sobota, 20 września 2025

3. Z Puszkiem o książce: Jennifer Criswell, 'Na szczęście jesteś w Toskanii'

 

  Wakacje, marzenia, nowy start... Czy marzyliście kiedyś o ucieczce, na przykład do... słonecznych Włoch? O miękkim słońcu na twarzy, zapachu lawendy unoszącym się w powietrzu i smaku fig zerwanych prosto z drzewa?

  Jennifer Criswell, amerykańska prawniczka z włoskimi korzeniami postanowiła wprowadzić te marzenia w życie i przeprowadzić się do Montepulciano- urokliwego miasteczka położonego na otulonych mgłą toskańskich wzgórzach.

  "Na szczęście jesteś w Toskanii" to szczera i pełna humoru relacja z pierwszych miesięcy życia autorki w nowym kraju. W książce nie znajdziecie cukierkowego obrazu Włoch ale prawdziwe zmagania z biurokracją, nieznajomością języka, lokalnymi plotkami i... burzliwym romansem z miejscowym sprzedawcą owoców. To opowieść o codzienności, która potrafi być równie piękna, co nieprzewidywalna.




  Jennifer dzieli się swoimi doświadczeniami z lekkością i humorem, który miesza się z tęsknotą, a szczerość z romantycznym zacięciem. Czasem wzruszasz się, czasem śmiejesz do łez, a na koniec zostajesz z ciepłem w sercu. Dzięki temu książkę czyta się jak rozmowę z przyjaciółką przy lampce wina. W tle pojawiają się wąskie brukowane uliczki, aromatyczne kolacje i słońce, które zdaje się świecić bez końca.

  To książka o szukaniu swojego miejsca, o odwadze i kruchości, o smakowaniu życia w pełni, nawet jeśli nie zawsze jest ono słodkie. To zaproszenie do marzeń, ale też przypomnienie, że każdy nowy start niesie ze sobą wyzwania. To miła lektura na jesienny wieczór, gdy chcemy się oderwać od codzienności i zanurzyć w magii Toskanii.


Czasem trzeba się zgubić,

by odnaleźć siebie. 

Nawet pod toskańskim niebem.

/Puszek🐾 /


Puszkiem pisane, lekko podane...

*zdjęcie własne;

wtorek, 16 września 2025

17/2025. Opowieść o wędrówce na Orle Skałki

 

  Tamta sierpniowa sobota przywitała nas rześkim porankiem, który szybko ustąpił miejsca słonecznemu i gorącemu dniu.

  Ruszyliśmy z Białej Góry przez stary las w Górach Słonnych. Ścieżka wiła się między drzewami, a słońce przenikające przez liście rzucało na nią złociste refleksy.

  Las był pełen cudów. Wśród liści ukrywały się borowiki ceglastopore,

  a pierwszy raz spotkana purchawka jeżowata zdawała się być nagrodą od lasu  za odwagę, że znowu wyruszyliśmy na szlak.

  Każdy krok był celebracją życia, a każdy oddech przypomnieniem jak wspaniale jest po prostu być. Tu i teraz. Razem.

  Droga wiodła coraz wyżej. Dzień stawał się coraz gorętszy. A my podążaliśmy przed siebie ścieżką oświetlaną przez promienie, igrające w koronach drzew. 

  Las szumiał, opowiadając historie o burzach, o deszczu, o tym, że każda chwila, każdy oddech i każdy krok mają znaczenie. 

  Cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków i naszym śmiechem była ukojeniem dla ciała i duszy.

  Zebraliśmy kilka borowików szlachetnych, które po powrocie do domu zamieniły się w aromatyczny, kremowy sos do makaronu. Taka mała nagroda za wspólną wędrówkę.

  Z Orlich Skałek widok rozciągał się daleko. Góry falowały w oddali, lasy mieniły się złocistym blaskiem, a lekka mgiełka nadawała krajobrazowi baśniowego charakteru.

  Usiedliśmy tam zmęczeni ale szczęśliwi, chłonąc spokój i piękno natury, delektując się chwilą i odzyskaną energią.

  To nie była wyprawa imponująca dystansem ani trudnością. A jednak dla mnie miała wymiar szczególny. Była pierwszą wędrówką po leczeniu onkologicznym, po czasie bólu i wyłączenia z życia.

  Każdy krok, każdy oddech, każdy promień słońca przefiltrowany przez liście, zapach ziemi i śpiew ptaków układały się w symfonię radości. 

  Spacer stawał się czymś więcej niż wędrówką. Stawał się świętem życia. Była to dla mnie symboliczna droga powrotu do świata pełnego barw i dźwięków, które tak łatwo przeoczyć w codziennym pośpiechu. 

  I w tej otaczającej mnie magii czułam, że każdy krok przybliża mnie nie tylko do natury, lecz także do samej siebie.



Największe cuda kryją się w prostych krokach,

w starych lasach i w sercu,

które wciąż potrafi zachwycać się światem.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

piątek, 12 września 2025

16/2025. Opowieść o bitwie o domowe królestwo

 

  Opowieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami.


  Pewnego poranka, który smakował jak świeżo zaparzona kawa, a firanki szeptały historie przefiltrowane przez promienie słońca, w Puszkowym królestwie zaczaiło się zło. Zło ryczące, warczące i bezlitośnie pożerające wszystko na swojej drodze.

  Smok? Nie. Coś straszniejszego. Odkurzacz!

  Puszek wiedział, że nie będzie lekko. Ta bestia, rycząca jak King Kong i śmierdząca kurzem, pożeraczka piórek i kociego spokoju ducha już raz wyrwała mu spod nosa najcenniejszy skarb- turkusowe piórko. Trauma po tej stracie trwała długo. Bardzo długo. Całe trzy dni. Puszek nosił wtedy żałobę i nie chciał bawić się nawet myszorkiem.

  Nagle... WRRROUUUMMM! 'Znowu ty, ryczący potworze?'- pomyślał z bojową miną i dumnie zadartym ogonem. Bestia ruszyła. Puszek z lekkością baletmistrza zrobił sprint przez salon, mijając fotel o milimetry. To nie była ucieczka. To była strategiczna zmiana pozycji i ewakuacja honoru. Ale potwór był przebiegły. Zaatakował z flanki, spod stołu! Puszek z zaskoczenia niemal stracił równowagę. 'Ej! To moje terytorium!'- miauknął z oburzeniem, robiąc błyskawiczny unik. Niestety... Zapomniał o kablu. 'No serio?'- westchnął, gramoląc się spod ławy. Ale to nie był koniec. Bestia warczała, jakby miała w planach zassać cały pokój.

  Puszek usiadł sztywny jak posąg z nastroszonym ogonem i ogniem w oczach. To już nie była zwykła potyczka o zabawki. To była wojna o honor. O dom. O każde piórko. Puszek z odwagą kota z legend przeskakiwał z sofy na fotel, z fotela na stół, ze stołu na parapet. Każdy skok- arcydzieło! Bestia warczała, sapała, ryczała, a Puszek... Puszek tańczył wojenny taniec z odkurzaczem.

  Nagle zza sofy wyskoczył pluszowy myszorek- towarzysz zabaw i bitew. Puszek chwycił go w pyszczek, jakby chciał powiedzieć 'dobrze. nie jestem sam'.

  Potwór nie odpuszczał. Jego ostatnia broń była podstępna. Klik! Cisza i nadzieja. Klik! I znowu WWWRRR! Puszek zaskoczony zrobił pełne salto w tył, którego nie powstydziłby się akrobata i... wylądował w kwiatkach. 'No super. Teraz muszę udawać, że to było zaplanowane'- miauknął z godnością, otrzepując ziemię z wąsów.

  Wreszcie po długiej i heroicznej bitwie odkurzacz zamilkł. Puszek z ubrudzoną łapką i liściem w ogonie usiadł na środku salonu jak zwycięzca. 

  A potem z odwagą w sercu, ogonem do góry i pluszakiem w pyszczku pomaszerował do swojego łóżeczka, gdzie zasnął rozciągnięty niczym definicja beztroski.


Życie to nie tylko mruczenie w słońcu i ciepłe kolanka.

Czasem trzeba zmierzyć się z potworem.

/Puszek🐾 /

Puszkiem pisane, lekko podane...

*ilustracja AI;