niedziela, 15 lutego 2026

7. Bajka o Mirabelce i prezencie dla Leona

   Tego dnia Mirabelka była w znakomitym nastroju. Świeciło słońce, a ona wypiła idealnie zaparzoną kawę i miała plan.

   Leon wrócił późnym popołudniem i nieśpiesznie wszedł do mieszkania. Jego wzrok zatrzymał się na stoliku, na którym leżało pudełeczko przewiązane czerwoną wstążką i karteczka: "Dla Leona"

   Leon uniósł brwi i nawet się uśmiechnął. Lubił Mirabelkowe pomysły. Powoli rozwiązał wstążkę, zdjął wieczko i zajrzał do środka. W pudełku znalazł czarne jedwabne pończochy i kolejną karteczkę: "Jeśli chcesz wiedzieć, co zrobiłam z resztą ubrania-znajdź mnie".

   Od razu ruszył na poszukiwania. Salon był pusty. W kuchni zastał tylko zapach jej perfum. Otworzył drzwi do sypialni i zatrzymał się w progu.

   Światło było przygaszone, a Mirabelka siedziała na parapecie. Bosonoga, jedynie w satynowym szlafroku. W dłoniach trzymała kieliszek wina, a jej rude loki miękko opadały na ramiona.

-Znalazłeś mnie-powiedziała, przyprawiając Leona o szybsze bicie serca.

-Miałem motywację-odparł.

   Mirabelka uśmiechnęła się. A jej uśmiech zawsze oznaczał kłopoty albo... przyjemność. Leon wszedł do sypialni i zamknął za sobą drzwi. Reszta wieczoru? Jest ich słodką tajemnicą.


Subtelność i odwaga potrafią

rozpalić wszystko wokół.

/Puszek🐾 /


Puszkiem zapisane, pikantnie podane...

*ilustracja AI; 

czwartek, 12 lutego 2026

7/2026. Opowieść o tatuażu

 

   Jeśli ktoś z Was oglądał film 'Dobra osoba' to może kojarzy tatuaż na dłoni jednego z głównych bohaterów?

    Amor fati. Te dwa słowa zapadły mi w pamięć szczególnie, gdyż dotknęły tego miejsca w sercu, w którym życie przestało być prostą historią, a mimo to musiałam nadal je kochać by móc żyć dalej. Te dwa słowa rezonują z tym, co przeżyłam. Z chorobą, z poczuciem utraty kontroli, z momentami, w których ciało stawało się obce... 

   Przez długi czas pomysł krążył gdzieś na obrzeżach myśli. Pojawiał się i znikał jak Józek z piosenki Bajmu. Odkładałam go 'na później', bo choroba nauczyła mnie ostrożności, a wszystko co 'na zawsze' ma teraz zupełnie inną wagę niż kiedyś.

   Wiem, że gdybym zapytała hematologa o zgodę, odpowiedź byłaby oczywista. Dlatego postanowiłam nie pytać. Zrobię to na własną odpowiedzialność z pełną świadomością ryzyka, które się z tym wiąże. Ale czy ryzyko ma tu jakiekolwiek znaczenie? Przecież życie i tak nie daje gwarancji. A wiele rzeczy z tych, które mnie spotkały, wydarzyło się bez pytania o pozwolenie.

ilustracja poglądowa wygenerowana przez AI;

   Amor fati. Kochaj swój los. Nie ten wyidealizowany, ale ten prawdziwy z całym jego ciężarem. Miejsce wybrało się samo. Wewnętrzna strona serdecznego palca lewej dłoni. Przy obrączce i blisko pulsu. Tam, gdzie ręka pamięta więcej niż głowa. Dwa słowa wpisane w nieskończoność cienką, delikatną linią. 

   Nie do pokazywania światu lecz jako przypomnienie dla mnie by odważnie mówić życiu 'tak'.


Gdy los siada obok,

najpierw daj mu chwilę spokoju,

a potem przytul.

/Puszek🐾 /


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

sobota, 7 lutego 2026

8. Z Puszkiem o podróżach: Amasya/Turcja

 

   Tamtego lipcowego popołudnia dotarłyśmy do Amasyi. Miasta leżącego w północnej Turcji w dolinie Yeşilırmak, schowanego w Górach Pontyjskich i zazdrośnie strzegącego swoich tajemnic.

   Amasya była niegdyś miastem książąt osmańskich. Kształcono tu przyszłych sułtanów. Dorastała razem z imperium, ucząc się cierpliwości, polityki i sztuki czekania.

   Wykute wysoko w skalnej ścianie grobowce królów Pontu spoglądają na miasto jak kamienne oczy pamięci. Patrząc na nie miałyśmy wrażenie, że stoimy na granicy między ciężarem czasu, a lekkością chwili, którą możemy zabrać ze sobą.

   Spacerowałyśmy wzdłuż Zielonej Rzeki. Białe osmańskie domy z ciemnymi belkami przeglądały się w wodzie jak w lustrze. Nostalgiczne i melancholijne. Dokładnie takie, jakie chciałyśmy opisać przy kawie i künefe.



   Usiadłyśmy na ławce. Z lodami w dłoniach patrzyłyśmy na rzekę płynącą swoim rytmem i nieprzejmującą się historią królów i imperiów. Byłyśmy w miejscu, w którym czas układa się warstwami. Starożytność, Seldżucy, Osmanowie, współczesność... Wszystkie epoki obok siebie bez walki o pierwszeństwo, krajobraz mówiący więcej niż daty i przestrzeń opowiadająca historię lepiej niż podręczniki. Tak właśnie czułyśmy Amasyę.


   Późnym wieczorem, już z okna pokoju hotelowego, spoglądałyśmy na Amasyę i na podświetlone grobowce królów Pontu. Wyglądały jak scenografia z baśni. I jednocześnie jak stały punkt odniesienia. Trwają, gdy wszystko inne się zmienia. 



   Córka króla Mitrydatesa VI wciąż spaceruje ulicami miasta, czuwając by czas płynął spokojnie, a jej śmiech miesza się z szumem Yeşilırmak.

   A ten, kto usiadł nad Zieloną Rzeką mógł poczuć jej obecność w powiewie wiatru, cieple słońca, odbiciu w wodzie, smaku lodów...


Wystarczy usiąść i posłuchać.

Rzeki też potrafią opowiadać historie.

/Puszek🐾 /

Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*zdjęcia własne;

poniedziałek, 2 lutego 2026

6/2026. Opowieść o płomieniu w słowach

 

   W piątek, w Święto Rogalika miałam kolejny (piąty z dwunastu) wlew rytuksymabu w ramach dwuletniego leczenia podtrzymującego. Udałam się na DOLCHe* zaopatrzona w torbę rogalików z czekoladą, termos z kawą, śniadanie, obiad i książkę Leonarda Cohena 'Płomień'.

   Znam Cohena od lat. Lubię jego głos i jego piosenki. I ten charakterystyczny mrok, w którym jest miejsce na miłość, ironię i prawdę. Właśnie dlatego kupiłam tę książkę wiele lat temu. Przeczytałam ją wtedy szybko, z przyjemnością i zachwytem. Potem książka trafiła na półkę, a gdzieś po drodze zgubiła obwolutę, odkrywając nagą okładkę.

   A wczoraj poczułam potrzebę powrotu do niej, bo każda jej strona pulsuje melancholią, mądrością i wyrafinowanym humorem. Jest jak mapa duszy Cohena. Są tu wiersze krótkie i cięte jak ostrze, pełne pytań o miłość, o przemijanie i wiarę. Są fragmenty jego piosenek niczym muzyka na papierze. Cohen nie boi się pokazywać swojej słabości ani zmęczenia światem, a jednocześnie zostawia przestrzeń dla nadziei i refleksji. Teksty mają intymny charakter, czasem ironiczny, czasem liryczny, ale razem tworzą melodyczny rytm.

   Słowa płynęły tak, jak krople rytuksymabu. Wiersze i fragmenty piosenek zaskakująco współgrały z tym, co czułam, stając się lustrem moich własnych przeżyć.

   Między kolejnymi westchnieniami pompy infuzyjnej, niektóre wersy brzmiały szczególnie mocno.

'Próbowałem płakać, łez nie było.

Próbowałem się śmiać, pogardy nie było.

Próbowałem uciec, drogi nie było.

Próbowałem umrzeć, nie urodziłem się'. Czytane kiedyś poruszały. Czytane teraz, poruszają głębiej.

   Słowa jak szum skrzydeł nad spokojnym jeziorem.

'Kiedy jestem sam, wracasz do mnie. Już się zdarzyło. To się nazywa pamięć'.

'Musiałem oszaleć, żeby Cię kochać... Teraz jestem zbyt zmęczony, by przestać'. W tym balansie między siłą, a wyczerpaniem... Między chęcią życia, a świadomością jego granic, odnajdywałam siebie.

   Życie, które staram się zrozumieć, czasem mnie przerasta, a czasem koi. Ale płomień słów rozgrzewa serce nawet w samotności i bólu.

  Bo 'Płomień' nie jest książką o odchodzeniu. Jest książką o trwaniu.


Nie bój się ciszy.

W niej też można odnaleźć światło.

/Puszek 🐾/


Wypowiedziane szeptem, zapisane puszkiem...

*DOLCHe- Dzienny Oddział Leczenia Chorób Hematologicznych;

*zdjęcia własne;