieta mnie staranowała], leczyłam bóle i siniak na biodrze chyba ze 3 miesiące. Najgorsze, że wszystko odbywało się na oczach moich uczniów :( Buziam Kochana!
OdpowiedzUsuńWspółczuję WiS💙 To wyjątkowo przykre, kiedy cos takiegi dzieje się na oczach tych, dla których chce się być autorytetem. Ale cieszę się, że mimo bólu można potem o tym opowiadać. Dobrze wiedzieć, że nie jestem w tym sama:-) Przytulam WiS:*:*
UsuńBeautiful photos! Thank you so much for sharing this lovely tour.
OdpowiedzUsuńThank you! My pleasure.
UsuńMimo bólu i zaskoczenia ten upadek Cię umocnił. Mam nadzieję, że cały rok będzie dla Ciebie dobry. Kilka lat temu potknęłam się na chodniku podczas procesji Bożego Ciała, rozbiłam kolana, wszyscy mnie znali bo byłam jeszcze czynnym dyrektorem, ale potraktowałam to jako pewną lekcję pokory...człowiek często upada w różnej formie, ale najważniejsze aby się podnosić.
OdpowiedzUsuńKażdy upadek czegoś uczy. Może uważności i czułości wobec siebie? Reszta przychodzi potem. Najważniejsze, że potrafimy wstać i iść dalej.
UsuńMam koleżankę która zaliczyła już setki upadków w różnych okolicznościach i nigdy nic nie uszkodziła. Żartujemy z niej, że ma super Anioła Stróża, choć on pewnie jest wykończony.
UsuńHaha! O tak, jej Anioł Stróż musi być prawdziwym twardzielem, żeby wytrzymać tyle upadków;-)
UsuńOch, jak dobrze, że ludzie Ci pomogli.
OdpowiedzUsuńJa cały czas wspominam upadek mojej mamy, kiedy rozbiła sobie głowę o krawężnik. Mimo że ludzie siedzieli nieopodal, na przystanku, pomógł jej tylko jakiś pijaczek. Zadzwonił po taksówkę, która zawiozła mamę na SOR.
Usłyszała mama rozmowę ludzin na przystanku. "Pani w ciąży się przewróciła". Mama ma otyłość brzuszną i wygląda jakby była w ciąży. Ale co za ludzie... Myśleli, że cieżarna kobieta się przewróciła i nie zdecydowali się pomóc...
To bardzo smutna historia… Dobrze, że znalazł się ktoś, kto pomógł Twojej mamie. Czasem los wysyła wsparcie z najmniej nieoczekiwanej strony.
UsuńPewnie bym się przede wszystkim wystraszył wyłączenia mózgu i na wróżby noworoczne już bym ochoty nie miał. Zdrowia Ci życzę i dobrego, ciekawego roku.
OdpowiedzUsuńMózg zrobił sobie krótką przerwę, a ja razem z nim;-), ale już jesteśmy z powrotem:-) Dziękuję za życzenia i również życzę Ci dobrego roku.
UsuńNaprawdę piękne zdjęcia, a Kraków uwielbiam!!!!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo:-)
UsuńOj kochana, jaka tam zła wróżba!
OdpowiedzUsuńCieszę się, że nic Ci się nie stało i że mąż był obok...
Dalej tak pięknie razem wedrujcie i zwiedzajcie nie tylko Kraków ...
Bardzo Ci dziękuję:-) Po Krakowie wędrujemy często, bo tu mieszkamy:-)
UsuńOoooj pamiętam mój upadek w Zakopanem w 2018. Byłam wtedy w 6 miesiącu ciąży. Na szczęście nie poleciałam na brzuch i nie uszkodziłam dziecka. Nie zauważyłam lodu pod stopniałym śniegiem ( oni nigdy nie zgarniają tego lodu 😡, już nie raz upadłam). Skończyło się na wstrząsie mózgu, ale się nieźle wystraszyłam. Już miałam praktycznie koniec ferii. Do końca wyjazdu leżałam bo jeszcze mi się kręciło w głowie. Okropne wspomnienie. Przykro mi ten upadek zepsuł Ci pobyt w Krakowie, moim mieście. Dobrze, że ludzie chcieli pomóc. Często są to gapie, których stać żeby kręcić głupie filmiki. Niedobrze, że tak nagle straciłaś przytomność. Martwię się.
OdpowiedzUsuńNie wyobrażam sobie przewrócić się będąc w ciąży. Skóra mi cierpnie na samą myśl. Dobrze, że nic Wam się poważnego stało.
UsuńTakie upadki zdarzają mi się średnio raz w roku. I zawsze w Krakowie, bo tu mieszkam więc nie mogę się obrazić na to miasto;-) Musiałabym się przeprowadzić tylko gdzie... Pozdrawiam serdecznie.
Mam nadzieję że już wszystko dobrze u Ciebie Kochana. Ostatnio znów się wywaliłam i cudem nogi nie złamałam. Oby już nie było gołoledzi.
UsuńO rety! Szczęście w nieszczęściu. Tak, ostatnio było strasznie ślisko.
UsuńDziękuję. Po upadku już wszystko ok.
Kilka razy zdarzyło mi się "klapnąć" na ziemię. Najgorzej było wówczas, gdy MS leżał połamany, a ja do apteki po leki dla niego podjechałam autobusem. Wysiadłam i naprawdę nie wiem jak to się stało, że padłam. Gdybym torebki nie miała z przodu, to twarzą przejechałabym po betonie :)
OdpowiedzUsuńZ pewnością stare problemy zostawiłaś za sobą. Teraz będzie tylko dobrze :) Przytulam :)
Każdy upadek to nic przyjemnego. Dobrze, gdy skończy się na strachu i lekkim bólu. Gorzej, gdy skutki są poważniejsze... Miałyśmy szczęście, że skończyło się tylko tak.
UsuńI ja mam taką nadzieję:-) Ściskam mocno🫶
❤️❤️❤️
Usuń❤️😘❤️
Usuń
OdpowiedzUsuńDawno nie byłam w Krakowie. Tak dawno, że to chyba już nieprawda... Ale zatęskniłam.
A upadki? Ileż to ich już zaliczyłam... Niestety ból po tym długo dokuczał.
Trzymaj się ciepło i uważaj na swoich codziennych ścieżkach
Może czas pomyśleć o odwiedzinach? Zaplanować coś;-)
UsuńUpadki to nic przyjemnego. Kolano boli mnie do dziś... Ja uważam, tylko procesor czasem nawala.
Pozdrawiam cieplutko.