środa, 1 października 2025

20/2025. Opowieść o chorobie, zmianie i czułych wyborach

 

  To nie jest dla mnie łatwy temat. Ale ważny. Czasem wraca w ciszy poranka, kiedy Puszek przeciąga się na dywanie, a kawa pachnie spokojem. Czasem pojawia się nagle. W rozmowie, w wiadomości o kimś, kto ma wznowę albo... odszedł. I wtedy- mimo woli- moje myśli wędrują do chwili, w której to wszystko się zaczęło. Do początku.

  A zaczęło się przypadkiem. Zupełnie rutynowe badania. I zonk. Wystawiona karta DILO i szybko dodatkowe badania. Laparotomia i laparoskopia. Krótkie oczekiwanie na wynik z histopatologii. I diagnoza, która zmieniła wszystko. Chłoniak węzłowy strefy brzeżnej, stadium III a, do natychmiastowego leczenia. NMZL. Cztery litery, które nic mi nie mówiły, a które z czasem stały się częścią mnie. Jak cień, który nie znika chociaż słońce już zaszło.

  Na początku był szok. Potem strach. I złość. A potem długa wędrówka, która rozpoczęła się dokładnie rok temu. Przez chemię, przez immunoterapię, przez osłabienie, przez ból. I przez własną duszę. Bo to właśnie moja dusza zachorowała najbardziej.

  Ciało dostało leki. Wyniki się poprawiły. Ale ja się zmieniłam. Mam w sobie mgłę. Tę mózgową, o której tak trudno opowiedzieć, jeśli się jej nie doświadczyło. To tak, jakby ktoś przytłumił świat. Czasem myśli błądzą, słowa się plączą, a koncentracja ucieka przez palce. Do tego dochodzi neuropatia czyli uszkodzenie nerwów obwodowych. Spowodowała ją winkrystyna. Lek o poetyckiej nazwie, który z jednej strony mnie leczył, ale zostawił po sobie mrowienia, drętwienia i ból. Czasem delikatny, sączący się jak deszcz. Innym razem nagły, kłujący jak zadra w nerwach. I nawet jeśli się uśmiecham to pod spodem czai się pytanie: czy to już zdrowie, czy tylko jego cień?

  Jestem inna. Ale to nie znaczy, że słabsza. Może bardziej wyciszona, może bardziej czuła... Bardziej świadoma i uważna. I wybieram życie. Takim, jakie jest. Czasem bolesne, czasem piękne do łez.

  Wciąż piekę chleb. Śmieję się z Mężem. Mam przyjaciela z białym futrem. I wciąż marzę o domu z ogrodem, mając nadzieję, że zdążę w nim zamieszkać... I wtedy wracają pytania: jak żyć, gdy nie mam gwarancji? czy unikać wszystkiego, co może mi zaszkodzić? żyć pod kloszem? czy odpuścić i żyć 'normalnie', jakby nic się nie wydarzyło?

  Poznałam ludzi, którzy podobnie jak ja, przeszli przez coś, co przewartościowało ich życie. Jedni trzymali się kurczowo zasad i zaleceń lekarzy. Tego, czego 'nie wolno', czego 'unikać', co 'zabronione', co 'niewskazane'... I mimo to choroba wróciła. Inni żyją tak, jakby nic się nie zmieniło, karmią się przyjemnościami i od lat są w remisji.

  Czy to znaczy, że nic nie ma sensu? Że nasze wybory są obojętne? Nie. Ale to nie znaczy, że wybory dają gwarancję. One dają coś innego. 

  Dają poczucie wpływu. 

  I to jest bardzo ważne. Bo kiedy choroba wchodzi z butami w życie, bardzo wiele tracimy. Nie tylko zdrowie, ale i siebie, kontrolę, spokój i...poczucie wpływu właśnie. Dlatego dzisiaj wybieram inaczej. Nie kieruję się zakazami, ale pytaniami: czy to mnie wspiera? czy to jest dla mnie dobre? czy po tym czuję się lepiej? czy to jest decyzja z miłości do siebie czy z lęku?

  Nie zrezygnowałam ze wszystkiego ale zmieniłam intencję. Bo życie jest tu i teraz. Kiedy piekę drożdżowe z kruszonką, piję drinka czy usiądę na chwilę w pełnym słońcu to nie z poczuciem winy, tylko z wdzięcznością.

  To nie jest opowieść o zakazach. To nie jest też opowieść o 'rób co chcesz'. To opowieść o świadomym byciu tu. Z troską, ale bez obsesji. Z miłością, nie z lękiem. Nie żyję, czekając na wznowę. Żyję, by kochać to, co jest i to, co przyjdzie.

  To oczywiste, że się boję. Ale nie pozwalam, by strach układał mi życie. Robię to ja. Z Mężem u boku, z kubkiem kawy w dłoni, z zapachem świeżego prania, z łapką Puszka na kolanie.


Nie komplikuj. Usiądź w słońcu. Zjedz ciasto.

Ktoś cię kocha i to wystarczy.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*ilustracja AI;

*zdjęcia własne;

sobota, 27 września 2025

19/2025. Opowieść o zakazanym blacie

 

  W naszym domu obowiązuje kilka prostych reguł. Nie są przesadnie surowe. Jedna z nich brzmi: 'na stół nie wolno. a na blat kuchenny nie wolno absolutnie'. Nie muszę dodawać, że ani ja, ani Mąż nie wskakujemy na stół, ani na blat. Ta zasada dotyczy jednego domownika. Białego, futrzastego, z cytrynowymi oczami i ogonem jak królewska peleryna.


 
Tak, mowa o Puszku.

  On wie. Widać to, kiedy zastyga w pół skoku, jakby wahał się czy powinien. Albo gdy przyłapany na triumfalnym lądowaniu na blacie, wykonuje teatralny zwrot w stylu 'kto? ja? nigdy w życiu!'. Czasem próbuję z nim negocjować. Tłumaczę, że blat to nie wybieg mody. Że nie każdy gość ceni w kuchni ślady łapek w mące. Że pomidorowa czy kawa z kłaczkiem nie każdemu smakuje.

  Puszek słucha. A przynajmniej udaje, że słucha. Potem przeciąga się z gracją baletmistrza, oblizuje łapkę i... robi po swojemu. Bo przecież według niego 'zakazany blat smakuje najlepiej'.

  Może w jego kociej filozofii to ja źle zrozumiałam zasady. Bo blat to przecież idealny punkt obserwacyjny. Można nadzorować poranny rytuał parzenia kawy, można sprawdzić co szeleści w szafce. Czasem to także wygodne łóżko, miękkie i chłodne, w sam raz na popołudniową drzemkę.



  A stół? Stół to centrum życia. Tam pachnie chlebem, tam toczą się rozmowy, tam czasem pojawia się coś tak niezwykłego jak tuńczyk. Jak mógłby nie być częścią tego wszystkiego? Poza tym stół ma jeszcze jedną wielką zaletę: nadaje się doskonale na poranną toaletę. Czy można wyobrazić sobie lepszą scenę dla spektaklu pielęgnacyjnego niż środek rodzinnego stołu?

  Więc tak, mamy w domu żelazną regułę: 'na stół nie wolno. a na blat kuchenny nie wolno absolutnie'. A Puszek? Puszek ma własne zasady. I choć zdarza mi się udawać, że się gniewam, to gdy patrzę na te białe łapki, cytrynowe oczy i pyszczek z wyrazem 'ja tylko tak na chwilkę', cała złość topnieje. 

  Bo dom z kotem to miejsce, gdzie reguły są elastyczne. 



Zasady są po to, żeby je naginać.

/Puszek 🐾/


Puszkiem pisane, lekko podane...

*zdjęcia własne;

wtorek, 23 września 2025

18/2025. Opowieść o zdaniu, które wiele zmienia

 

  Jest kilka takich zdań, które owinęły się wokół mojego serca i zapadły w pamięć. Jednym z nich jest to usłyszane w filmie 'Jedz, módl się, kochaj'. Filmie lekkim, a jednak takim, który zapamiętałam na dłużej niż niejeden duchowy traktat.

Bóg jest we mnie jako ja.

  To jedno z najbardziej znaczących zdań w filmie. Liz Gilbert wypowiada je w Indiach po pobycie w aśramie. Po duchowych zmaganiach, po wewnętrznych burzach, po milczeniu. I nie wypływa ono z zewnętrznego objawienia lecz z łagodnego wglądu w siebie z głęboką wewnętrzną zgodą, bo dopiero w tej ciszy naprawdę zrozumiała siebie.

  Dzisiaj, gdy siedziałam w wygodnym fotelu Dziennego Oddziału Leczenia Chorób Hematologicznych, a rytuksymab powoli sączył się w moją żyłę, to zdanie wróciło do mnie jak bumerang. Jak mruczenie Puszka.

  Jestem istotą, która wierzy i wątpi jednocześnie. Tak dziwnie splatają się moje myśli i uczucia. 

  Zaczęłam więc dociekać czy to zdanie zostało wymyślone tylko na potrzeby filmu i książki, której- jeszcze- nie przeczytałam. Okazało się, że pojawia się w duchowości związanej z mistycyzmem i filozofią jedności. Jego autorstwo jest czasem przypisywane Mistrzowi Eckhartowi, gdyż rezonuje z duchem jego myśli i mistycznej teologii. Nie ma jednak dowodu, że wypowiedział je dokładnie w takim brzmieniu. Ale to proste zdanie krąży jako parafraza jego nauk, zwłaszcza tych odnoszących się do boskiej obecności w duszy człowieka oraz zjednoczenia Boga i człowieka.

Bóg jest we mnie jako ja.

  To nie znaczy, że 'jestem Bogiem' ale, że boskość nie jest gdzieś 'tam', tylko 'tu'. W sercu, w oddechu, w spojrzeniu, w codzienności. Jako ja. Jeśli to prawda, to nie muszę niczego udowadniać. Nie muszę być lepsza, cierpliwsza, bardziej uduchowiona. Nie muszę niczego szukać. Wystarczy, że jestem sobą prawdziwie i najpełniej. Z filiżanką kawy, z chorobą, z czułością dla Puszka, Męża i świata. 

  Za oknem niebo po prostu jest... Bez pytań. Bez oceny. Jak ja.

  Może właśnie tu i teraz, gdy niczego nie udaję Bóg jest najbliżej. Nie jako idea. Nie jako 'ktoś' z zewnątrz. Ale jako ja. Jako ta, która czasem się gubi, spóźnia, nie umie dobrać słów. Jako ta, która choruje, ale nie przestaje wierzyć w światło. Jako ta, która pisze bloga. Jako ta, która tęskni za białym kotem i domowym ciepłem.

  Może właśnie wtedy, gdy jestem najbardziej sobą, pozwalam Bogu być mną. Może Bóg nie oczekuje wielkich wyzwań? Może tylko chce, żebyśmy byli obecni. W zapachu chleba. W myciu kubka. W karmieniu kota. W zapalaniu lampki. W tym, że wiemy, co lubimy. Że potrafimy powiedzieć 'nie'. Że czujemy. Że jesteśmy tu z miękkim sercem, humorem, ranami, nieśmiałą nadzieją...

  Bo kiedy pozwalasz sobie być sobą, pozwalasz Bogu być Tobą.


Jeśli Bóg jest w tobie jako ty,

to ja jestem tu po to,

żebyś o tym nie zapomniała.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*ilustracja AI;