czwartek, 20 listopada 2025

30/2025. Opowieść o Puszkowej dwójce

 

  W spokojnym życiu Puszka zdarzają się momenty, które zapowiadają się dramatycznie. Nie wiadomo dokładnie kiedy nadejdą, ale gdy już nadchodzą to z siłą kociego tajfunu. Tak właśnie wygląda zwiastun Puszkowej dwójki. 

  Puszek budzi się i... włącza tryb turbo. Biega. Skacze. Wyskakuje na drapak, zeskakuje na stół, wskakuje na komodę. Bębni łapami w lustro, jak perkusista w trasie koncertowej. 

  A potem niczym torpeda wbija do kuwety. I zaczyna się kopanie tak zażarte, jakby chciał dokopać się do Australii. Żwirek leci wszędzie. Na płytki, na ściany, pod pralkę i zapewne też do piwnicy sąsiada. Zakręca się. Przysiada. Znowu kopie. I znowu przysiada. Aż wreszcie po licznych przymiarkach i zakusach jego mordka przybiera wyraz absolutnego skupienia. Oczy lekko przymknięte, spojrzenie wbite gdzieś w przestrzeń. Ciało napięte, jakby grał ostatnią nutę koncertu życia. Puszek odpływa do Królestwa Wielkiej Ulgi. Jest tylko on i jego wewnętrzne flow

  Kiedy akcja dobiegnie końca, Puszek podnosi się z gracją, a na jego pyszczku maluje się wyraźna ulga 'uff, to było naprawdę potrzebne'. I zaraz potem przechodzi do Wielkiego Zakopywania, jakby chciał przykryć nie tylko to, co zostawił, ale też całą duchową intensywność przeżycia. Wącha. Obraca się. Zagrzebuje. I znowu wącha. Jeszcze raz. Jeszcze dwa. Może dziesięć? 

  I kiedy myślę, że już wszystko skończone, on wyskakuje z kuwety jak katapultowany! To znak, że coś przykleiło mu się pod ogonem. Biega. Ucieka. Chowa się pod łóżkiem, pod stołem, pod ławą. A ja za nim z chusteczką w dłoni, jak pielęgniarka z oddziału ratunkowego. 

'Puszek! Pusio! Puszeczek! Stój, pomogę ci!' 

'Nie zbliżaj się! Bobek jest moją sprawą!' 

  I tak biegamy po mieszkaniu jak w slapstickowej komedii, aż wreszcie uda mi się go złapać, unieruchomić i usunąć wstydliwy problem. Puszek patrzy na mnie z wyrzutem 'czy ja cię prosiłem o pomoc?' 

  Po całym tym zamieszaniu, szalonej gonitwie i interwencji z chusteczką, Puszek siada na środku pokoju, jakby nic się nie stało. Nie ma bobka. Nie było pościgu. Wszelkie ślady usunięte. Nic się nie wydarzyło. Przyjmuje pozycję joggina i rozpoczyna toaletę. Powoli. Precyzyjnie. Rytualnie. Jakby oczyszczał nie tylko futro, ale i honor.


Czystość to stan umysłu.

/Puszek 🐾/


Puszkiem zapisane, lekko podane...

*zdjęcie własne;

wtorek, 18 listopada 2025

4. Bajka o Mirabelce i wspomnieniach

 

  Mirabelka rozsiadła się w wygodnym fotelu z lampką czerwonego wina w dłoni i pozwoliła popłynąć wspomnieniom. Myślała o tamtym wieczorze, o przyjęciu pełnym świateł i muzyki, na którym wszystko się zaczęło.

  Miała już dość mężczyzn, którzy całowali ją w rękę, jakby wciąż tkwili na salonach z poprzedniego stulecia. Westchnęła na wspomnienie, jak po każdym takim cmoku dyskretnie wycierała dłoń w serwetkę.

  To właśnie tam poznała Leona. Pachniał dobrymi perfumami i dymem z cygara. Zamiast całować jej dłoń, pochylił się i cicho zapytał:

-A gdzie chcesz być naprawdę pocałowana?

  Przypomniała sobie ekscytację, jaką wtedy poczuła. Grała muzyka, śmiech gości mieszał się z dźwiękiem stukających kieliszków...

-Zacznij od szyi, a zobaczymy, na ile ci pozwolę -odszepnęła.

  I tak zaczęła się ich opowieść. Nie od dłoni i kurtuazji lecz od momentu, w którym on odważył się złamać zasady.


Niektóre kobiety wolą pieprz od lukru.

/Puszek🐾 /


Puszkiem zapisane, pikantnie podane...

*ilustracja AI;

piątek, 14 listopada 2025

4. Z Puszkiem o podróżach: Lindos/Rodos/Grecja

 

  Do Lindos pojechaliśmy porannym autobusem ze stolicy wyspy- miasta Rodos. Droga wiła się wzdłuż wybrzeża, a kolejne zakręty odsłaniały coraz to nowe widoki na morze.

  Lindos, które ukazało się naszym oczom było skąpane w słońcu. Przylgnęło do wzgórza, jak mewa do skały. Białe domki lśniły niczym perły rozsypane na zboczu, a na szczycie jak strażnik wieków wznosił się Akropol

  Z każdej strony otaczał je błękit morza i nieba. Nawet cienie zdawały się mieć odcień lazuru.

  Lindos otworzyło się przed nami jak powieść. Wąskie uliczki prowadziły nas w górę między bielonymi domkami. 




  Na progach wylegiwały się koty, a z tawern ulatniał się zapach oliwy i świeżych ziół.

  Echo naszych kroków mieszało się ze stukotem oślich kopyt. Donkey taxi, jak nazywają je miejscowi, wożą turystów na Akropol, gdy słońce grzeje najmocniej.

  My szliśmy pieszo zatrzymując się, żeby patrzeć, żeby słuchać, żeby po prostu być.


  Po drodze wypiliśmy świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy. Zimny i pełen słońca. Pachniał tak intensywnie, że wydawało się nam, że powietrze drży od cytrusów.

  Przy wejściu na Akropol naszą uwagę zwróciła naturalnej wielkości rzeźba okrętu wojennego, tzw. triery wykuta w skale. Symbol starożytnej lindyjskiej potęgi morskiej i świadectwo dawnych żeglarzy, którzy stąd wyruszali w nieznane, ufając bogom i morzu.

  Akropol to bijące od tysiącleci i pełne historii serce Lindos. To duchowe centrum i miejsce, do którego prowadzą wszystkie ścieżki, i z którego wszystko wypływa.


   Kamienie rozgrzane słońcem, kolumny sięgające nieba...



  Tu, gdzie przed wiekami wznosiła się świątynia Ateny Lindyjskiej powietrze wciąż drży od modlitw, które dawno ucichły.



  Zamykaliśmy oczy i słuchaliśmy szumu morza zmieszanego z echem wieków. To sam Posejdon przypominał, że to co boskie, jest także ludzkie.

  Z Akropolu widać zatokę św. Pawła.

   Według legendy, gdy św. Paweł przypłynął na Rodos, żeby głosić Ewangelię, morze było tak wzburzone, że jego statek niemal się rozbił. By apostoł mógł znaleźć schronienie Bóg stworzył cichą, otuloną skałami, spokojną zatokę. 

  Miejscowi mówią, że ma ona kształt serca, gdyż Bóg ocalił tu człowieka z miłości.

Stoi w niej biała kapliczka, w której wiele zakochanych par ślubuje sobie wierność i miłość aż po grób.

  Z Lindos zabraliśmy nie pamiątki lecz stan ducha. Przekonanie, że szczęście to nie cel lecz moment, w którym człowiek nie myśli o niczym, tylko czuje wdzięczność. 

  Za wszystko.

Niektóre miejsca mruczą.

Trzeba tylko usiąść i posłuchać.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;