czwartek, 14 maja 2026

19/2026. Opowieść o spełnionym marzeniu

 

   Dawno temu, gdy świat nie znał jeszcze internetu i AI, a podróże nie były tak proste jak dzisiaj, w jakimś magazynie podróżniczym- najprawdopodobniej w prenumerowanym przez Tatę 'Poznaj świat'- zobaczyłam zdjęcie osobliwej skały na tle majestatycznej góry. Z tekstu dowiedziałam się, że skała to Roque Cinchado, czyli Palec Boga, góra to wulkan Teide, a zdjęcie zrobiono na Teneryfie. Nie miałam wtedy pojęcia, gdzie jest Teneryfa, ale ten obraz zaczarował mnie, został pod powiekami i zawładnął myślami. Złożyłam sobie więc obietnicę, że kiedyś stanę w tamtym miejscu i zrobię takie samo zdjęcie.

   Tamtego kwietniowego poranka wyruszyliśmy z Los Cristianos we czwórkę. Powietrze było rześkie, a słońce powoli wschodziło nad oceanem, malując niebo odcieniami pomarańczy i różu.

   Z czasem droga zaczęła piąć się coraz wyżej, a my śmialiśmy się, rozmawialiśmy i podziwialiśmy niesamowite krajobrazy, które zmieniały się za szybą. Powietrze stawało się chłodniejsze i krystaliczne.

   W Vilaflor, malowniczym i najwyżej położonym miasteczku na wyspie zrobiliśmy sobie krótki postój. W małej kafejce z widokiem na sosnowe lasy zamówiliśmy barraquito, czyli espresso z mlekiem skondensowanym, likierem 43 i spienionym mleczkiem posypane cynamonem i doprawione odrobiną cytrynowej skórki. 

Idealnie rozgrzało nas przed dalszą drogą.

   Im wyżej wjeżdżaliśmy, tym surowszy stawał się świat wokół nas. Sosnowe lasy ustępowały miejsca polom lawy, porośniętym kępkami skąpej roślinności i usianym bombami wulkanicznymi o fantazyjnych kształtach.

   W miejscu, w którym otwierał się epicki widok na zabójczy duet, czyli Pico Viejo i Teide, przystanęliśmy na sesję fotograficzną, w której jedyną modelką była natura.

Potem minęliśmy 'Pantofelek Królowej'

i pomknęliśmy dalej. 

   W miarę jak zbliżaliśmy się do Roques de Garcia, serce biło mi coraz mocniej, bo oto 'już za chwileczkę, już za momencik..!'.

   Zobaczyłam go od razu. Palec Boga wyróżniał się wśród formacji skalnych Roques de Garcia.

Smukły, skierowany w niebo wskazywał drogę marzeniom na tle potężnego Teide.

   To, co lata temu zobaczyłam na zdjęciu w gazecie, stało się rzeczywistością. Stojąc tam, wzruszona i pełna emocji sięgnęłam po aparat i zrobiłam to zdjęcie.

Świadectwo spełnionego marzenia.

   Wszystkie lata czekania i marzeń, śmiech moich towarzyszy, zapach wulkanicznego powietrza, smak barraquito w Vilaflor, wiatr muskający twarz... Wszystko wlało się w tę jedną chwilę. 

   Legenda mówi, że jeśli spojrzysz na Palec Boga z czystym sercem, poczujesz w sobie energię wyspy. Ja poczułam wtedy, że warto uparcie iść za marzeniami, a miejsca znaczą więcej, gdy można cieszyć się nimi z bliskimi.


Czasem wystarczy spojrzeć w gwiazdy i uwierzyć,

że wszystko jest możliwe.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

poniedziałek, 11 maja 2026

7. Z Puszkiem o książce: Helen Brown, 'Kleo i ja'

 

   Tę książkę można czytać przez łzy. Nie będą to jednak łzy rozpaczy, lecz raczej ulgi, niczym deszcz po długiej suszy.

   'Kleo i ja' autorstwa Helen Brown to opowieść o tym, jak życie potrafi roztrzaskać się w ułamku sekundy i jak mozolnie, kawałek po kawałku, składa się je na nowo.

   Kiedy dom Helen pogrąża się w smutku po stracie, która zmienia wszystko, pojawia się Kleo. Mała, czarna kotka, która nie ma w sobie cienia współczucia i nie zna pojęcia żałoby. Ma za to pazurki i ząbki jak szpileczki, niespożytą energię i przekonanie, że świat kręci się wokół jej miski. Jej pojawienie się staje się wybawieniem. Bo jak tu płakać, gdy mała bestia właśnie wspina się po firance? Jak zasnąć, gdy natarczywym miauczeniem domaga się czwartej kolacji? 

   Kleo nie pocieszała w sposób, jakiego można by się spodziewać. Ona po prostu przyniosła radość w pyszczku i położyła na środku salonu w domu, który zapomniał, jak się uśmiechać.

   To nie jest tylko opowieść o kocie. To studium powolnego zdrowienia. To lekcja od zwierzaka, że jedyne co naprawdę mamy, to ta konkretna chwila. Plama słońca na dywanie, ciepłe futerko pod dłonią, cichy oddech obok...

   Helen Brown pisze szczerze, czasem boleśnie, ale przede wszystkim prawdziwie. Pokazuje, że smutek i śmiech mogą mieszkać pod jednym dachem, a mały kot potrafi przeprowadzić przez najciemniejszą noc. Życie w trudnych momentach często podsuwa nam jakąś Kleo, która nie pozwala nam zatonąć. Czasem jest to mokry nosek, czasem mruknięcie, a czasem po prostu powód, żeby rano wstać i wsypać karmę do miski.

   To lektura, która przypomina, że popękane serce wciąż potrafi kochać.


Każdy potrzebuje swojej Kleo.

Ja jestem waszą.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

środa, 6 maja 2026

18/2026. Opowieść o spacerze wśród traw

 

  Było ciepłe, majówkowe popołudnie gdy postanowiliśmy pójść na spacer. My i Puszek- kot odkrywca wystrojony w niebieskie szelki. Był jak marynarz gotów wyruszyć w rejs po zielonym morzu traw.

  Na początku był ostrożny i nieufny. Stał, nasłuchiwał, wąchał powietrze i obserwował poruszające się trawy. Ale wystarczyła chwila i złapał wiatr w wąsy. Poczuł zapach macierzanki, usiadł pod mleczem, a jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Okazało się, że świat poza domem miał niekończące się rozdziały do przeczytania.

  Pojawił się motyl. Tańczył w słońcu jak świetlista iskierka. Puszek uniósł łapkę i spojrzał na niego z zainteresowaniem i niepewnością. Potem zobaczył trzmiela. Donośnego i włochatego z zupełnie inną melodią w skrzydłach, który krążył nad kwiatami. Do tego roju dźwięków dołączyły muchy, a Puszek kręcił łebkiem we wszystkie strony, nie mogąc się zdecydować, któremu stworzeniu poświęcić uwagę.

  Przeszedł kilka kroków. Potem jeszcze kilka. W końcu ruszył przed siebie śmielej wąchając, nasłuchując, smakując słońce i cień. A my szliśmy obok w ciszy, żeby nie zakłócić tej kociej medytacji.

  Trawa sięgała mu do brzucha, a kwiaty łaskotały w nos. Chyba czuł się jak w zaczarowanym ogrodzie. Co chwilę przystawał i zerkał na nas, upewniając się, że nie zostanie sam w tym dzikim raju. 

  Jego biała sylwetka musiała wyglądać imponująco pośród zieleni, gdyż pewien mężczyzna był święcie przekonany, że spacerujemy z białym owczarkiem szwajcarskim. A kawałek dalej jakiś nastolatek zawołał do nas z entuzjazmem: 'jakiego państwo mają ładnego psa! z daleka wygląda jak kot!'. 

  W trawie, od czasu do czasu, przemykały jaszczurki. Puszek był nimi zafascynowany. Nad głowami wrzeszczały sroki, komentując całą tę scenę z góry. Przysiadały na krzakach, skakały z gałęzi na gałąź, strącając liście.

  A Puszek był w środku tego wszystkiego. Obserwował, węszył i chłonął każdy dźwięk i każdy ruch. Jeszcze nie biegł, jeszcze nie polował, tylko uczył się nowego świata w tej łąkowej szkole życia.

  Wróciliśmy do domu bogatsi o wspólny zachwyt. My, bo przeżyliśmy coś nowego z naszym białym przyjacielem. On, bo świat za oknem okazał się mniej straszny, niż wyglądał z parapetu. Jego oczy były pełne traw, skrzydeł, cieni i szeptów.

  Może nie powiedział tego wszystkiego słowami, ale jego mruczenie powiedziało nam wszystko.


Łąka ma swój rytm.

 Wystarczy po prostu być i nie przeszkadzać.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;