sobota, 28 lutego 2026

9/2026. Opowieść o drobiazgach, które ratują dzień

 

   Od czasu do czasu, a zwłaszcza po wizycie na DOLCHe,  zdarzają się dni, w które od rana mam pod górkę. Niby nic wielkiego się nie dzieje, a jednak czuję, że moje myśli plączą się jak wstążki na wietrze. Wtedy ratują mnie drobiazgi, które nagle stają się niezwykłe i zaczynają działać jeden po drugim, jak kotwice w codzienności. 

   Poranna kawa w ulubionej filiżance, wypełniająca aromatem całe mieszkanie. Sweter, w którym czuję się bezpiecznie jak w kokonie. Puszek przeciągający się na parapecie i cichym mruczeniem zaklinający spokój. Patrzymy na siebie chwilę i nagle dzień wydaje się mniej straszny. 

   Spacer po parku w powietrzu chłodzącym policzki. Śnieg skrzypi pod butami, wiatr rozwiewa włosy, w głowie rodzą się nowe pomysły, a każdy krok przypomina, że życie jest ruchem. 

   Kilka stron książki, które przenoszą mnie gdzie indziej. Czasem wystarczy parę akapitów, żeby świat na chwilę przestał cisnąć. 

   Telefon do Siostry, która jednym zdaniem trafia w sedno. Rozmowa z Mężem i już wiem, że ten dzień da się przeżyć. On zawsze wyczuje, kiedy żartem rozjaśnić myśli, a kiedy po prostu być obok i trzymać mnie za rękę. 

   A wieczorem aromatyczna kąpiel, w której opada całe napięcie... Woda wypłukuje kurz dnia i przywraca ciału lekkość. Ulubiony drink, którego smak przypomina, że w życiu jest miejsce na przyjemność. Film, który znam na pamięć, a mimo to nadal podnosi kąciki ust w tych samych momentach. 

   Bo nie wszystko musi być nowe, żeby zadziałało, złożyło mnie do kupy i uratowało dzień, zanim zasnę.


Gdy myśli się plączą, 

najlepiej wylizać je na gładko.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

wtorek, 24 lutego 2026

9. Z Puszkiem o podróżach: Villajoyosa/Costa Blanca Płn/Hiszpania

 

  Słońce muskające twarz, delikatny wiatr od morza i uliczki jak z obrazu. Tak pamiętam Villajoyosę-nadmorskie miasteczko w Hiszpanii

 

  I kolorowe domki jeden przy drugim w odcieniach cytryny, błękitu, pomarańczy...

  Przeszliśmy wąskim Puente Antiguo. Mostem, łączącym nową i starą część Villajoyosy. Z jednej strony widok na migoczące w słońcu morze. Z drugiej na barwne domki ustawione w idealnej kolejności dla przyjemności oka.

  Most wprowadził nas wprost w sieć wąskich uliczek starego miasta pełną historii, kwiatów w donicach i uroku.


  Kolorowe fasady kamieniczek lśniły w słońcu, 

a kamienne uliczki prowadziły to w górę, to w dół.

  Znaleźliśmy zakątek pełen spokoju. Ławkę przy fontannie, w cieniu drzew. Było niemal upalnie więc chłodna mgiełka wody i szum liści dały prawdziwe wytchnienie.

  Usiedliśmy tam na chwilę, chłonąc atmosferę miasta. Wtedy przybiegł do nas kot. Ciekawski i mruczący, jakby chciał podzielić się z nami swoim miejscem na ziemi.

  To był idealny odpoczynek przed dalszą wędrówką na plażę.

  W małej kawiarni nad brzegiem morza zamówiliśmy kawę, lekki deser i po lampce cavy.

  Siedzieliśmy tam, patrząc na fale, ciesząc się ciepłem słońca na skórze i psotnym wiatrem we włosach. Cofnęliśmy się w czasie, do roku 1538... 

   Od strony morza nadpływali Maurowie, od lat pustoszący wybrzeża Lewantu. Villajoyosa była bezbronna. Nie miała floty, ani wojska. Mieszkańcy, którzy mieli tylko wiarę i gorące serca zaczęli się modlić do świętej Marty

   Według legendy tej samej nocy nad morzem ukazała się postać kobiety w jasnych szatach. Fale podniosły się, zatapiając statki Maurów. Miasteczko ocalało, a święta Marta od tamtego dnia jest jego patronką. 

   Obecnie to wydarzenie upamiętnia święto Moros y Cristianos- historia opowiadana tańcem, światłem i dźwiękiem.

  I tam, w tamtym miejscu i czasie, poczuliśmy ogrom spokoju, radości i wzajemnej miłości.


Dni z kolorem i spokojem morza są najlepsze.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

czwartek, 19 lutego 2026

8/2026. Opowieść o tęsknocie za morzem

 

   Siedzę sobie w Krakowie, kawa paruje w filiżance, a w środku mnie szumi morze. Przez okno patrzę na zwyczajny, zimowy świat, a w mojej głowie turkus i rozmaryn. Na ustach czuję sól chociaż jedyne fale w zasięgu wzroku to tramwaje na zakrętach. 

   Kawa i morze to idealny duet. Jedno rozgrzewa od środka, drugie rozszerza horyzont.

   Tęsknota za morzem to nie jest wcale takie nic. To tęsknota, która przestaje być ciężarem, a staje się przestrzenią. To tęsknota, która delikatnie szarpie za rękaw. Tęsknota nie za lotem, nie za hotelowym ręcznikiem pachnącym detergentem, nie za zdjęciami lecz za stanem bycia. Za tą wersją mnie, która oddycha spokojniej.

   Tęsknię za tą chwilą, w której stoję boso na piasku, wiatr od morza rozwiewa mi włosy, a fale robią swoje 'szszszsz', uspokajając świat. Wtedy myśli przestają gonić, skóra przestaje się bronić, a serce przestaje się śpieszyć. Słońce ogrzewa ramiona, a sól unosi się w powietrzu. Prosta linia horyzontu przypomina, że świat ma granice, ale moje pragnienia niekoniecznie.

   Widzę się gdzieś nad Śródziemnym. W cichej zatoce wciśniętej w jasne skały ze śpiewem cykad w tle. Albo na włoskim południu, gdzie powietrze pachnie rozmarynem, a woda ma kolor głębokiego szafiru, jak moje ulubione odcienie niebieskiego.

   Mare Nostrum to temperament. Ma w sobie coś kobiecego. Ciepło, siłę i obietnicę. I tę przeźroczystość, w której świat na chwilę staje się uczciwy.

    Śródziemne ma jeszcze coś. Jest historią. Warstwa po warstwie. Fenicjanie, Grecy, Rzymianie... Ziemia i woda są jak palimpsest, a każda fala przesuwa się po wiekach.

   Morze uczy mnie zgody. Na falę, która przychodzi i na tę, która odchodzi. Na to, że nie wszystko muszę kontrolować. Może właśnie dlatego, tak za nim tęsknię? Tam jestem szczęśliwsza, a słońce rozpuszcza napięcie we mnie, jak cukier w herbacie.

   Ale póki co, siedzę w Krakowie, tęsknię i piję kawę, a każdy łyk jest jak przypływ.



Nie trzeba mieć łap w wodzie,

żeby poczuć przypływ.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

*filmik własny;