To nie jest dla mnie łatwy temat. Ale ważny. Czasem wraca w ciszy poranka, kiedy Puszek przeciąga się na dywanie, a kawa pachnie spokojem. Czasem pojawia się nagle. W rozmowie, w wiadomości o kimś, kto ma wznowę albo... odszedł. I wtedy- mimo woli- moje myśli wędrują do chwili, w której to wszystko się zaczęło. Do początku.
A zaczęło się przypadkiem. Zupełnie rutynowe badania. I zonk. Wystawiona karta DILO i szybko dodatkowe badania. Laparotomia i laparoskopia. Krótkie oczekiwanie na wynik z histopatologii. I diagnoza, która zmieniła wszystko. Chłoniak węzłowy strefy brzeżnej, stadium III a, do natychmiastowego leczenia. NMZL. Cztery litery, które nic mi nie mówiły, a które z czasem stały się częścią mnie. Jak cień, który nie znika chociaż słońce już zaszło.
Na początku był szok. Potem strach. I złość. A potem długa wędrówka, która rozpoczęła się dokładnie rok temu. Przez chemię, przez immunoterapię, przez osłabienie, przez ból. I przez własną duszę. Bo to właśnie moja dusza zachorowała najbardziej.
Ciało dostało leki. Wyniki się poprawiły. Ale ja się zmieniłam. Mam w sobie mgłę. Tę mózgową, o której tak trudno opowiedzieć, jeśli się jej nie doświadczyło. To tak, jakby ktoś przytłumił świat. Czasem myśli błądzą, słowa się plączą, a koncentracja ucieka przez palce. Do tego dochodzi neuropatia czyli uszkodzenie nerwów obwodowych. Spowodowała ją winkrystyna. Lek o poetyckiej nazwie, który z jednej strony mnie leczył, ale zostawił po sobie mrowienia, drętwienia i ból. Czasem delikatny, sączący się jak deszcz. Innym razem nagły, kłujący jak zadra w nerwach. I nawet jeśli się uśmiecham to pod spodem czai się pytanie: czy to już zdrowie, czy tylko jego cień?
Jestem inna. Ale to nie znaczy, że słabsza. Może bardziej wyciszona, może bardziej czuła... Bardziej świadoma i uważna. I wybieram życie. Takim, jakie jest. Czasem bolesne, czasem piękne do łez.
Wciąż piekę chleb. Śmieję się z Mężem. Mam przyjaciela z białym futrem. I wciąż marzę o domu z ogrodem, mając nadzieję, że zdążę w nim zamieszkać... I wtedy wracają pytania: jak żyć, gdy nie mam gwarancji? czy unikać wszystkiego, co może mi zaszkodzić? żyć pod kloszem? czy odpuścić i żyć 'normalnie', jakby nic się nie wydarzyło?
Poznałam ludzi, którzy podobnie jak ja, przeszli przez coś, co przewartościowało ich życie. Jedni trzymali się kurczowo zasad i zaleceń lekarzy. Tego, czego 'nie wolno', czego 'unikać', co 'zabronione', co 'niewskazane'... I mimo to choroba wróciła. Inni żyją tak, jakby nic się nie zmieniło, karmią się przyjemnościami i od lat są w remisji.
Czy to znaczy, że nic nie ma sensu? Że nasze wybory są obojętne? Nie. Ale to nie znaczy, że wybory dają gwarancję. One dają coś innego.
Dają poczucie wpływu.
I to jest bardzo ważne. Bo kiedy choroba wchodzi z butami w życie, bardzo wiele tracimy. Nie tylko zdrowie, ale i siebie, kontrolę, spokój i...poczucie wpływu właśnie. Dlatego dzisiaj wybieram inaczej. Nie kieruję się zakazami, ale pytaniami: czy to mnie wspiera? czy to jest dla mnie dobre? czy po tym czuję się lepiej? czy to jest decyzja z miłości do siebie czy z lęku?
Nie zrezygnowałam ze wszystkiego ale zmieniłam intencję. Bo życie jest tu i teraz. Kiedy piekę drożdżowe z kruszonką, piję drinka czy usiądę na chwilę w pełnym słońcu to nie z poczuciem winy, tylko z wdzięcznością.
To nie jest opowieść o zakazach. To nie jest też opowieść o 'rób co chcesz'. To opowieść o świadomym byciu tu. Z troską, ale bez obsesji. Z miłością, nie z lękiem. Nie żyję, czekając na wznowę. Żyję, by kochać to, co jest i to, co przyjdzie.
To oczywiste, że się boję. Ale nie pozwalam, by strach układał mi życie. Robię to ja. Z Mężem u boku, z kubkiem kawy w dłoni, z zapachem świeżego prania, z łapką Puszka na kolanie.
Nie komplikuj. Usiądź w słońcu. Zjedz ciasto.
Ktoś cię kocha i to wystarczy.
/Puszek 🐾/
Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...
*ilustracja AI;
*zdjęcia własne;








