sobota, 30 maja 2026

22/2026. Opowieść o dniach na działce

 

   W minionym tygodniu maj urządzał pokaz swoich możliwości. Nie grzał, lecz prażył udowadniając, że lato stoi tuż za progiem i tylko czeka na oficjalne zaproszenie, żeby rozgościć się na dobre.

   Uciekaliśmy więc na działkę schować się w zieleni przed hałasem, pośpiechem i światem, który zbyt nachalnie domagał się uwagi. By odetchnąć ciszą i przypomnieć sobie, że życie potrafi smakować jak truskawki i uderzać do głowy jak słodka mimoza. Wokół było kolorowo i zielono. Kwiaty kwitły z entuzjazmem, ptaki koncertowały z wirtuozerią, słońce wisiało wysoko nad drzewami, a w powietrzu unosił się zapach nagrzanej trawy i spokoju.

   Pierwszego dnia rozstawiłam wśród krzewów poidełka z wodą dla ptaków. Wieść o darmowym all inclusive szybko rozniosła się po okolicy. Przylatywały nie tylko ptaki, ale także pszczoły, trzmiele i motyle, a ogródek tętnił życiem jeszcze bardziej.

   Leżeliśmy w hamaku. Muzyka płynęła w tle i splatała się z szumem drzew i śpiewem ptaków. A my przytuleni, bujając się powoli zachwycaliśmy się naszym małym rajem. Kieliszki z drinkiem chłodziły dłonie, a truskawki smakowały południem Europy

   Gdy upał zbyt mocno dawał nam się we znaki, przenosiliśmy się na zadaszony taras działkowego domku. Tam czas płynął jeszcze wolniej. Siedzieliśmy w cieniu, sącząc musującą i zimną mimozę, śmialiśmy się i jedliśmy lody, topiące się szybciej niż nasze postanowienia o ostrożnym opalaniu. 

   Mąż co jakiś czas odstawiał kieliszek i powtarzał hiszpańskie słówka. A ja czytałam książkę o Stambule- mieście, które od wieków stoi pomiędzy dwoma światami. O uliczkach pachnących kawą i przyprawami, o promach sunących po Bosforze... Co chwilę przerywałam lekturę, mówiąc: musimy tam pójść, wydłużając nasz plan podróży o kolejne piętnaście punktów. 

   A potem wracaliśmy na słońce łapać mahoń, słuchać ptaków i snuć plany, niczym mapy otwierane między deserem, a mimozą. O domu wśród zieleni pełnym kociego mruczenia. O tarasie zatopionym w kwiatach. O porankach mających aromat espresso, lata i świeżo skoszonej trawy. O podróżach... 

   I tak pomiędzy truskawkami, a lodami rzutem na taśmę zarezerwowaliśmy półtoramiesięczny pobyt w Barcelonie na przyszły rok. Nagle ten gorący majowy dzień stał się jeszcze bardziej słoneczny, bo kawałek katalońskiego lata usiadł obok nas.

   Sama zaś dopięłam nasz lipcowy, pięciodniowy, siostrzany trip po Czechach, kupując bilety na pociąg powrotny do Krakowa. A świat przytakiwał nam szelestem liści.

   Za nami takie... proste i zarazem bezcenne dni. Ze śmiechem, spojrzeniami mówiącymi więcej niż słowa i ciszą, która nie krępuje. Hamak, majowe niebo, ktoś bliski obok i złote światło na skórze wystarczyły, by szczęście wypełniało nas jak ciepło słońca, które grzeje jeszcze długo po zachodzie. 


Słońce, hamak i ucieczka przed pośpiechem?

Amatorzy. Ja tak żyję cały czas.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*ilustracje AI;

środa, 27 maja 2026

8. Bajka o Mirabelce i poranku w kuchni

 

  Poranek w kuchni Mirabelki nigdy nie był zwyczajny. Ale dzisiejszy był nieprzyzwoicie wyjątkowy.

  Promień słońca wpadający przez okno  lizał blat, na którym nie tak dawno działy się rzeczy, które zostawiły po sobie ślady na kafelkach, na skórze i gdzieś głęboko pod mostkiem. Ale Mirabelka nie miała teraz czasu na ścieranie wspomnień. Bo On został.

   Leon, który przyniósł miód, a potem dotykał jej z szacunkiem i drapieżnością jednocześnie jeszcze spał. A może tylko udawał? Mirabelka, z rozwichrzonym włosem i w jednej skarpetce, wzięła do ręki patelnię.

  -Cóż... Skoro został, niech dostanie coś więcej niż tylko mnie- mruknęła do siebie, sięgając po jajka. Do miski wpadło jedno, drugie, trzecie gdy... Za jej plecami rozległo się głośne ziewnięcie.



  -Jakie lubisz?- zapytała półgłosem.

  -Jajka czy kobiety? Spojrzała przez ramię. Opierał się o framugę, a jego spojrzenie mówiło 'wiem, co zrobiłem. i zrobiłbym to znowu'.

  -Pachniesz kawą- zauważyła.

  -Ty też. I czymś jeszcze.

  -Pożądaniem?

  -Wczorajszym grzechem. Zaśmiała się, a on podszedł i ujął jej biodro tak lekko, że poczuła to całą sobą. Wpatrywała się w patelnię, ale mówiła do niego.

  -Jeśli dotkniesz mnie jeszcze raz, jajka się przypalą.

  -Trudno. Coś musi się przypalić, kiedy jest naprawdę dobrze.

  A potem było śniadanie bez sztućców. Grzanka z jego ust. Kawa wypita z jednego kubka... I Mirabelka, która pozwoliła sobie nie sprzątać kuchni.


Śniadania najlepiej smakują tam, 

gdzie chcą.

/Puszek 🐾/


Puszkiem zapisane, pikantnie podane...

*ilustracja AI;

piątek, 22 maja 2026

21/2026. Opowieść praska z Letnej

 

   Praga. Miejsce, które nie oddziela natury od historii grubą kreską. Tam wszystko się przenika. Drzewa rosną obok murów pamiętających cesarzy, a ludzie spacerują po miejscach, które mogłyby być scenografią do niejednej legendy. To miasto, które bardziej się czuje, niż zwiedza.

   Letenskie Sady zajmują wzgórze Letna wysoko nad Wełtawą. Oferują jedne z najpiękniejszych widoków na stolicę Czech, rzekę i mosty. To przestrzeń z duszą, która łączy spokój, historię i artystyczną swobodę.

   Ruszyliśmy przed siebie ścieżkami wśród kwitnących drzew i barwnych rabat.



   Mijaliśmy ludzi odpoczywających na ławkach, murkach, trawie, a także pomykających na rowerach i rolkach.

   Zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym przy Letenskim Zameczku

Spojrzeliśmy na Pragę z góry. Mosty przecinały Wełtawę jak kreski starego rysownika, a czerwone dachy rozciągały się po horyzont. 



Przystawaliśmy często, żeby zrobić zdjęcie lub po prostu popatrzeć. Szliśmy wzdłuż krawędzi wzgórza od strony rzeki.

   Gdzieś z boku, po prawej stronie zostawiliśmy praski metronom, stojący na ogromnym cokole po dawnym, gigantycznym pomniku Stalina. Dziś symbolicznie odmierza czas przypominając, że każda epoka i każdy reżim przemija i nastaje nowa era. W oddali widzieliśmy jego potężne ramię, poruszające się nad miastem jak wahadło czasu. Nie żałuję jednak, że nie zobaczyliśmy go z bliska, bo takie obiekty wywołują we mnie irracjonalny niepokój.

   Za to Hanawski Pawilon błyszczał między drzewami jak secesyjny klejnot. 

   W dole Praga otwierała się warstwami. Mosty, czerwone dachy, wieże i Wełtawa... A wokół wprost nieprawdopodobna cisza, jak na miasto pełne turystów. Tylko ptaki urządzały koncert w koronach drzew.





   

   Romantyczne alejki prowadziły nas dalej. Ku Ogrodom Królewskim



   Między drzewami pojawiał się i znikał widok niczym dekoracja do baśni, którą ktoś zostawił setki lat temu. Zamek Praski i Katedra św. Wita prezentowały się wspaniale w kwietniowym świetle.




   Usiedliśmy na ławce w Ogrodach Królewskich. Byliśmy pełni wrażeń i trochę zmęczeni. Ale to było dobre zmęczenie. Takie, które pojawia się po długim spacerze i pięknych widokach. 


   W tę kwietniową środę Praga zrobiła to, co umie najlepiej. Sprawiła, że zwykły dzień zamienił się we wspomnienie, do którego będziemy wracać latami.


Potężne ramię metronomu brzmi groźnie,

ale i tak nie umywa się do ryku odkurzacza.

/Puszek🐾 /




                                                                                          

                                                             

Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

*film własny;

poniedziałek, 18 maja 2026

20/2026. Opowieść o spotkaniu ze Smokiem Kazimierzem

 

   Zdarzyło się to w 'zimną Zośkę', która okazała się nie tak zimna, jak obiecują ludowe przesądy. Uzbrojona w wiedzę i rady od Estery wyruszyłam do najbliższej galerii zdecydowana dodać barw mojej szafie pogrążonej w czerniach z lekka tylko rozbielonej i przyprószonej dżinsem.

   Zamierzałam kupić bluzkę lub spodnie w intensywnym, a nawet niebezpiecznym kolorze. Marzyła mi się fuksja, szafir, turkus... Jednak mnogość fasonów i barw tak mnie przytłoczyła, że w miejsce potrzeby odważnej metamorfozy pojawił się estetyczny paraliż. I obawiając się, że kupię coś, co okaże się całkowitym niewypałem, nie kupiłam nic.

   Wyszłam z galerii z pustymi rękami, bo nie kupiłam też świecy pachnącej jak las po deszczu ani książki, którą przez dłuższą chwilę trzymałam w dłoniach.

   Zobaczyłam go biegnącego przez plac z dwiema torbami w łapach. Wyglądał na tak szczęśliwego, jakby właśnie wygrał mega promocję z darmową dostawą do domu. Jego łuski mieniły się w popołudniowym słońcu, oczy błyszczały podekscytowaniem, a ogon drżał z emocji, których nie próbował ukrywać. 

   Tak oto poznałam Smoka Kazimierza- najgroźniejszego zakupoholika po tej stronie Wisły, który wchodził do sklepu po skarpety i baterie, a wychodził z połową wiosny w papierowych torbach.

   W jednej miał świecę o zapachu konwalii, książkę o smakach Portugalii, dwa słoiki figowej konfitury, notes, którego nie potrzebował i stare winyle kupione w małym sklepie na Kazimierzu. Takie, które trzeszczą przed pierwszą piosenką jak drewno w kominku.

   W drugiej niósł koc w kolorze granatu idealny na listopadowe wieczory i 'Mgłę nad Wisłą' z tego sklepiku pachnącego cynamonem i suszonymi pomarańczami, która w rzeczywistości nie była herbatą, lecz nastrojem na deszczowy wieczór. Pewnie w domu miał cały zapas takich 'nastrojów': na mgłę, na na pierwszy śnieg, na smutny wtorek, na czytanie książek, na patrzenie przez okno... Podejrzewam, że Kazimierz miał słabość do sklepów z rzeczami kompletnie zbędnymi, ale absolutnie czarującymi, z których wychodzi się bogatszym o kolejną duperelę i uboższym w zdrowy rozsądek. 

   Pobiegł dalej ziejąc szczęściem, zostawiając za sobą szelest papierowych toreb i zapach 'Mgły nad Wisłą'.

   Wieczorem, siedząc na dachu starej kamienicy z kubkiem gorącej herbaty pewnie patrzył na światła odbijające się w Wiśle, jak rozsypane monety i słuchał miasta. Stukotu tramwajów, śmiechu studentów, muzyki płynącej z otwartych okien...

   A gdy nastała błękitna godzina obserwował jak Kraków znowu budzi się do życia i przeciąga w słońcu niczym stary kot.



A ja kupię sobie karton.

To będzie inwestycja w klimat życia.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

czwartek, 14 maja 2026

19/2026. Opowieść o spełnionym marzeniu

 

   Dawno temu, gdy świat nie znał jeszcze internetu i AI, a podróże nie były tak proste jak dzisiaj, w jakimś magazynie podróżniczym- najprawdopodobniej w prenumerowanym przez Tatę 'Poznaj świat'- zobaczyłam zdjęcie osobliwej skały na tle majestatycznej góry. Z tekstu dowiedziałam się, że skała to Roque Cinchado, czyli Palec Boga, góra to wulkan Teide, a zdjęcie zrobiono na Teneryfie. Nie miałam wtedy pojęcia, gdzie jest Teneryfa, ale ten obraz zaczarował mnie, został pod powiekami i zawładnął myślami. Złożyłam sobie więc obietnicę, że kiedyś stanę w tamtym miejscu i zrobię takie samo zdjęcie.

   Tamtego kwietniowego poranka wyruszyliśmy z Los Cristianos we czwórkę. Powietrze było rześkie, a słońce powoli wschodziło nad oceanem, malując niebo odcieniami pomarańczy i różu.

   Z czasem droga zaczęła piąć się coraz wyżej, a my śmialiśmy się, rozmawialiśmy i podziwialiśmy niesamowite krajobrazy, które zmieniały się za szybą. Powietrze stawało się chłodniejsze i krystaliczne.

   W Vilaflor, malowniczym i najwyżej położonym miasteczku na wyspie zrobiliśmy sobie krótki postój. W małej kafejce z widokiem na sosnowe lasy zamówiliśmy barraquito, czyli espresso z mlekiem skondensowanym, likierem 43 i spienionym mleczkiem posypane cynamonem i doprawione odrobiną cytrynowej skórki. 

Idealnie rozgrzało nas przed dalszą drogą.

   Im wyżej wjeżdżaliśmy, tym surowszy stawał się świat wokół nas. Sosnowe lasy ustępowały miejsca polom lawy, porośniętym kępkami skąpej roślinności i usianym bombami wulkanicznymi o fantazyjnych kształtach.

   W miejscu, w którym otwierał się epicki widok na zabójczy duet, czyli Pico Viejo i Teide, przystanęliśmy na sesję fotograficzną, w której jedyną modelką była natura.

Potem minęliśmy 'Pantofelek Królowej'

i pomknęliśmy dalej. 

   W miarę jak zbliżaliśmy się do Roques de Garcia, serce biło mi coraz mocniej, bo oto 'już za chwileczkę, już za momencik..!'.

   Zobaczyłam go od razu. Palec Boga wyróżniał się wśród formacji skalnych Roques de Garcia.

Smukły, skierowany w niebo wskazywał drogę marzeniom na tle potężnego Teide.

   To, co lata temu zobaczyłam na zdjęciu w gazecie, stało się rzeczywistością. Stojąc tam, wzruszona i pełna emocji sięgnęłam po aparat i zrobiłam to zdjęcie.

Świadectwo spełnionego marzenia.

   Wszystkie lata czekania i marzeń, śmiech moich towarzyszy, zapach wulkanicznego powietrza, smak barraquito w Vilaflor, wiatr muskający twarz... Wszystko wlało się w tę jedną chwilę. 

   Legenda mówi, że jeśli spojrzysz na Palec Boga z czystym sercem, poczujesz w sobie energię wyspy. Ja poczułam wtedy, że warto uparcie iść za marzeniami, a miejsca znaczą więcej, gdy można cieszyć się nimi z bliskimi.


Czasem wystarczy spojrzeć w gwiazdy i uwierzyć,

że wszystko jest możliwe.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

poniedziałek, 11 maja 2026

7. Z Puszkiem o książce: Helen Brown, 'Kleo i ja'

 

   Tę książkę można czytać przez łzy. Nie będą to jednak łzy rozpaczy, lecz raczej ulgi, niczym deszcz po długiej suszy.

   'Kleo i ja' autorstwa Helen Brown to opowieść o tym, jak życie potrafi roztrzaskać się w ułamku sekundy i jak mozolnie, kawałek po kawałku, składa się je na nowo.

   Kiedy dom Helen pogrąża się w smutku po stracie, która zmienia wszystko, pojawia się Kleo. Mała, czarna kotka, która nie ma w sobie cienia współczucia i nie zna pojęcia żałoby. Ma za to pazurki i ząbki jak szpileczki, niespożytą energię i przekonanie, że świat kręci się wokół jej miski. Jej pojawienie się staje się wybawieniem. Bo jak tu płakać, gdy mała bestia właśnie wspina się po firance? Jak zasnąć, gdy natarczywym miauczeniem domaga się czwartej kolacji? 

   Kleo nie pocieszała w sposób, jakiego można by się spodziewać. Ona po prostu przyniosła radość w pyszczku i położyła na środku salonu w domu, który zapomniał, jak się uśmiechać.

   To nie jest tylko opowieść o kocie. To studium powolnego zdrowienia. To lekcja od zwierzaka, że jedyne co naprawdę mamy, to ta konkretna chwila. Plama słońca na dywanie, ciepłe futerko pod dłonią, cichy oddech obok...

   Helen Brown pisze szczerze, czasem boleśnie, ale przede wszystkim prawdziwie. Pokazuje, że smutek i śmiech mogą mieszkać pod jednym dachem, a mały kot potrafi przeprowadzić przez najciemniejszą noc. Życie w trudnych momentach często podsuwa nam jakąś Kleo, która nie pozwala nam zatonąć. Czasem jest to mokry nosek, czasem mruknięcie, a czasem po prostu powód, żeby rano wstać i wsypać karmę do miski.

   To lektura, która przypomina, że popękane serce wciąż potrafi kochać.


Każdy potrzebuje swojej Kleo.

Ja jestem waszą.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;