piątek, 1 maja 2026

14. Z Puszkiem o podróżach: Stare Miasto w Rodos/Rodos/Grecja

 

   W Rodos byliśmy w maju. W czasie, gdy świat nie nabrał jeszcze letniego pośpiechu, a powietrze miało w sobie miękkość wiosny. Każdy dzień witał nas spokojem i- za sprawą Heliosa- ostrym słonecznym blaskiem, od którego mrużyliśmy oczy.

   Rodos to miasto twierdza, która trwa mimo upływu wieków. 

   Jego mury pamiętają czasy Zakonu Joannitów, który uczynił z wyspy jedną z najpotężniejszych średniowiecznych fortec. Pamiętają też rok 1522, w którym po długim oblężeniu, miasto zdobyły wojska Sulejmana Wspaniałego. I chociaż historia mówi o upadku, to w tym miejscu czuliśmy przede wszystkim ciągłość, gdyż kolejne pokolenia dopisują własne losy do istniejącej już opowieści.

   Przy wejściu do portu Mandraki trwa niewzruszenie twierdza św. Mikołaja. To strażnik z kamienia, który w przeszłości odpierał ataki, a dzisiaj w towarzystwie wiatraków spokojnie patrzy na morze.

   Stare Miasto było dla nas osobnym bytem. Wchodząc do niego zostawialiśmy za sobą współczesność i zgiełk. Kamienne uliczki wiły się bez planu i prowadziły nas nieśpiesznie, bo wiedziały, że nigdzie się nie śpieszymy. 

   Wiodły nas więc raz w słońce, raz w cień. Kamienie pod stopami pamiętały kroki kupców, rycerzy i podróżników sprzed wieków, a teraz miały zapamiętać i nasze.

   Sercem Starego Miasta jest Pałac Wielkich Mistrzów- dawna siedziba najwyższych zwierzchników Zakonu Joannitów. Miejsce, z którego zarządzali wyspą i bronili jej przed światem. Surowy, potężny, o grubych murach i ciężkich bramach bardziej przypomina twierdzę. Może właśnie dlatego robi takie wrażenie? Nie epatuje pięknem lecz siłą, która przetrwała wieki.

   Za każdym razem, prędzej lub później kroki prowadziły nas na Ulicę Rycerską- jedną z najbardziej znanych w Rodos. Długą, kamienną i niemal nienaruszoną przez czas. 

   Po obu jej stronach wznoszą się dawne zajazdy, w których mieszkali członkowie zakonu, pochodzący z różnych europejskich krajów. Każdy z tych budynków ma swoją przeszłość, godło i tożsamość. 

   Wciąż czuć tutaj ducha dawnych wspólnot i słychać echo rycerskich ślubowań. A my, tacy zwyczajni i współcześni na krótką chwilę wpisaliśmy się w te dzieje własnymi krokami.

   Spacerowaliśmy, pozwalając by miasto samo nas prowadziło. Przez mosty, bramy i tajemne przejścia. 

Wąskimi ścieżkami wzdłuż murów. 

Z jednej uliczki w drugą, 

z jednego placu na kolejny. 

 

  Gdzieś na uboczu natrafiliśmy na ruiny kościoła Matki Bożej z Burgh. Z tej XIV-wiecznej świątyni przetrwały do dzisiaj jedynie trzy imponujące absydy. 

   To już nie sacrum, a jedynie jego echo. Ale właśnie w tej surowej niedoskonałości odnaleźliśmy piękno autentyczności.

   Czasem siadaliśmy przy stoliku wystawionym na kamień i ukrytym w cieniu. Zamawialiśmy gorącą, mocną kawę. 

   Patrzyliśmy na ludzi, którzy znikali i pojawiali się jak w sztuce bez scenariusza. Na cienie przesuwające się po murach, na życie, które toczyło się wokół...

   A kiedy opuściliśmy wyspę, Rodos zostało za nami. Kamienne i niewzruszone.

   Dokładnie takie, jakim zastaliśmy je pierwszego dnia.


Fajne jest takie zwiedzanie,

gdy gubisz drogę, a znajdujesz kawę.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

niedziela, 26 kwietnia 2026

17/2026. Opowieść o dniach, mieszających się jak kawa z mlekiem

 

   Od wielu miesięcy zdecydowanie więcej czasu spędzam w domu. W efekcie dni mieszają mi się, jak kawa z mlekiem w filiżance.

   Otwieram oczy z przekonaniem, że jest sobota, po czym okazuje się, że to wtorek ma się świetnie i wcale nie zamierza udawać weekendu. Innym razem cicha i leniwa środa podszywa się pod niedzielę, bo też zapomniała, jakim dniem właściwie jest. A kiedyś dni tygodnia ustawiały się w szeregu do 'kolejno odlicz', jak harcerze na zbiórce.

   Poniedziałek był surowy i nielubiany, piątek uśmiechał się szeroko, podając z radością rękę weekendowi, a niedziela pachniała rosołem i spokojem. Teraz rozłażą się po domu, przesiadują na kanapie, zaglądają w kuchni do garów i mylą kapcie.

   Tak, czas przestał mnie poganiać. Nie stuka palcem w zegarek i nie pyta czy nadążam. Mierzy się ilością wypitych kaw, długością cienia na ścianie i chwilami, w których Puszek uznaje, że oto przyszła pora na pieszczoty.

   W tym miękkim czasie są jednak dni, które nie mogą się gubić i ja też im na to nie pozwalam. To dni badań. Dni wizyt w poradni hematologicznej. I dni kolejnych wlewów. Reszta może się mieszać, rozpływać i zmieniać rytm. Ale te daty stoją na straży i przypominają, że troska o siebie też jest formą porządku.

   Poza tym żyję bez odhaczania punktów w terminarzu. Wstaję i cieszę się, że poranek pachnie kawą i świeżym chlebem. Nieważne czy to wtorek, czy sobota. Grunt, że drożdżowe z kruszonką smakuje wybornie, światło jest przyjazne, a dom oddycha spokojnie. 

   Czas przestał być linijką, a stał się kocem, w który mogę  się owinąć w środku dnia i zdrzemnąć w środę, która myśli, że jest niedzielą. A Puszek patrzy na mnie z góry, przeciąga się leniwie i mruczy.


Nieważne, jaki to dzień.

Ważne, że jesteśmy razem.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcie z internetu;

*zdjęcie własne;

sobota, 18 kwietnia 2026

16/2026. Opowieść o Sabancı Camii

 

   Zdarza się tak, że najtrudniejsze w podróży nie jest dotarcie do miejsca lecz decyzja, gdzie umieścić ją w pamięci. Czy opisana, osadzona na mapie i w czasie powinna trafić do zakładki 'podróże'? A może do 'opowieści', w których rzeczywistość miesza się z emocjami, światło z kolorem, a chwile przestają być datą, a stają się odczuciem?

   Meczet Sabancı w Adanie nie chciał być tylko punktem na mapie. Domagał się ciszy między zdaniami i spojrzenia, które pamięta nie tylko to, co widziałyśmy ale i to, co wtedy czułyśmy.

   Dotarłyśmy tam pewnego sierpniowego dnia, w którym powietrze drżało od tureckiego słońca, a światło było ciężkie od złota. Pamiętam siebie z tamtego dnia. Pomarańczowa falbaniasta spódnica 'do ziemi', poruszająca się przy każdym kroku, wrzosowa bluzka łapiąca słoneczne refleksy oraz włosy w kolorze tycjanowskiej miedzi, które przed wejściem do środka ukryłam pod chustą w krakowski wzór- tak bardzo nasz, niemal domowy i tak odległy od otaczającego nas świata.

   Meczet Sabancı okazał się miejscem, które trudno zamknąć w jednym zdaniu czy obrazie. Wznoszący się nad rzeką Seyhan, niedaleko mostu Taşköprü odbija się w wodzie jak w lustrze, istniejąc jednocześnie w dwóch światach.

   Jest jak biały statek zakotwiczony w zieleni, stając się częścią krajobrazu, a nie odrębną budowlą.

   Jego wnętrze zachwyciło nas pięknem i przestrzenią. Skojarzyło nam się z ogromną salą balową, w której jednak zamiast muzyki i tańca panowała cisza. Wystrój był bogaty i prosty zarazem. Pełen detali lecz nie przytłaczający. Geometryczne wzory, motywy roślinne i wersety z Koranu były nie tylko tekstem ale częścią dekoracji, w których słowo i forma przenikały się nawzajem.




   Światło przefiltrowane przez okna było delikatne i miękkie. 



   Dywany tłumiły wszystko. Nie tylko kroki, ale i myśli, które traciły tam swoją głośność. Kopuła sprawiała wrażenie, że niebo jest tutaj bliżej i można je dotknąć spojrzeniem.


   Niewielki i skromny, niemal surowy w formie mihrab porządkował całość, wskazując kierunek na Mekkę.

   Byłyśmy w przestrzeni, która do nas nie należała, a jednak przyjęła nas jak swoje. I chociaż była ogromna to nie czułyśmy się małe, a raczej w tamtej chwili idealnie dopasowane do świata. Cieszyłyśmy się spokojem, który osiadał w nas warstwa po warstwie.

   Na zewnątrz biel murów meczetu odcinała się od zieleni otaczającego go parku. I może właśnie w tym tkwi jego siła? W tej nieoczywistej równowadze między monumentalnością, a lekkością. Z zewnątrz wydaje się niewzruszony, a w środku staje się przestrzenią, która zdejmuje z człowieka ciężar.


   Gdy tam byłyśmy, Sabancı Camii szczycił się mianem największego meczetu w Turcji. Zdążyłyśmy w ostatnim momencie, gdyż niedługo potem stracił ten tytuł na rzecz Çamlıca Camii w Stambule, z którym spotkanie wciąż przed nami.


Są miejsca, które pozwalają po prostu być.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;