wtorek, 12 sierpnia 2025

11/2025. Opowieść o pisaniu, które leczy

  Piszę, bo słowa są moim domem. Moim, czyli z pękniętą filiżanką, zapachem drożdżowego ciasta, które czasem się nie uda, ale i tak smakuje jak wspomnienie dzieciństwa. I z rozciągniętym swetrem, który już dawno powinien trafić do lamusa, ale przecież jest 'najukochańszy'.

  Piszę, bo czasem to jedyny sposób, żeby wytrzymać. Żeby nie zniknąć pod warstwą codzienności, która rzadko bywa różowa. Bo zdarzają się dni, gdy świat traci ostrość. Kiedy dłonie drętwieją po leczeniu jakby chciały się wyłączyć ze wszystkiego. Gdy myśli rozchodzą się jak echo w lesie, a pamięć zamienia się w mleczną mgłę, której nie sposób złapać za ogon. Wtedy pisanie staje się moim antidotum. Każde zdanie jest jak rozprostowanie palców. Każde słowo jak promień słońca, przebijający się przez mgłę. To mój sposób na walkę. Z neuropatią, ze zmęczeniem, z niepokojem, który cicho puka w nocy.

  Piszę, bo tak się odnajduję.  Przypominam sobie, jaka byłam zanim przyszła choroba. Zanim rzeczywistość przestała być wygodna jak ulubiony dres.

  Piszę, bo jest w tym magia, która czasem przychodzi z zapachem deszczu, czasem z kocim spojrzeniem lub niespodziewanym uśmiechem. To ta sama magia, która sprawia, że zwykła kawa smakuje jak obietnica, zachód słońca ma coś do powiedzenia, a historia o zgubionej skarpetce potrafi stać się opowieścią o życiu.

  Piszę, bo w tej nieidealnej codzienności, w tym pomiędzy -leczeniem, a życiem, troską o innych, a próbą zadbania o siebie- słowa stają się moją przestrzenią. Moim azylem. Kiedy siadam i piszę to... otwieram okno w duszy. Czasem wpada przez nie zapach letniego zmierzchu, czasem tylko wiatr, a czasem...wracam do siebie i zbieram się z rozsypanych myśli.

  Piszę tak, jak czuję- z czułością do świata. Z humorem, który ratuje mnie przed zbyt poważnym traktowaniem własnych lęków. Z ironią, bo bez niej byłoby zbyt gładko.

  Piszę, bo wierzę, że słowa mogą być jak ciepły koc- nie rozwiązują problemów, ale pomagają przetrwać i przytulają. I, że nie trzeba być głośnym, żeby zostać usłyszanym. Bo nauczyłam się, że nie każda historia musi mieć morał, ale każda zasługuje na opowiedzenie.

  Piszę. Nie dla lajków, nie dla statystyk. Ale po prostu z sercem na dłoni, z duszą w słowach i magią, która nie jest bajką, tylko codziennym wyborem.

I z Puszkiem u boku.


Człowiek pisze, kiedy już nie chce tylko miauczeć pod nosem.

A najlepiej pisze, kiedy pisze sobą.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcie własne;


piątek, 8 sierpnia 2025

10/2025. Opowieść o cieście, które rośnie z miłości

 

  Piątek. Ten rodzaj dnia, który już sam w sobie pachnie spokojem. Nie śpieszy się jak poniedziałek i nie wymaga jak środa. Za oknem lato w rozkwicie. A w kuchni jagody w koszyczku. W dzieży zaczyn, który właśnie budzi się do życia, a ja czuję, że już sam jego zapach mnie koi.

  Puszek, jak zwykle, udaje, że go to nie interesuje. Ale nagle...plask! Słyszę znajomy dźwięk lądujących na kuchennym blacie łapek. -Puszek, nie wolno!-mówię bardziej z przyzwyczajenia niż z nadziei na efekt. A on patrzy na mnie z miną 'przecież muszę pilnować, żeby ciasto nie uciekło'.

  Dziś piekę drożdżowe. Z jagodami, które farbują palce i język na fioletowo. I z maślaną kruszonką, która kruszy się na samą myśl o cieple piekarnika. Ciasto oddycha pod ściereczką. Rośnie powoli nie tylko dzięki drożdżom. Rośnie od ciepła dłoni, od uśmiechu w środku mnie, od zdania, które niedawno przeczytałam w książce Julii Child 'dom bez kota jest jak życie bez słońca'.

  Kiedy piekarnik w końcu wyda ten znajomy ping!, usiądziemy z kubkami kawy. Kuchnia będzie pachnieć latem i dobrym dniem, a kruszonka chrupać jak okruchy szczęścia.

  Puszek położy się na parapecie. Tam, gdzie najchętniej śni na jawie. Spojrzy przez okno w dal, jakby już wiedział, że gdzieś tam czeka na nas dom z ogrodem, z tarasem, z judaszowcami, girlandą świateł i zawsze z kotem.

  Bo koty zawsze wiedzą wcześniej.


Drożdżowe rośnie najlepiej, 

gdy przy nim mruczę .

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcie własne;

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

2. Z Puszkiem o filmie: 'Saltburn', reż. Emerald Fennell

 

  "Saltburn" rozszarpuje serce na kawałki, zostawiając niepokój, którego nie da się uciszyć mruczeniem kota.

  Ten film zaskoczył mnie i zaniepokoił. To nie był tylko seans. To było doświadczenie między zachwytem, a odrazą. Opowieść zaczyna się jak klasyczna bajka o Kopciuszku.

  Oliver, cichy, samotny chłopak z trudną przeszłością z niższej klasy społecznej, trafia na oksfordzkie salony. Tam spotyka Felixa- czarującego, młodego arystokratę, który uosabia wszystko, o czym Oliver może tylko marzyć. Gdy Felix zaprasza go do swojej rodzinnej posiadłości Saltburn, Oliver liczy na wakacje życia.

  Ale coś w tej baśniowej oprawie zgrzyta. Zaczyna się gra pozorów, napięć i pragnień. To przypowieść o głodzie i obsesji. O chłonięciu drugiego człowieka tak długo, aż zostaje z niego tylko wydmuszka.

  Barry Keoghan w roli Olivera jest zjawiskowy. Gra tak, że trudno oderwać wzrok. Z jednej strony wzbudza współczucie, z drugiej przeraża. Ale przede wszystkim jest ludzki. Zbolały i głodny. Miłości, uznania, światła, którego nie zaznał w dzieciństwie.

  Jacob Elordi jako Felix to urok w czystej postaci, uosobienie chłopięcego wdzięku i beztroskiego uprzywilejowania. Ale nawet w jego uśmiechu czai się coś okrutnego, jakby wiedział, że jest krzywym zwierciadłem cudzych pragnień.

  Emerald Fennell zbudowała świat, który przypomina sen. Piękny, dziwny i niepokojący. Dom, rodzina, przyjęcia... Wszystko jest wystawne, niemal nierealne. Ale pod tą udekorowaną powierzchnią buzują emocje. Obsesja, zazdrość, pragnienie bycia kimś innym, potrzeba przynależności za wszelką cenę.

  "Saltburn" nie daje łatwych odpowiedzi. Każdy bohater nosi maskę-klasową, emocjonalną, moralną. I nie chodzi o to, kto tu jest dobry, a kto zły. 

Chodzi o to, kto przetrwa, nie tracąc siebie.

   Saltburn to dom-marzenie i dom-pułapka. Wszystko jest tu zmysłowe, hipnotyczne, a przez to niebezpieczne. Piękne tak intensywnie, że aż boli. Ale pod tą fasadą czai się coś paskudnego i w ludziach, i w relacjach. Jak w niektórych ogrodach, kwitnących tylko dlatego, że ktoś co noc podlewa je cierpieniem.

  To opowieść o tym, jak łatwo można przesunąć granice, gdy człowiek czuje się niewidzialny. A potem... już nie ma powrotu. Kiedy film się kończy, zostaje pustka. Ale też zachwyt nad formą, śmiałością i bezczelnością tej opowieści.

  "Saltburn" wchodzi głęboko. Jak kolacja, na której nie było jedzenia, tylko głód. Ale jeśli ktoś lubi kino, które nie głaszcze po głowie-warto.


Ile zła jesteśmy w stanie popełnić,

by choć raz poczuć, że jesteśmy kimś więcej?

/Puszek 🐾/


Puszkiem zapisane, błyskotliwie podane...

*zdjęcie https://collider.com/saltburn-meaning/;