poniedziałek, 30 marca 2026

13/2026. Opowieść o Smoku z literą K

 

   Zachęceni piękną pogodą wybraliśmy się na spacer. Tak naprawdę to namówił mnie Mąż, kusząc perspektywą czającej się tuż za rogiem przygody...

   Wczesnowiosenne, rozleniwione słońce ułożyło się na dachach jak kot i nie zamierzało zejść, a my obserwowaliśmy jak miasto budzi się po zimie. Wciąż leżąca na chodnikach warstewka piachu chrzęściła pod butami, a przy krawężnikach zebrały się pozimowe śmieci, z których podmuchy wiatru uwalniały tumany kurzu. W powietrzu jednak wyraźnie czuliśmy zapowiedź cieplejszych dni i lekkości, którą przynosi wiosna.

   Na skrzyżowaniu ulicy Krakowskiej z Rybaki spotkaliśmy smoka, trzymającego tarczę z literą 'K'. Ale to nie było takie zwyczajne 'K'. To 'K' jak świadectwo królewskiej woli, która przetrwała 500 lat. To 'K' jak herb miasta, założonego przez króla Kazimierza Wielkiego. Był to Smok z literą K. Pomyślałam, że gdyby potrafił mówić jego słowa mogłyby brzmieć tak: 'pilnuję tej litery od wieków, ale tak naprawdę strzegę pamięci o mieście, które król nazwał swoim imieniem'. Zrobiłam więc zdjęcie temu strażnikowi historii i ruszyliśmy dalej.

   Słońce świeciło, Wisła płynęła spokojnie, a my krok za krokiem zbieraliśmy historie.

   Po spotkaniu ze smokiem pozwoliliśmy sobie na gorącą czekoladę i lody o smaku cointreau. Lody były gładkie i kremowe, a ich elegancki smak zostawał chwilę na języku. Czekolada natomiast aksamitna, gęsta i prawdziwa. Najpiękniejszy był ten kontrast... Najpierw łyżeczka zimnych lodów z pomarańczową nutą, a potem łyk gorącej, ciężkiej czekolady. Trochę wiosny, trochę resztek zimy.

   Wróciliśmy do domu, którego Puszek pilnował z taką samą powagą, z jaką smok swojej litery 'K'. Najpierw nas obwąchał, sprawdzając gdzie byliśmy jak nas nie było i czy przypadkiem nie głaskaliśmy jakiegoś obcego kota, a potem ucieszył się, że wreszcie jesteśmy, co oznajmił jego biały ogon uniesiony jak sztandar.

   Licznik kroków pokazał 12000. Wygląda na to, że trzeba się nieźle nachodzić, żeby spotkać smoka na krakowskim Kazimierzu.


Strażnicy są różni. Jedni stoją z tarczą nad Wisłą,

a inni mruczą na kanapie i pilnują domu.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

środa, 25 marca 2026

12. Z Puszkiem o podróżach: Benidorm/Costa Blanca Płn/Hiszpania

 

   Benidorm. Manhattan Morza Śródziemnego. Miasto wieżowców wyrastających z piasku, w którym morze wydaje się tylko dodatkiem do architektonicznego eksperymentu.

   Byliśmy tam razem. Spacerowaliśmy brzegiem morza i zadzieraliśmy głowy w górę, sprawdzając gdzie kończy się ludzka ambicja, a zaczyna niebo. Tu nie ma subtelności. Tu jest architektoniczne więcej, wyżej, odważniej. 

   To tu wznosi się Gran Hotel Bali, będący najwyższym hotelem w Europie oraz Intempo, zwany 'złotym gigantem', który na razie jest najwyższym budynkiem mieszkalnym w Hiszpanii, ale już wkrótce przerośnie go TM Tower. Wieżowce są tak blisko siebie, że mają ze sobą bliższe relacje niż niejedno małżeństwo.

   Benidorm jest jak deser z bitą śmietaną, polewą i posypką i jeszcze jednym deserem na wierzchu. Dla jednych raj. Dla innych przesyt po pierwszym kęsie. Ale w tej przesadzie jest też szczerość.

   Benidorm nie udaje starej Europy i nie przykrywa się historią. Jest taki, jaki jest. Betonowy, wysoki, hałaśliwy. I przez to hipnotyzujący. To miejsce nie napełnia prostymi emocjami. Miesza w głowie jak kawa z mlekiem. Wywołuje zachwyt, niedowierzanie i pytanie 'dlaczego aż tak?' Traktowaliśmy go jak zjawisko, gdyż w tej przesadzie jest niezwykle ciekawy. To jak obserwowanie geograficznego ekstremum i urbanistycznego eksperymentu tuż nad morzem.

   Benidorm ma w sobie też coś kiczowatego. To nie subtelna Sevilla ani monumentalna Grenada. To wakacyjny sen z lat 70-tych ubiegłego stulecia, który trwa do dzisiaj. Wszystko jest przerysowane, bez półcieni i z barwami podkręconymi do maksimum. Tam nikt nie udaje. Każdy przyjeżdża po słońce, śmiech, wakacyjne szaleństwo i zapomnienie.

   Benidorm ma też drugą twarz. Kawałek starego miasta z wąskimi uliczkami i białymi domkami, nad którym czuwa Iglesia de San Jaime y Santa Ana przypominający, że zanim wyrosły wieżowce była tu mała nadmorska osada.

   Przestrzeń między plażami Levante i Poniente rozcina Balcón del Mediterráneo, z którego widać wszystko. Przesadę i morze. Beton i horyzont. A także malutką Isla de Benidorm, z powstaniem której wiąże się legenda o rycerzu Roldanie, który zakochał się w dziewczynie, mieszkającej w dolinie i chorej na tajemniczą dolegliwość. Jedyną ulgę przynosiło jej ciepło słonecznych promieni. Gdy więc słońce zaczęło chować się za górą Puig Campana, Roldan powodowany miłością i rozpaczą odciął kawałek jej szczytu, aby światło mogło ogrzewać dolinę trochę dłużej. Odcięty kawałek skały spadł do morza, tworząc wysepkę o trójkątnym kształcie. 

   Tutaj pionowość miasta przestaje dominować, bo morze zawsze wygrywa.

   Wracaliśmy tam więcej niż raz, żeby sprawdzić czy granica 'zbyt wiele' naprawdę istnieje. Bo fascynacja przesadą nie jest sprzeczna z zamiłowaniem do subtelności. To dowód, że lubimy kontrasty, a to przecież nic złego.

   Nawet w najbardziej przerysowanym pejzażu można znaleźć własny rytm i swoje miejsce, a w mieście, które wygląda jak wydma zbudowana z wieżowców wciąż można doświadczyć ciszy. Wystarczy tylko zejść bliżej fal.



Na szczęście morze nie dało się zabudować.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

piątek, 20 marca 2026

12/2026. Opowieść wiosenna

 

   Jeszcze wczoraj był zwyczajny przedwiosenny dzień. Ok, może nie do końca zwyczajny, ale na pewno ostatni, a dzisiaj ziemia wzięła głęboki oddech i chociaż wszystko wygląda tak samo, to świat pachnie inaczej. I to nie jest złudzenie.

   To wiosna wróciła po zimie, która zdawała się nie mieć końca. Wróciła w świetle, które robi się bardziej złote. W pierwszych krokusach, które mają w sobie więcej odwagi niż niejedna dorosła decyzja. W powietrzu, które jest jak mozaika wiosennych zapachów, unosząca się niczym mgła nad ziemią. W ziemi, budzącej się z zimowego snu aromatem geosminy. Geosmina... To słowo pachnie zanim zdążymy je zrozumieć.

   Świat przestaje być czarno-biały i zaczyna się zielenić. Drzewa, które jeszcze wczoraj były szkicem, dzisiaj stają się obrazem.

   Puszek też czuje wiosnę. Dłużej przesiaduje przy oknie, wąsy drżą mu od nowych zapachów, a cytrynowe oczy śledzą każdy ruch za szybą. Wiosna dla niego to przecież wielka kronika świata. Ptaki, które wróciły, gołębie przelatujące nisko nad dachami, wiatr przynoszący zapachy, których wcześniej nie było i słońce, które znalazło nowe miejsce na parapecie. I pewnie zastanawia się, dlaczego jeszcze nikt nie zaproponował mu spaceru.

   Dzisiaj dzień i noc stają naprzeciw siebie w idealnej równowadze. Przez krótką chwilę światło i ciemność mają tyle samo miejsca na świecie. A potem światło zaczyna wygrywać.

   Dla mnie wiosna nie jest porą roku. Jest stanem skupienia duszy. Coś jak morze... Pamiętacie? Tylko zamiast soli na ustach czuję obietnicę w sercu.

   Zaraz otworzę okna na oścież i zrobię porządki w szafach, w głowie, w sercu... Włączę swoją playlistę- taką w stylu komandor Lewis z 'Marsjanina', dzięki której Mark Watney przestał być samotnym botanikiem, a stał się królem marsjańskiego parkietu i w logach misji zapisał: 'sol 41. ziemniaki rosną dobrze. morale załogi wysokie. Mars posiada całkiem przyzwoity parkiet do tańca'- na pełen regulator i zatańczę. Pomaluję paznokcie na neonowo, pójdę na spacer, zmienię zasłony i pościel na tę w flamingi...

   Ale zanim to wszystko zrobię, zaparzę kawę- bo kawa jest najważniejsza!- i wypiję ją przy otwartym oknie wolniej niż zazwyczaj. Pozwolę sobie poczuć, jak wiosna kiełkuje we mnie niczym gwiazda, która świeci nie na niebie, ale głęboko w sercu.


Wiosna robi z ludźmi dziwne rzeczy.

Z kotami na szczęście tylko te najlepsze.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

poniedziałek, 16 marca 2026

11. Z Puszkiem o podróżach: Bursa/Turcja

 

   Bursa przyjęła nas gorąco. Dosłownie. Słońce straciło umiar i grzało z całą mocą, chcąc wypalić dziurę w skórze. Podczas, gdy miasto leżało u stóp Uludağ jak kot, który nie zamierza poruszyć się przed wieczorem, my podążałyśmy jego ulicami.

   Jedna czytała przestrzeń, druga warstwy czasu, a razem historię zapisaną w przestrzeni. Bursa nie miała z nami szans.

   Bursa to początek. To pierwsza stolica Imperium Osmańskiego. Właśnie w tym mieście pachnącym historią, herbatą i cieniem platanów są jego fundamenty, a przecież wszystko zaczyna się od fundamentów.

   Dzień drżał od upału, gdy przekroczyłyśmy próg Ulu Camii- religijnego serca miasta. Weszłyśmy w jego chłodne mury po długim marszu w słońcu. Skwar został za wrotami. Meczet nie olśniewa nadmiarem zdobień, a jego siła tkwi w przestrzeni. Przez otwór w dachu niebo zagląda do wnętrza, a fontanna pod kopułą odbija słoneczne światło.

   Przed wejściem zdjęłyśmy buty. A kiedy wyszłyśmy nie mogłyśmy ich znaleźć. Półki wyglądały tak samo, a wszystkie pary były podobne do siebie. Czyżby meczet chciał zatrzymać nas jeszcze przez chwilę?

   Wróciłyśmy w rozgrzany dzień trochę lżejsze. Jednak słońce uderzyło nas w twarze z pełną siłą, a upał wciąż mocno trzymał miasto w ramionach. Szłyśmy powoli, gdy przed naszymi oczyma pojawił się turkus. Nie od razu cały. A potem w pełni.


   Ulu Camii był oddechem. Spokojnym i niemal ascetycznym. Yeşil Camii czyli Zielony Meczet był zachwytem. 

   Tam nie było surowości. Była ornamentyka, kolor i precyzja. Zachwyt mieszał się ze spokojem, a intensywność z łagodnością. Jak turecka herbata z odrobiną cukru.

   Stałyśmy w tym błękicie, jak pośród poezji zapisanej w płytkach. Turkusy, głębokie błękity, seledyny... W zależności od światła raz były bardziej niebieskie, raz wpadały w zieleń. Ale nazwa meczetu nie pochodzi od koloru lecz symboliki. Zieleń w islamie ma znaczenie duchowe. To barwa raju. Dawne nazewnictwo kolorów nie było tak precyzyjne jak dzisiejsze, a granica między zielenią, a niebieskością była płynna. Jak turecka herbata z odrobiną cukru.

    Moje spojrzenie zawsze ciągnie w stronę nieba i morza więc w Zielonym Meczecie zobaczyłam przede wszystkim błękit.




    Spoczywa tu Mehmed I Çelebi. Sułtan, który miał wizję odrodzenia, harmonii i powrotu do porządku. Zrealizował ją i odbudował jedność imperium po czasie chaosu i bratobójczych walk.   

   Obie patrzyłyśmy na mihrab i myślałyśmy o tym, że ktoś musiał mieć odwagę, by tak precyzyjnie zamknąć piękno w geometrii.

-To czysta harmonia.

-I polityczny manifest młodego imperium.

   Dzień nie chciał się skończyć, sprawdzając naszą wytrzymałość. Wieczorem dotarłyśmy do Muradiye Camii. Dziedziniec otulała zieleń, kamienne mury oddawały ciepło dnia, a powietrze nie było już tak upalne. Po intensywności Zielonego Meczetu, Muradiye okazał się wytchnieniem.



   Ulu Camii uporządkował myśli, Yeşil Camii zachwycił, a Muradiye Camii przyniósł zgodę. Na zmęczenie i na to, żeby wreszcie domknąć dzień. Byłyśmy daleko od codzienności i blisko siebie. Dwie siostry z dalekiego kraju.

   Zabrakło tylko wieczornej tureckiej herbaty z odrobiną cukru. W tej małej szklaneczce w kształcie tulipana. 

   Może właśnie dlatego to wspomnienie wróciło ostatnio z taką siłą. Bo Bursa ma dla nas jeszcze jeden wieczór do dopicia.



Cisza też jest pamiątką.

Trzeba tylko umieć zabrać ją ze sobą.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

czwartek, 12 marca 2026

11/2026. Opowieść o spotkaniu z zielonym stworem

 

Opowieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami.


   To był kolejny, zwyczajny dzień. Puszek, biały strażnik domowego ogniska patrolował kuchnię z miną kota, który zna wszystkie tajemnice swojego królestwa. Krążył wśród zapachów i domowych dźwięków, szukając odpowiedzi na najbardziej nurtujące go pytanie: czy dostanie dzisiaj swoją ulubioną przekąskę, a czy znowu będzie musiał udawać, że chrupki są w porządku?

  Aż tu nagle na jego drodze pojawiło się TO! Leżało bez ruchu i wyglądało jak międzygalaktyczny artefakt. Zielone, podejrzanie długie o aerodynamicznym kształcie. Skórę miało jak zbroję i zapach ogrodu, którego Puszek nie zamierzał odwiedzać, bo tam jest wilgoć, a wilgoć to wróg.

  Zamarł w bezruchu. Uniósł łapę, jego oczy zrobiły się jak spodki, a ogon jak szczotka. I wtedy... ogórek się nie poruszył. Przeprowadził więc akcję zaczepną. Pac! Pac! Ogórek nic. Zrobił krok w lewo. Ogórek nic.

  Puszek uskoczył w bok niczym skoczek olimpijski z futrem na dopingu. Po chwili wrócił udając, że wcale się nie przestraszył tylko wykonał odskok strategiczny z pełną kontrolą lotu chociaż niezależni obserwatorzy mogą twierdzić inaczej.

  Podszedł i spojrzał na mnie, jakby właśnie uratował świat przed ogórkową zagładą. Od tamtej pory każdy ogórek przechodzi test zwany Pacnięciem Prawdy ponieważ nie można ufać czemuś, co nie ma futra i nie mruczy.



 Kot zawsze wie, co robi.

Nawet jeśli nie wie.

/Puszek 🐾/


Puszkiem pisane, lekko podane...

*ilustracja AI;

niedziela, 8 marca 2026

10/2026. Opowieść o promieniu Boga

 

   Obudziłam się rano. Co prawda nie w swoim łóżku, ale przy swoim Mężu, a to zawsze dobry początek dnia. Niebo za oknem było ciężkie i pełne szarych chmur, góry w oddali wyglądały jak oprószone cukrem pudrem, a dolina jeszcze spała.

   Wskoczyłam w dres i wyszłam przed chatę, żeby poczuć chłód poranka. I wtedy natura rozpoczęła wyreżyserowany przez siebie spektakl. Chmury rozsunęły się i na ziemię spłynął słup złotego światła. Opadał prosto w dolinę niczym świetlista kolumna, łącząca niebo z ziemią.

   Promień Boga. To była pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy. Rano takie skojarzenie przychodzi naturalnie. Gdy słońce dopiero wspina się nad horyzont, światło jest miękkie, a chmury jeszcze ciężkie po nocy, wystarczy jedna szczelina i... z nieba zstępuje taki świetlisty strumień.

   Pojęcie 'promień Boga' jest znane od dawna. Ludzie obserwowali to zjawisko na przestrzeni wieków i trudno się dziwić, że przypisywali mu coś więcej, niż tylko fizykę światła. Wygląda przecież tak, jakby niebo na chwilę uchyliło drzwi.

   Patrzyłam z zachwytem, a przecież wiedziałam, co widzę. W końcu jestem geografem. Ale człowiek może znać mapy, procesy, nazwy zjawisk, a potem stoi gdzieś pod niebem i patrzy jak dziecko, które pierwszy raz widzi sztuczkę magika. I przez chwilę wiedza ustępuje miejsca czystej fascynacji.

   Gdy ochłonęłam przypomniałam sobie, że to zjawisko optyczne zwane słupem słonecznym, wywołane odbiciem i rozpraszaniem światła słonecznego na kryształkach lodu w chmurach. W górach takie sceny zdarzają się częściej, gdyż powietrze jest czystsze, a chmury potrafią się dramatycznie rozstępować.

   To wydarzyło się w Beskidach, które czasem serwują poranek piękniejszy niż najstaranniej zaplanowane przedstawienie. 

   Widziałam coś takiego pierwszy raz w życiu. I mam nadzieję, że nie ostatni.


Czyli jednak ktoś tam w górze zapala rano światło..?

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcie własne;

środa, 4 marca 2026

10. Z Puszkiem o podróżach: Altea/Costa Blanca Płn/Hiszpania

 

UWAGA! Notka fotograficznie gadatliwa. Zdjęcia mówią dzisiaj więcej niż ja.

   Oto pueblo blanco z domkami rozsypanymi nad Morzem Śródziemnym jak kostki cukru i z Iglesia Nuestra Señora del Consuelo o niebieskich kopułach na szczycie wzgórza, które nazywane są kopułą Costa Blanca.



   To Altea, która jest jak kobieta w białej, lnianej sukience. Tu zamiast drinka z parasolką warto wybrać mrożoną kawę w cieniu, a galerie sztuki i ciepły kamień pod stopami zamiast głośnych klubów. Lubimy takie miejsca, w których można żyć pięknie i cicho.


   Spacerowaliśmy uliczkami, które są niczym galeria pod gołym niebem.



To w górę, 


to w dół, 

zatrzymując się raz po raz i pstrykając 

niezliczoną ilość zdjęć.

   To otwierał się widok na Sierra de Bernia

to na morze 

albo na panoramę pobliskiego Benidormu.

   Zaglądaliśmy do sklepików z rękodziełem, w których pachniało słońcem i drewnem, a wzrok przyciągała ceramika w kolorze morza, lniane torby, biżuteria z kamieniami i inne drobiazgi z duszą. Ucinaliśmy pogawędki z właścicielami prostym hiszpańskim i uśmiechem.

   W jednej z galeryjek kupiliśmy toro rojo. Ceramicznego byka tak intensywnie czerwonego, jak południowe słońce zaklęte w glinie. Kupiliśmy go bo jest odważny i uparty. Tak, jak my.

   Na Plaza de la Iglesia wypiliśmy kawę, 

a potem zeszliśmy nad morze.

Szliśmy ciągnącym się wzdłuż wybrzeża Paseo Maritimo, słuchając fal.

   Głód sprawił, że przysiedliśmy w jednej z cafeterii na cavę i ensalata mixta. Bąbelki w kieliszkach, a na talerzach chrupiąca sałata, słodkie pomidory, oliwki, delikatna cebula, tuńczyk i jajko na twardo skropione oliwą, pachnącą słońcem. A gdy bąbelki, niczym miłość, uderzyły nam do głów poczuliśmy lekkość i hiszpańskie mañana z całą mocą.

   Czerwony byk jest z nami do dzisiaj. Przywołuje wspomnienia z Altei, które są jak ciepły kamień trzymany w dłoni.



Ja też żyję pięknie i cicho.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;