niedziela, 12 kwietnia 2026

15/2026. Opowieść o tym, co pomiędzy i co dalej

 

   Od kilku dni znowu jestem w gorszej formie, a w środku kłębią się różne wątpliwości. 

   Za mną szósty wlew rytuksymabu. Przede mną kolejnych sześć... Słowo 'połowa' przynosi ulgę i niedowierzanie. Jeszcze niedawno wszystko było przede mną, a dzisiaj mogę powiedzieć, że tyle już za mną. Jednak wraz z ulgą pojawia się kwestia co dalej? Leczenie ma swój rytm, daty, kolejne kroki, a przyszłość po nim jawi mi się niczym droga za zakrętem. Wiem, że istnieje, ale nie wiem co mnie na niej czeka.

   Mój hematolog twierdzi, że dobrze odpowiadam na leczenie rytuksymabem. Że widać to w badaniach obrazowych i hematologicznych. A według bilansu zdrowia dorosłego człowieka, który zrobiłam w ramach programu 'Moje zdrowie' jestem zdrowa.

   Zdrowa?! To brzmi pięknie. Tymczasem moje samopoczucie nie może się ustabilizować i przypomina sinusoidę. Raz mam dzień konia i tyle siły, że mogę przenosić góry. Nazajutrz jestem słaba jak nowonarodzone kocię i nie mam nawet siły oddychać. 

   Zdecydowanie moje ciało mówi innym językiem niż wyniki. Pojawia się więc rozterka: skoro jestem zdrowa to dlaczego tak źle się czuję? Ale ciało to nie tylko liczby. To także pamięć zmęczenia i napięcia, które zbierało się miesiącami. To proces, który nie kończy się w momencie poprawy wyników. Czasem ciało potrzebuje więcej czasu, żeby dogonić dobrą wiadomość.

   Cieszę się. Naprawdę cieszę się, że za rok będę już po leczeniu podtrzymującym. Ale zaraz potem pojawiają się pytania. Takie, których nie zadaje się przy porannej kawie: czy na pewno będzie dobrze? czy nie dojdzie do progresji i choroba nie zaatakuje szpiku? czy nie transformuje w bardziej agresywną postać co jest bardzo możliwe? 

   Znam procenty, rokowania, możliwe scenariusze, kolejne linie leczenia... To nie jest zamartwianie się, ani strach z kategorii 'wydaje mi się'. To strach, który ma imię i z którym zostaję sama. Bo są takie miejsca w człowieku, do których nikt poza nim samym nie ma dostępu. Mam obok siebie bliskich, Męża, dobre słowa, wsparcie i to wszystko jest prawdziwe, ważne i potrzebne ale nikt nie przejdzie tej drogi za mnie.

   Rzeczywistość jest taka, że jestem w połowie leczenia i idę dalej. Moje ciało zna tę drogę. Reszta jest przyszłością i nie muszę jej dziś roztrząsać. Obok leży Puszek zwinięty w miękki kłębek i patrzy tak, jakby znał wszystkie moje obawy i lęki.

   W najbliższy poniedziałek czyli jutro kolejny PET. Mam nadzieję, że nic we mnie nie zaświeci. Nie dam się temu dziadowi wpędzić do grobu. Zamierzam zabrać go tam ze sobą.


To, że dziś jest trudno nie znaczy,

że jutro nie będzie łatwiej.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcie z netu;

*ilustracja AI;

czwartek, 9 kwietnia 2026

13. Z Puszkiem o podróżach: Wąwóz Samaria/Kreta/Grecja

 

   Lefka Ori powitały nas poranną mgłą, która otulała skaliste szczyty. Biel kontrastowała z błękitem nieba i zielenią drzew sprawiając, że miałyśmy przed sobą widok jak z obrazu. Powietrze było rześkie, a wiatr szumiał między skałami.

   Z sercami pełnymi ekscytacji wyruszyłyśmy z Siostrą z Płaskowyżu Omalos w stronę Wąwozu Samaria. 

   Wykute w kamieniu Xyloskalo prowadziły w dół, a każdy stopień przybliżał nas do wnętrza gór. Tam, gdzie rządziła natura.

   W sercach rodziło się poczucie przygody.

   Dotarłyśmy do opuszczonej wioski Samaria. Stare, porzucone domy, w których kiedyś tętniło życie i porośnięte dziką roślinnością ogrody opowiadały historie dawnych mieszkańców. Idąc wśród ruin obserwowałyśmy, jak czas płynie tam w rytmie natury, która na powrót żyje w tym miejscu własnym życiem.

   Zatrzymałyśmy się tu na chwilę by odpocząć i poczuć atmosferę dawnego świata.

   W sercu wąwozu spotkałyśmy czujne kozy agrimi. Ich obecność przypomniała nam, że jesteśmy tylko gośćmi w tym miejscu. To była prawdziwa chwila bliskości z dziką przyrodą.



   Im dłużej wędrowałyśmy, tym bardziej zmęczenie dawało nam się we znaki. Dlatego każda chwila w cieniu, łyk chłodnej wody i krótki odpoczynek były wytchnieniem, przywracającym energię.

   Zatrzymałyśmy się w Sideroporta. Monumentalnym skalnym przesmyku i chyba najbardziej znanym miejscu w wąwozie.

   Wąskie przejście, strome ściany, gra światła na nagich skałach, echo naszych kroków i rozmów tworzyły naprawdę niezwykłą atmosferę.

  Gdy wreszcie dotarłyśmy do końca szlaku i ujrzałyśmy światło otwierające się na morze, czekała na nas nagroda- świeży sok pomarańczowy, który wtedy smakował najwspanialej na świecie.

   Po paru metrach znalazłyśmy się w odciętej od świata- przez góry z jednej i morze z drugiej strony- wiosce Agia Roumeli.

   Morze rozciągało się przed nami, odbijając słońce niczym srebrna tafla. Ciepły piasek, rześka bryza i zapach soli w powietrzu dopełniły uczucia zadowolenia, zmęczenia i wdzięczności. Za siebie nawzajem, za chwile pełne ciszy i zachwytu pięknem Krety.

   Z Agia Roumeli wypłynęłyśmy promem do Hora Sfakion. Morze migotało w słońcu, wąwóz powoli znikał nam z oczu... 

   A wspomnienie tej wyprawy gości w naszych  sercach do dzisiaj.


Przygody są jeszcze piękniejsze,

jeśli można je potem opowiadać.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

sobota, 4 kwietnia 2026

14/2026. Opowieść wielkanocna o Jaryle i jajku życia

 

   Ta słowiańska opowieść od wieków krąży między ziemią, a niebem i między tym, co było, a tym, co dopiero się wydarzy. Pachnie dymem z ogniska, mokrą ziemią po roztopach i pamięta czasy, w których ludzie wsłuchiwali się w przyrodę i poddawali jej rytmowi.

   W tamtych czasach, zanim nastało chrześcijaństwo i Wielkanoc zaczęła pachnieć mazurkiem i święconką, Słowianie czcili boga wiosny i płodności zwanego Jaryłą

   Co rok odchodził. Znikał razem z ciepłem i światłem. Ziemia wtedy zamierała, pola pustoszały, rzeki milkły pod lodem, a ludzie czekali cierpliwie bo wiedzieli, że pewnych rzeczy nie da się przyśpieszyć i żyli wolniej, by nie przeszkadzać zimie.

   A kiedy czas stawał się już ciężki od oczekiwania, Jaryła wracał. Na białym koniu i z wiatrem we włosach, przynosząc światło i nadzieję. Przywoził ze sobą jajko życia. W jego kruchej skorupce ukryte było wszystko. Pierwsza zieleń traw, śpiew ptaków o świcie, zapach ziemi po deszczu, woń wiosennych kwiatów oraz ciepło słońca i obietnica życia.

   Ludzie z radości wylegali przed chaty. Rozpalali ogniska i malowali jajka wierząc, że tym sposobem pomagają światu się odrodzić. Każdy wzór miał znaczenie. Fale były wodą, krzyżyki dawały ochronę, a spirale symbolizowały nieskończoność życia. 

   A gdy skorupka jajka życia pękła, świat rozkwitał po zimie na nowo.

"Ja po polu chodziłem, rosę rosiłem.

Ja po miedzy chodziłem, żyto rodziłem.

Ja po borze chodziłem, roje osadzałem.

Ja do chat zaglądałem, pociech przysparzałem".

   I o tym właśnie jest Wielkanoc.

***


Życzymy Wam świąt spontanicznych jak nieplanowany spacer.

Z kruszącym się mazurkiem, stygnącą kawą,

rozmowami i śmiechem przeciągającymi się w nieskończoność.

Odnajdźcie własne jajko życia pełne tego,

co dopiero przed Wami i dbajcie o nie.

I tak po prostu niech Wam się chce.

Cieszyć, zaczynać, być...


Przyroda zawsze wie, kiedy się obudzić.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*ilustracje 1,2,3 z netu;

*zdjęcie własne;

*wiersz z netu;